fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory samorządowe

Wybory samorządowe: Podział na miasto i wieś to przyszłość polityki?

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Jak mantrę powtarzamy, że PiS nie może odpuścić walki o metropolie, a liberałowie nie mogą skupiać się jedynie na potrzebach wyborców z dużych miast. A co, jeżeli nie jest to prawdą?

Właściwie w całym świecie zachodnim podział na metropolie i resztę kraju staje się główną osią sporu politycznego. To dlatego, że to właśnie z nim coraz wyraźniej zaczynają się pokrywać w zasadzie wszystkie podziały socjopolityczne (wiek, wykształcenie, zawód, dochód, tryb pracy, styl życia, religijność...). A co za tym idzie: poglądy mieszkańców metropolii i tzw. prowincji coraz bardziej się rozjeżdżają.

Wszędzie, od Ameryki przez Europę po Australię: globaliści wygrywają w dużych miastach, lokaliści – poza nimi. Państwa oparte na idei narodowej właściwie pękają na pół. W USA można już mówić o dwóch różnych narodach – inaczej rozumiejących najbardziej fundamentalne pojęcia, jak wolność, godność człowieka, podstawowe prawa. Stany Zjednoczone są w stanie częściowego paraliżu.

To, że podążamy tą samą drogą, jest chyba oczywiste. I można powtarzać, że przyczyny tego leżą np. w rozwoju technologicznym, bańkach informacyjnych kreowanych przez media społecznościowe i przyśpieszających zmianach kulturowych. Ale to politycy ten podział nakręcają, co więcej: właściwie nie mają wyjścia – muszą na nim, mówiąc brutalnie, żerować.

Wyniki wyborów samorządowych można znaleźć tutaj

Skoro światy wyborców z metropolii i reszty kraju tak mocno się rozjeżdżają, obie grupy naturalnie zaczynają postrzegać się jako wrogowie. To naprawdę nie wina poseł Krystyny Pawłowicz, że wielu mieszkańców mocniej wykluczonych części kraju uważa warszawian za sodomitów chodzących na smyczy Angeli Merkel. I nie wina pogardy Agnieszki Holland czy Andrzeja Saramonowicza, że przedstawiciele klasy średniej z metropolii widzą w prowincji jedynie chamów, którym cebula z butów wyłazi. Ten sposób postrzegania „innego” jest coraz częstszy po obu stronach. A skoro podział metropolie-prowincja na całym Zachodzie się pogłębia, ta wrogość będzie coraz większa.

Odwołując się tylko do jednej grupy, politykom wcale nie będzie łatwiej przejąć władzy w kraju, niż kierując swój przekaz do różnych grup. Być może nie mają już jednak innego wyjścia. Coraz trudniej będzie im odwoływać się jednocześnie do coraz bardziej wrogich sobie mieszkańców metropolii i prowincji. Pozostanie więc mobilizować „swoich” przeciwko „obcym”. Bo „obcym” przestają być już naprawdę obcy. Czy zamiast spotów z „uchodźcami” będziemy mieli teraz spoty z „sodomitami z Warszawy”? I po drugiej stronie: z „wieśniakami z Podkarpacia”?

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA