fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Rezerwa Federalna eksportuje szaleńczą politykę pieniężną

tv.rp.pl
Wątpliwe, by ultraluźna polityka pieniężna zapewniła stabilną inflację w okolicy 2 proc. Tymczasem Fed zapowiada, że będzie taką politykę prowadził przez lata – mówi Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

W zeszłym tygodniu na sympozjum w Jackson Hole szef Fedu Jerome Powell zapowiedział zmianę rozumienia celu inflacyjnego: Fed będzie dążyć do inflacji na poziomie 2 proc. średnio w dłuższym okresie czasu, a nie w każdym momencie. To zmiana istotna dla polityki pieniężnej czy techniczny niuans?

PRZEMYSŁAW KWIECIEŃ: Dla obserwatorów polityki pieniężnej to oczywiste, że bank centralny nie może stale utrzymywać inflacji na poziomie swojego celu. A Fed już od dłuższego czasu sygnalizował, że 2 proc. to optymalny poziom inflacji, ale nie górna akceptowalna granica. W wystąpieniu Powella chodziło o coś innego: było to podkreślenie, że nawet jeśli gospodarka USA zacznie się przegrzewać, inflacja wzrośnie powyżej 2 proc., a rynek pracy będzie mocny, to Fed nie będzie przez jakiś czas reagował, tylko będzie chciał się upewnić, że wzrost inflacji z niskiego w ostatnich latach poziomu jest zjawiskiem trwałym. Zmieni się więc funkcja reakcji banku centralnego, który przez jakiś będzie ignorował poprawę sytuacji w gospodarce.

Część ekonomistów uważa, że przy obecnym rozumieniu celu Fed nie zdecydowałby się na podwyżki stóp procentowych z lat 2015–2018. Czekają nas dekady zerowych stóp?

Dokładnie taki sygnał chciał wysłać Powell. Rynek i tak nie wyceniał podwyżek stóp procentowych w przewidywalnej przyszłości. Nawet bez zmiany rozumienia swojego celu Fed jeszcze długo nie mógłby rozważać podwyżki stóp procentowych. Chodziło więc o komunikat, że te stopy zostaną bez zmian przez bardzo długi okres.

Czemu to ma służyć?

Z akademickiego punktu widzenia stabilna inflacja w okolicy 2 proc. byłaby dobra dla gospodarki. Ale wątpliwe, czy osiągnięcie tego celu jest w ogóle realne tymi metodami. Bank Japonii (BoJ) przez lata nie był w stanie osiągnąć celu na poziomie 1 proc., po czym podniósł go do 2 proc. Okazało się, że samo podniesienie poprzeczki nie spowodowało, że BoJ zaczął wyżej skakać. Inflacji w Japonii nadal nie ma, choć BoJ jako pierwszy poszedł w kierunku szaleńczej polityki pieniężnej. Uzyskał więc efekty, na które dziś liczyć nie można: gwałtowne osłabienie waluty, co powinno ułatwić dojście do wyższej inflacji. Teraz, gdy taka luźna polityka staje się normą, a Fed niejako zmusza innych do pójścia w jego ślady, takich efektów kursowych nie będzie.

Instrumentami polityki pieniężnej nie da się pobudzić inflacji?

To zależy, o co dokładnie chodzi. Nikt nie chce niekontrolowanej inflacji. Gdyby to było celem autorów polityki gospodarczej, to należałoby robić na jeszcze większą skalę to, co robi się dziś w USA: zwiększać bilans banku centralnego i rozdawać pieniądze ludziom. To prosta droga do inflacji, ale takiej, nad którą trudno będzie zapanować. Ale jeśli chcemy nieco wyższej niż dziś, ale wciąż niskiej na tle historycznym i stabilnej, to narzędzia monetarne utraciły moim zdaniem skuteczność. Być może w USA w ogóle nie da się obecnie wygenerować stabilnej inflacji 2 proc., a jeśli bank centralny będzie do tego dążył wszelkimi możliwymi środkami, może osiągnąć efekty odwrotne do zamierzonych. Zamiast do zrównoważonego wzrostu gospodarczego, którego przejawem jest niska i stabilna inflacja, może doprowadzić do większej zmienności.

Zapowiedź dłuższego okresu łagodnej polityki pieniężnej wzmocniła presję na osłabienie dolara. We wtorek euro kosztowało 1,20 dolara, najwięcej od 2018 r. Główny ekonomista EBC Philip Lane zasugerował, że aprecjacja euro może wymusić dalsze łagodzenie polityki pieniężnej w strefie euro. To zapowiedź wojny walutowej?

Ta wojna rozpoczęła się już parę lat temu. W końcu Fed wziął ciężar umocnienia waluty na siebie. Tamtejsza gospodarka radziła sobie nieco lepiej niż inne, więc Fed podniósł stopy, umacniając dolara. Teraz jednak Fed skorzystał z możliwości, które sobie stworzył, i zdecydowanie poluzował politykę pieniężną. Inne banki centralne nie są w stanie na to odpowiedzieć, bo nie mają przestrzeni, by w tak krótkim czasie tak ostro poluzować politykę pieniężną. Mimo to oczywiście będą próbowały odpowiadać na działania Fedu. W warunkach deflacji (w sierpniu poziom cen towarów i usług konsumpcyjnych w strefie euro spadł o 0,2 proc. r./r. – red.) i umacniającego się euro EBC nie może powiedzieć, że nic już nie jest w stanie zrobić. Skończy się to prawdopodobnie wzrostem skali skupu instrumentów finansowych przez EBC, co jednak ma ograniczoną skuteczność. To przejaw eksportu polityki pieniężnej przez Fed, przez co jest ona tym bardziej szaleńcza, bo jej konsekwencje będzie ponosił cały świat.

Beneficjentem osłabienia dolara był złoty. W sierpniu umacniał się zarówno do dolara, jak i – jak zwykle w takich okolicznościach – do euro. Ten trend będzie kontynuowany?

Może być kontynuowany, ale w niewielkim stopniu. Zewnętrzne okoliczności – sielankowe nastroje na globalnych rynkach i osłabienie dolara – przemawiałby za większym niż ostatnio umocnieniem złotego. Tak się nie stało, bo te dobre nastroje nie są związane z organiczną i powszechną poprawą sytuacji gospodarczej, tylko z ogromną podażą płynności, która selektywnie winduje ceny aktywów. Na fali wznoszącej są spółki technologiczne, ale niekoniecznie aktywa z tradycyjnej gospodarki. Nie ma więc szerokiego napływu kapitału na rynki wschodzące, w tym do Polski. Napływ było widać w maju i na początku czerwca, ale później sytuacja epidemiczna znów się pogorszyła.

Sytuacja w polskiej gospodarce zdaje się szybko poprawiać. W środę Polski Instytut Ekonomiczny ocenił, że PKB w 2020 r. spadnie o 3,1 proc. zamiast o 4,2 proc., jak przewidywał wcześniej. Zmiana prognoz to częściowo pokłosie optymistycznych danych z lipca i sierpnia, ale i struktury zapaści w II kwartale, gdy się okazało, że polskiej gospodarce ciążyła głównie konsumpcja, a nie inwestycje. Konsumpcja szybko się odbudowuje. Czy należy oczekiwać fali rewizji prognoz?

Nawet jeśli tak będzie, to te rewizje będą w większym stopniu odreagowaniem nadmiernego pesymizmu z apogeum pandemii niż przejawem optymizmu. Od początku pandemii zakładałem, że recesja w Polsce sięgnie 3 proc., więc teraz nie muszę tej prognozy zmieniać. Na pewno można powiedzieć, że tempo normalizacji konsumpcji – nie tylko w Polsce – było dużym zaskoczeniem. Istniały obawy, że pomimo znoszenia antyepidemicznych restrykcji konsumenci długo pozostaną ostrożni. Tak się nie stało i konsumpcja się odbudowała, wróciła do poziomu z ub.r. Z drugiej strony perspektywy inwestycji przedstawiają się gorzej, choć w II kwartale ich załamanie było mniejsze od oczekiwań. Wiele firm chce zobaczyć, co się wydarzy, co przyniesie jesień. Niepewność wciąż utrudnia podejmowanie długoterminowych decyzji.

CV

Przemysław Kwiecień jest doktorem nauk ekonomicznych, od 2007 r. głównym analitykiem domu maklerskiego X-Trade Brokers. Posiada certyfikat CFA oraz licencję doradcy inwestycyjnego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA