fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Ryszard Waśniewski, wiceprezes SuperDrobu: Drobiarstwo na Zachodzie już nigdy nie będzie konkurencyjne

Fotorzepa, Robert Gardziński
Nie powinniśmy się tak egzaltować rynkami spoza UE, bo to tylko wentyl bezpieczeństwa. W interesie Polski jest obrona przed dopływem drobiu z Brazylii i Ukrainy – mówi Ryszard Waśniewski, wiceprezes SuperDrobu.

Jesteście państwo na liście firm dopuszczonych do rynku w Chinach. Od roku nic się jednak nie zmienia, nie przybywa polskich eksporterów, nie rośnie też eksport drobiu. Skąd spowolnienie?

Faktycznie na liście cały czas jest pięć firm, ale jest szansa, że jesienią może ona zostać rozszerzona o kolejne. My już dziś praktycznie eksportujemy wszystko, co możemy. Kraje walczą o dostęp do tego rynku, to jest bardzo dobry rynek dla europejskiego drobiu. Trzeba jednak znać specyfikę biznesu, nie eksportujemy tam filetów, my wysyłamy skrzydła, mięso z nogi oraz wszystkie elementy pozornie na europejskim rynku odpadowe. Jednak w sprawie dopuszczenia tzw. elementów odpadowych, czyli łap, kostek, chrząstek, trwają jeszcze uzgodnienia weterynaryjne. Z całego kurczaka możemy wyeksportować 15 proc. jego masy. To wszystko, co możemy tam dziś sprzedawać.

Pekin przygotowuje duży program wsparcia produkcji drobiu w Chinach. Czy może być zagrożeniem dla tamtejszych importerów?

Chiny to oczywiście ogromny rynek, ale bardzo zróżnicowany. Szacuje się, że żyje tam 300 mln bogatych osób. Standardy produkcyjne i jakość drobiu z Chin są różne, co przemawia na naszą korzyść. Drób europejski to najwyższy standard światowy, kurczaki ze Stanów Zjednoczonych, Brazylii, nie mówiąc już o Azji, to zupełnie inna jakość. Bogaci Chińczycy, którzy jeżdżą po świecie, są coraz bardziej świadomi tych różnic, a stać ich na zdrową żywność.

Jak oceniacie zagrożenie ze strony konkurentów z Ukrainy?

Konkurencyjność Ukrainy rośnie, polepszają się tam warunki hodowlane, siła robocza jest tania, dużo tanich gruntów do zagospodarowania, dostępne zboża – a to u nas główny koszt. Na Ukrainie inwestuje teraz międzynarodowy kapitał, więc produkcja będzie tam rosła. Z drugiej strony Unia Europejska patrzy spokojnie na wykorzystywanie luki prawnej, czyli ogromny bezcłowy import drobiu z kością. Tymczasem w interesie Polski jest utrzymywanie wysokich standardów produkcji w UE i bronienie przed dopływem jakiegokolwiek drobiu, czy to z Brazylii, czy z Ukrainy, który ma inny standard jakości.

Dlaczego nie chce pan konkurencji?

Bo to my dzisiaj jesteśmy liderem, jeszcze 15 lat temu to Francja i Niemcy ustalały reguły gry w Europie. Dzisiaj reguły gry powinni dyktować Polacy, by polskie rolnictwo i drobiarstwo odgrywało decydującą rolę... Drobiarstwo w Europie Zachodniej było budowane w latach 70. i ono już nigdy nie wróci do konkurencyjnej ceny ani takiej wielkości produkcji jak kiedyś. Dzisiaj nikt tam nie chce pracować na wsi. Ta branża wymaga nakładów kapitałowych, tereny są gęsto zasiedlone, nie ma taniej siły roboczej. Powstały duże aglomeracje miejskie, nikt nie chce w pobliżu osiedli zapachów fermy drobiu.

Czy to dla Polski szansa, że zostaniemy zaszufladkowani jako dostawca żywności?

To szansa, bo Europa to wciąż region najbogatszy i chce mieć najlepszą żywność. Naturalnym zjawiskiem jest przesuwanie się na Wschód, dlatego Ukraina jest dla nas zagrożeniem w dłuższej perspektywie. Polski biznes spożywczy został zbudowany w latach 90., jesteśmy efektywni – to nie jest bałwochwalstwo. Dlatego nie powinniśmy się tak egzaltować rynkami zewnętrznymi, pozaunijnymi, bo one są jedynie wentylem bezpieczeństwa. Nie powinniśmy tworzyć strategii zakładającej, że będziemy np. produkowali drób dla Afryki.

Czy macie państwo strategię na brexit?

Nie mamy strategii, bo w Wielkiej Brytanii nie ma osoby, która byłaby w stanie cokolwiek przewidzieć.

Ale to jednak zmartwienie dla producentów, bo jeśli Brytyjczycy wyjdą z UE i nie będzie porozumienia, to handel z Wyspami podrożeje, a w efekcie zostaną z niesprzedaną produkcją.

Wszystko się może zdarzyć, swój optymizm buduję jednak na tym, że głównym powodem decyzji o wyjściu z Unii jest wola, żeby było mieszkańcom lepiej, a nie gorzej. Zakładam, że zwolennicy brexitu nie chcą, by po nim żywność na półkach była droższa. Wielka Brytania jest bardzo dużym importerem drobiu, ma ogromne saldo ujemne. Dlatego albo zostanie uzgodnione, że taryfy się nie zmieniają, albo pojawią się cła, które by nas dotknęły. Oczywiście Brytyjczycy mogą kupić – nawet taniej – drób z USA czy Brazylii. Tu jednak wchodzi tzw. specyfika biznesu: o ile można kupić drób mrożony do kiełbas i przetworów, o tyle świeże mięso mogą kupić tylko w Unii, czyli w praktyce – z Polski.

Czy skorzystaliby państwo na zdjęciu embarga przez Rosję?

Nie potrzebujemy dzisiaj zdejmowania tego embarga. Zatkanie jednego rynku powoduje, że przedsiębiorcy myślą lepiej, efektywniej produkują na inne rynki i więcej zarabiają. Żywność jest towarem strategicznym i duże kraje powinny mieć własne wyżywienie, bo bez tego są zdane na łaskę koniunktury globalnej albo szantaż polityczny. Dobrym przykładem jest Japonia, która jest samowystarczalna jedynie w produkcji ryżu.

Czy „polskość" żywności dobrze ją sprzedaje?

Każdy pomysł na promocję jest dozwolony, można stawiać na polskość albo na wysoką jakość. Patriotyzm konsumencki występuje wszędzie, to nie jest polska specyfika. Niemcy też w pierwszej kolejności sięgają po niemieckie towary, a Francuzi po francuskie. Trzeba jednak zagwarantować jakość, bo dobry kurczak zagraniczny zawsze wygra z polskim, ale gorszej jakości.

A jak pomaga logo UE? Ukraiński koncern MHP eksportuje drób z kością na Słowację, tam go przepakowuje i dzięki temu ma naklejkę z UE.

Informacja, że drób pochodzi z Ukrainy, jest w ich towarach ukryta w kodzie kreskowym, czyli odcyfrują ją co najwyżej bardzo świadomi konsumenci, natomiast Słowacja jest wskazana jako producent. Słowacy dostają więc drób wyprodukowany według ukraińskich standardów, ale z unijną flagą.

Mija rok od przejęcia od Indykpolu zakładów mięsnych w Lublinie. Co się od tego czasu zmieniło?

Obecnie trwa jeszcze doinwestowywanie, czekamy na maszyny, zakończymy projekt do końca roku, wtedy ubojnia w Lublinie będzie tej samej wielkości, co nasz podstawowy zakład w Karczewie, a to pozwoli na podwojenie produkcji w półtora roku po zakupie.

Jak producenci mięsa oceniają projekt zmiany organizacji pracy inspekcji weterynaryjnej?

My jako producenci płacimy relatywnie duży rachunek weterynarzom pracującym u nas na miejscu w zakładach. Widzimy natomiast, że te pieniądze są dzielone w jakiś niezrozumiały sposób, zaangażowanie tych lekarzy jest bardzo różne. My płacimy od przebadanego zwierzęcia. Gdy patrzymy na wypłacany rachunek miesięczny i liczbę lekarzy, są to naprawdę duże pieniądze.

Czy eksporterzy drobiu dostają od polskiej dyplomacji gospodarczej to, czego potrzebują?

Potrzebujemy umów rządowych, doprowadzenia do wzajemnego uznawania świadectw weterynaryjnych. W wielu krajach trzecich, w Azji, ale także w Afryce, liczy się ranga polityka. O ile w UE dużo można rozwiązać mailem albo w podróż może się wybrać urzędnik, o tyle do RPA, Chin, Indii powinni jeździć ministrowie, premierzy, bo ich wysłannicy niewiele mogą załatwić . Nadwyżkę produkcji wysyłamy do dwóch największych odbiorców, czyli do Chin i Japonii. Pewnie mogłoby to szybciej się rozwijać. Na rynku afrykańskim trochę się ruszyła RPA. Drugim krajem jest Nigeria, gdzie niestety nic się nie dzieje. To najliczniejszy kraj Afryki, ponad 120 mln ludzi, największy rynek, gdzie nic nie sprzedajemy.

Ryszard Waśniewski, od 2018 r. wiceprezes ds. operacyjnych w firmie SuperDrob, jednym z największych producentów drobiu w kraju. W latach 2012–2016 dyrektor zarządzający w Indykpolu, 2006–2012 wiceprezes w Animeksie, gdzie odpowiadał za produkcję drobiu, 1998–2006 członek zarządu Ekodrobu. Ukończył ekonomię i organizacji produkcji na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA