fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wynagrodzenia

Polacy bardziej obawiają się cięcia zarobków niż zatrudnienia

Fotorzepa, Michał Walczak
O ile 26 proc. polskich pracowników obawia się teraz utraty pracy, to jeszcze częściej (41 proc.) boimy się wywołanego pandemią cięcia wynagrodzeń. Czy rozwiązaniem byłby dochód solidarnościowy?

Osoby zatrudnione na umowach zlecenie albo o dzieło i pracownicy z umowami na czas określony - to te dwie grupy najczęściej (ok. czterech na dziesięciu ankietowanych) deklarują poważne obawy o utratę pracy w specjalnej edycji badania Monitor Rynku Pracy(MRP) agencji zatrudnienia Randstad. Według sondażu, która w ostatnich dniach marca objął ponad tysiąc pracowników z różnych branż, regionów, grup wiekowych i stanowisk, ich nastroje są najgorsze od ponad 10 lat. Gwałtowny wzrost pesymizmu to oczywiście efekt epidemii koronawirusa- w związku z nią 41 proc. badanych pracowników obawia się zmniejszenia wynagrodzenia, co czwarty utraty pracy a 16 proc. – likwidacji firmy, w której pracuje.

Rynek koronawirusa

– Zakończył się spór o to, czy mamy rynek pracownika czy pracodawcy - mamy rynek koronawirusa - mówiła podczas prezentacji wyników raportu Monika Fedorczuk, ekspert rynku pracy Konfederacji Lewiatan. Według niej, obawy o utratę pracy wśród osób pracujących na umowy zlecenie i na umowy terminowe są o tyle uzasadnione, że zakończenie współpracy z takimi pracownikami jest dla firm stosunkowo proste i nie pociąga za sobą kosztów związanych z odprawami. - Z moich rozmów z przedsiębiorcami wynika, ze większość nie chce zwalniać, ale mają potworne obawy, czy utrzymają działalność. Tarcza za mało by zahamować falę zwolnień - zaznaczyła Monika Fedorczuk.

Czytaj także:  Finansowo na pandemii najbardziej ucierpią młodzi ludzie i kobiety 

Mateusz Żydek, rzecznik Randstad przypominał, że w dotychczasowych zapisach tarczy nie ma wskazań, by wsparcie miało objąć ok. 700 tys. pracowników tymczasowych. Dlatego też pracodawcy występują w tej sprawie o interpretację nowych przepisów do ministerstw pracy i rozwoju. – Liczba i skala zwolnień grupowych będzie zależała od skali pomocy, która znajdzie się w tarczy 2.0 – przewiduje Monika Fedorczuk

O ile zwolnień w związku z epidemią koronawirusa najczęściej obawiają się pracownicy na umowach cywilnoprawnych i terminowych, to pracownicy na umowach na czas nieokreślonych i samozatrudnieni najczęściej (43 proc.) boją się obniżenia wynagrodzenia.

-W pełnej krasie widać teraz dualność naszego rynku pracy- pracownicy etatowi mają relatywnie dużą pewność inni znacznie mniejszą – komentował Łukasz Komuda, ekspert ds. rynku pracy z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych i redaktor portalu Rynekpracy.org., który przewiduje, że do końca roku nawet dwa miliony osób może stracić zatrudnienie.

Czas na dochód solidarnościowy?

Według informacji Komudy, część szefów firm wykorzystuje obecną sytuację, by ciąć płace pracowników do drastycznie niskiego poziomu. – To jest wyścig na dno - ocenia ekspert ostrzegając, że ten wyścig dodatkowo doprowadzi do obniżenia popytu konsumentów, co jeszcze zaostrzy kryzys związany z pandemią. Jak twierdzi Komuda, rozwiązaniem tej sytuacji byłoby wprowadzenie na czas kryzysu dochodu solidarnościowy w wysokości minimum socjalnego – czyli ok. 1400 zł na rękę dla każdego bezrobotnego.

– Byłby to naturalny hamulec w wyścigu na cięcia wynagrodzenia i sposób na zasilenie popytu wewnętrznego - argumentował ekspert. Według jego obliczeń, taki dochód solidarnościowy dla 3 mln bezrobotnych kosztowałby budżet niespełna 60 mld zł rocznie.

Jak jednak przypominała Monika Fedorczuk, nie wiadomo, jak sfinansować tak wydatek skoro środki z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych wydano na wynagrodzenia lekarzy i położnych, a w Funduszu Pracy, z którego finansowano emerytury, jest ok. 12 mld zł.

Słabe szanse na nową pracę

Badanie Randstad dowodzi, że nie dość, iż największa od lat grupa 26 proc. badanych poważnie obawia się zwolnienia (w hotelarstwie i gastronomii - 42 proc.) to dodatkowo dużo mniej optymistycznie niż w ostatnich latach oceniamy teraz swoje szanse na znalezienie nowej pracy. Najpewniej czują się teraz pracownicy opieki zdrowotnej i administracji publicznej - ta ostatnia w czasach gorszej koniunktury zwykle daje większą stabilność zatrudnienia.

Jednak o ile jeszcze w poprzedniej edycji badania, pod koniec 2019 r. (gdy już wyraźne były oznaki spowolnieniu w rekrutacji) ok. 88-89 proc. uczestników MRP oceniało, że w razie utraty obecnej pracy w ciągu 6 miesięcy znajdzie jakąkolwiek pracę to teraz ten odsetek spadł do 75 proc. W przypadku możliwości znalezienia w tym czasie równie dobrej albo lepszej pracy grupa optymistów skurczyła się do 52 proc. (z 70 proc. pod koniec roku).

Łukasz Komuda zwraca uwagę na stosunkowo dobre nastroje samozatrudnionych. (Wśród nich jest wielu dobrze wykwalifikowanych specjalistów i menedżerów). Co prawda spora grupa przedstawicieli kadry zarządzające (29 proc.) dostrzega teraz duże ryzyko utraty pracy, to jednocześnie najwięcej, bo 49 proc. badanych nie obawia się tu o swoją sytuację zawodową w związku z pandemią.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA