Publicystyka

Kto się boi Opus Dei

Krzysztof Kłopotowski
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Nie tylko praktykujący katolik umie dostrzec, że Zachód, odrzucając tradycyjną etykę, wymiera. A Kościół, ucząc samodyscypliny, może stać się ostoją humanizmu – pisze publicysta.
Gdy budzą się demony" to film znakomitego twórcy Rolanda Joffé, którego widzowie pamiętają z „Misji" i „Pól śmierci". Trafił on na polskie ekrany dopiero trzy lata po światowej premierze. Takie opóźnienia nie mają miejsca, od kiedy Polska weszła do Europy. Film miał rozpowszechnić dwa lata temu duży dystrybutor Monolith, lecz się wycofał, podając powody „wyłącznie biznesowe". Film wzięła więc mała firma Kondrat Media, jednak to przejmujące dzieło udało się umieścić w Warszawie tylko w dwóch marginalnych kinach.
W „Co jest grane" – przewodniku „Gazety Wyborczej" – o najnowszej pracy Rolanda Joffé nie ma ani słowa. Jeśli recenzenci Paweł Felis i Paweł Mossakowski nie zdążą wcześniej czegoś obejrzeć, dają omówienie według materiałów promocyjnych bez oceny liczbą gwiazdek. Tym razem zapadła cisza. „Polityka" także milczy, a znalazła miejsce dla recenzji trzech mniej ważnych filmów. Zdzisław Pietrasik najwyżej ocenił „subtelną historię związku starszego mężczyzny z młodym przybyszem z Ukrainy, który zaczyna się od płatnej usługi seksualnej". Nie miejmy nic przeciwko tak subtelnym związkom! Ale czy nie warto było powiadomić czytelników, że mogą też obejrzeć fabułę wybitnego artysty o założeniu Opus Dei, potężnej i kontrowersyjnej organizacji wewnątrz Kościoła katolickiego? Jej twórca Josemaria Escriva został ogłoszony świętym przez Jana Pawła II w obecności pół miliona wiernych na placu św. Piotra w Rzymie. Był „jednym z największych świadków chrześcijaństwa" – jak ocenił uwielbiany w Polsce papież. Filar Kościoła z taką rekomendacją jakoś się nie rzucił w oczy recenzentom, nawet w konserwatywnej „Rzeczpospolitej".
Blokada dystrybucji filmu i zamilczenia przez media głównego nurtu nie są skutkiem „intryg Opus Dei". Wiadomość podał jako plotkę portal NaTemat. Roland Joffé przedstawia nader pochlebny obraz ks. Escrivy. Na polskiej premierze w ostatnią środę przemówił przedstawiciel tejże organizacji. Dystrybutor Michał Kondrat wydaje się kościelnym partyzantem. Ten były pomocnik egzorcysty nakręcił dokument „Jak pokonać diabła" ze wskazówkami uwalniania się od opętań. Znalazł teraz nowe pole walki. Lecz komuś zależy, żeby do Opus Dei przylgnęła czarna legenda z filmu „Kod da Vinci" Rona Howarda oraz powieści Dana Browna. Wolą tamto fantazyjne oszczerstwo od afirmacji życia wysoce moralnego, lecz poddanego kierownictwu Kościoła.

I ty zostaniesz świętym

„Gdy budzą się demony" to fabuła z pierwszej linii frontu zmagań o rolę katolicyzmu we współczesnym świecie. Przedstawia splątane losy dwóch przyjaciół z dzieciństwa w Hiszpanii pierwszych dziesięcioleci XX wieku. Manolo zostaje opanowany przez zło, a Josemaria przez Boga, który zło tylko dopuszcza. Pierwszy jest skłonny do nienawiści – z braku miłości ze strony swojego ojca. Drugi przez ojca jest kochany, potrafi więc miłować nieprzyjaciół. Josemaria rozumie ich motyw walki o postęp i sprawiedliwość społeczną. A są to komuniści, którzy mordują takich jak on księży podczas wojny domowej lat 30. Panowały wtedy przepastne podziały, „trzeba było przysięgać na Biblię albo na nią napluć" – podaje napis na ekranie.  Ścigany ks. Escriva pełni posługę kapłańską z ukrycia. Spowiada umówionych penitentów na ławce w zoo. Odprawia tajne msze w przyjaznych domach. W tym czasie opętany przez komunistów tłum rabuje i pali kościoły w celu „modernizacji" kraju i wyższej „cywilizacji". Zanim wybuchła wojna domowa, ks. Escriva założył z czwórką przyjaciół rodzaj zakonu dla świeckich, a więc późniejsze Opus Dei. Miał objawienie, że wszyscy ludzie są powołani do świętości przez codzienną pracę wykonywaną dobrze. Daje przykład swym podopiecznym, płynnie przechodząc od lekcji łaciny dla dzieci do mycia nocników w przytułku dla chorych. I czeka na znak, że postępuje słusznie. Ukrywając się w szpitalu psychiatrycznym, spotyka anioła w postaci zgwałconej dziewczyny, po samobójczej próbie. To on skieruje Josemarię na szlak globalnego powołania. Bóg daje paradoksalne znaki, bo bywa potworem. Natomiast Manolo wybiera życie w „realnym świecie", jak powiada. Na przekór przestrodze przyjaciela idzie drogą zemsty, zdrady, zabójstw. Zostaje szpiegiem wojsk generała Franco w szeregach komunistów. Jednak ocena jego działań nie jest jednoznaczna. Czyniąc wielkie zło, okazuje się narzędziem Boga, który pragnie dla nas dobra. Osąd czyjegoś życia można wydać dopiero po śmierci, gdy wszystko się dopełni.

Rewizja lewicowego mitu

Film przedstawia wielki dramat historyczny, który rysują podstawowe problemy ludzkiej egzystencji. Nie ma tu walki między ideologiami, jest za to obraz głębokiej wiary ks. Escrivy czyniącego dobro i powściągającego nienawiść w tak trudnych warunkach. Roland Joffé określa siebie jako chwiejnego agnostyka. Widać jednak, że w wieku 70 lat, gdy nadchodzi pora obrachunku z życiem, skłania się w stronę Kościoła. Jest przejęty postacią świętego bohatera. Stara się także rozumieć motywy działania wojskowych pod dowództwem gen. Franco, którzy próbowali uratować kraj przed chaosem i upadkiem pod rządem komunistów. Obraz hiszpańskiej wojny domowej przechylił na prawo zgodnie z wizją Orwella, ale wbrew mitowi lewicy o dobrych republikanach i złych faszystach, który zapanował nad umysłami w Europie i w Polsce. Rzeczywistość była dużo bardziej złożona. Wielowątkowa fabuła pokazuje współczesnego dziennikarza. Zbiera materiały do książki o założycielu Opus Dei wobec nadchodzącej kanonizacji. Przy okazji odkrywa, że życie jego ojca kryje tragedię z czasu wojny domowej, która wyjaśnia, czemu ich relacja jest trudna. Ma szansę naprawić zło, przebaczając ojcu winy pod monstrancją w kształcie figurki Matki Boskiej. Motyw monstrancji przewija się przez cały film jak niemy okrzyk: „Galilejczyku, zwyciężyłeś!". Zrozumiałe, że niektórzy widzowie mogą dostać dreszczy grozy. Pomimo zamierzonej apologii ks. Escrivy na czoło w kreacjach aktorskich wysunęła się drugoplanowa postać Oriola, przywódcy komunistycznego. Rodrigo Santoro tworzy charyzmatycznego bohatera, mając do zagrania szerszą skalę uczuć od świętego. Może kochać nie tylko robotników, ale też piękną kobietę. Wolno mu nienawidzić, dyszeć zemstą, wzywać do gniewu, zabijać i rozpaczać. Postać ta ma walory rozrywkowe, lecz z chrześcijańskiego punktu widzenia jest nie do zaakceptowania. Trudniejszą rolę dostał Charlie Cox, który gra mężczyznę w celibacie kontrolującego swe emocje. Wydaje się mdły. „Gdy budzą się demony" ma rozmach dzięki budżetowi w wys. 36 mln dolarów. Ale nie jest tak dobry jak „Misja" sprzed niemal 30 lat. Krajobrazy nie zapierają tchu w piersiach, nie ma zderzenia obcych sobie a malowniczych kultur, nie ma kreacji Roberta De Niro czy Jeremy'ego Ironsa w ich najlepszym okresie. Tamta opowieść o jezuitach, którzy utworzyli dla Indian opiekuńcze państwo w Patagonii w XVIII wieku, dostała Złotą Palmę w Cannes i nominację do Oscara. Spodobała się elicie kulturalnej za wybitne walory artystyczne i nie żądała rewizji światopoglądu. Była bajką z odległej przeszłości. Można było nawet oskarżać o bezduszność hierarchię kościelną, gdyż dopuściła w końcu zniewolenie Indian. Najnowszy zaś film reżysera sprowadza krytykę biskupów do minimum i zachęca, aby żyć po chrześcijańsku. Nie ogłasza zwycięstwa rozpaczy jak w „Misji". Pokazuje triumf tradycyjnego dobra, co wydaje się naiwne w czasach postmodernizmu.

Dobroć w kinie nie popłaca

Nie ma się więc co dziwić, że film został zmiażdżony przez krytykę i poniósł klęskę kasową. Na portalu Metacritic uzyskał 33 punkty na 100 możliwych. Na portalu Rotten Tomatoes z 38 recenzji cztery były pozytywne, co daje wynik 11 proc. Ale recenzje publiczności były dobre w 61 proc. Widzowie chwalą pozytywny przekaz i zachętę do przebaczenia. Te zalety recenzent „The New York Timesa" zbył jako „dłużące się dwie godziny kazania ze szkółki niedzielnej przerywane rzezią na polu walki". A widownia jest bezradna wobec zmowy niechęci mediów. W USA film zarobił więc tylko milion dolarów. W finansowaniu „Gdy budzą się demony" brało udział Opus Dei. Reżyser mówi, że miał wolną rękę. Lecz nie udało mu się odpowiedzieć na „Kod da Vinci", który uzyskał tylko przez pierwszy weekend 224 mln dolarów za bilety na całym świecie, a w Ameryce 77 mln. To skutek sukcesu książki Dana Browna. Sprzedała się w 80 mln egzemplarzy w 44 językach do chwili podjęcia przez Rolanda Joffé pracy nad ripostą.

Narzędzie katolicyzmu

„Kod da Vinci" przedstawia morderczego mnicha z Opus Dei, który nosi włosiennicę i się chłoszcze. W społeczeństwie konsumpcyjnym budzi to zgrozę i niesmak. Członkowie OD rzeczywiście umartwiają się dla ćwiczenia silnej woli, nie wchodząc tu w aspekty religijne. Ciekawe tylko, że nie sieje grozy bieganie amatorów w maratonach, co wymaga większych cierpień i silniejszej woli. Czyli przeszkodą w akceptacji ascezy jest jej kościelny wymiar. Opus Dei budzi lęk jako narzędzie katolicyzmu w walce o przyszłość świata. Ma 90 tys. członków, w Polsce 600. Są to osoby świeckie, z rodzinami, często na ważnych stanowiskach i trudne do identyfikacji. Nie noszą habitów ani sutann, lecz poddają się kierownictwu „reakcyjnego" Kościoła. Co było wadą od czasu oświecenia, to w XXI wieku może być zaletą. Nie tylko praktykujący katolik umie dostrzec – jak autor niniejszego tekstu – że Zachód, odrzucając tradycyjną etykę, wymiera. Do tego dochodzi jeszcze kolejne zagrożenie, o którym mało wiadomo w Polsce – utrata przez człowieka kontroli nad technologią. Kościół, ucząc samodyscypliny, może stać się ostoją humanizmu w obliczu „transhumanizmu" – idei porzucenia ludzkich ograniczeń. Według Francisa Fukuyamy i innych myślicieli „transhumanizm" to bardzo niebezpieczne zjawisko (o tym szerzej w najbliższym „Plusie Minusie"). A ciernista droga filmu Rolanda Joffé w tym katolickim kraju nasuwa pytanie: kto tu rządzi i dokąd nas prowadzi? Autor jest publicystą. Recenzuje premiery filmowe w telewizji Republika
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL