fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Metoda ECMO: Sprzęt jest, a pacjenci umierają

Na świecie są już osobne specjalizacje z intensywnej terapii
Adobe Stock
U pacjentów z ostrą niewydolnością oddechową szansą na uratowanie życia jest metoda ECMO. Niestety, choć szpitale mają odpowiedni sprzęt, brakuje świadomej i wykwalifikowanej kadry, żeby go zastosować – alarmują specjaliści na łamach Onetu.

ECMO to niewielkie urządzenie, które może na jakiś czas całkowicie zastąpić płuca pacjenta. Metodę stosuje się u osób, u których zagrożenia życia sięga 80 proc. Niestety, na 500 pacjentów rocznie wymagających terapii z użyciem ECMO, tylko ok. 10 proc. otrzymuje pomoc - alarmuje na łamach Onetu dr n. med. Konstanty Szułdrzyński, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Ekspert wyjaśnia, że lekarze często nie wiedzą o tej metodzie i panuje przekonanie, że jeśli pacjent zmarł na intensywnej terapii, to widocznie „tak musiało być”.

O tym, że nie jest to prawda i nawet w przypadkach wydawałoby się beznadziejnych pacjent ma szansę, przekonuje historia Krzysztofa Piaścika, któremu szybka terapia metodą ECMO uratowała życie.

Pan Krzysztof, jak relacjonuje Onet, został zarażony wirusem świńskiej grypy, a jego zainfekowane płuca przestały działać. - Zwlekałem z pójściem do lekarza, bo wyglądało to na zwykłą infekcję - mówi w rozmowie z Onetem 54-latek. Wkrótce jednak jego stan drastycznie się pogorszył, a pan Krzysztof w środku nocy, z dusznościami trafił na SOR szpitala w Olkuszu. Stamtąd, z diagnozą  obustronnego zapalenia płuc i ostrą niewydolnością oddechową, został przewieziony na OIOM i podpięty do respiratora. Mimo to jego stan drastycznie się pogarszał.

- W końcu nawet na respiratorze zaczął się dusić - relacjonuje w rozmowie z Onetem Magdalena Piaścik, córka pana Krzysztofa. Stan mężczyzny był krytyczny i lekarze nie dawali  mu dużych szans na przeżycie.

Rodzina cudem określa fakt, że na OIOM-ie był wówczas anestezjolog, który na co dzień pracuje też w klinice w Zabrzu. Dopiero on poinformował ich o metodzie ECMO, czyli terapii z użyciem tzw. sztucznego płuca. Akurat zwolniło się jedno z trzech urządzeń ECMO w Centrum Terapii Pozaustrojowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

- Pacjent był niewydolny oddechowo, w ciągu pół godziny podłączyliśmy go do ECMO. Inaczej na pewno by umarł – przyznał dr. Konstanty Szułdrzyński, który w krakowskim szpitalu ratował pana Krzysztofa.

Na czym polega metoda ECMO?

ECMO to rodzaj pompy, która całkowicie, nawet na dłuższy czas może zastąpić pracę płuc. Anestezjolog wykonuje wkłucie i podłącza cewniki. Krew jest wyprowadzana z organizmu, utleniana z powrotem wprowadzana do ciała człowieka.

- Zasada działania jest podobna do dializy, ale w dializie oczyszczamy krew z tego, czego nie mogą pozbyć się chore nerki, a w ECMO oczyszczamy krew z dwutlenku węgla i dostarczamy tlen - tłumaczy dr Szułdrzyński.

Maszyna działa błyskawicznie - w ciągu minuty oczyszcza około sześciu litrów krwi, więc całą, jaką pacjent ma w organizmie. Dla porównania - w przypadku dializy jest to ok. 300 ml na minutę.

ECMO utrzymuje przy życiu

Samo ECMO nie leczy pacjenta, ale - odciążając płuca - daje czas na pełną ich regenerację. Dlatego podstawowym warunkiem kwalifikacji do tego typu leczenia jest odwracalność procesu chorobowego. ECMO utrzymuje przy życiu i zapobiega dalszemu uszkadzaniu płuc. Bez niego większości pacjentów brakuje czasu na walkę. 

Skutki uboczne? Jest ich wiele i mogą być bardzo poważne. Powszechne w takich terapiach jest ryzyko infekcji. Krew jest wyprowadzana cewnikami o bardzo dużej średnicy, często tętnicą udową albo prosto z okolic serca, a wprowadzana z powrotem na przykład przez żyłę szyjną. 

Terapia ECMO wymaga często rozrzedzenia krwi. Największe powikłania to krwotoki, w tym te najgroźniejsze - mózgowe. Jeśli krew jest za gęsta, mogą z kolei pojawić się zakrzepy i udary niedokrwienne. - Powikłania zagrażające życiu występują u 15-20 proc. pacjentów - mówi dr Szułdrzyński. Zaznacza jednak, że pacjenta podłącza się do ECMO, gdy ryzyko śmierci wynosi ok. 80 proc. i żadne inne metody nie pomagają.

ECMO w polskich szpitalach nie brakuje

Urządzenia są powszechne na oddziałach kardiochirurgii, ponieważ mają też inne zastosowanie - w zależności od sposobu podłączenia, mogą zastępować również serce. O ile zestaw jednorazowy do dializy kosztuje 500 zł, zestaw dla pacjenta do ECMO to wydatek aż 20 tys. zł. Wystarcza na ok. 10 dni. - Koszty leczenia jednego pacjenta sięgają więc kilkuset tysięcy złotych. Miałem pacjentów, których ratowanie kosztowało nawet 400 tys. zł. Pieniądze daje NFZ - mówi dr Szułdrzyński.

W czym zatem problem? - Mamy przede wszystkim ogromne braki kadrowe, wśród anestezjologów i wykwalifikowanych pielęgniarek - mówi rozmówca Onetu. Brakuje też rezerw personalnych na zapewnienia transportu pacjentów między placówkami. Za taki transport NFZ już nie płaci.

ECMO to rzadka procedura i trzeba mieć w niej duże doświadczenie. Podstawowe szkolenie kosztuje ok. 2 tys. euro, czego NFZ nie finansuje. - Zapłacić musi sam lekarz. Robi się z tego więc zajęcie hobbystyczne - zauważa dr Szułdrzyński.

W środowisku lekarzy brakuje jednak samej świadomości. - Lekarze często nie wiedzą, że ratunek jest w zasięgu ręki. Choć regularnie wysyłamy do szpitali informacje, ulotki, plakaty – wylicza dr Szułdrzyński.

W komentarzu dla "Rzeczpospolitej" dr Szułdrzyński przyznał, że problemem najbardziej ograniczającym rozwój intensywnej terapii - poza coraz bardziej dotkliwymi konsekwencjami niedoborów kadrowych - jest limitowanie finansowania przez NFZ w postaci ryczałtu. - Dysponujemy bardzo nowoczesnymi i skutecznymi metodami ratowania życia - takimi jak wspomniane ECMO - jednak ich zastosowanie prowadzi do szybkiego wyczerpania środków z ryczałtu. Dlatego całe środowisko anestezjologów wciąż gorąco apeluje do Ministra Zdrowia o wyłączenie nowoczesnych technik intensywnej terapii do odrębnego finansowania - powiedział "Rz".

Źródło: Onet
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA