fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory parlamentarne 2019

Makowski: Czy opozycja może wygrać z PiS?

Po stronie opozycyjnej panuje optymizm. Trochę wymuszony. Oficjalna wersja brzmi: „Z PiS można wygrać”
PAP
Większość Polaków zadaje sobie pytanie: czy opozycja da radę wygrać jesienią z PiS?

Po stronie opozycyjnej panuje optymizm. Trochę wymuszony. Oficjalna wersja brzmi: „Z PiS można wygrać". Trzeba tylko pójść do ludzi. Spotykać się z nimi, przekonywać, wyjaśniać, a zwycięstwo nad PiS nie będzie już tylko słowem, ale stanie się ciałem. Jednak w tych zapewnieniach nie ma wiary, którą dałoby się zauważyć gołym okiem. Ba, nie ma energii, którą dostrzegliby nie tylko zwolennicy opozycji, ale przede wszystkim ci, którzy się wahają, na kogo oddać swój głos w nadchodzącej rozgrywce.

Narracja liberalnych elit

Opozycji nie pomaga także narracja, którą daje się posłyszeć wśród liberalnych elit. A brzmi ona tak: „Jeśli wygra PiS, wyjadę z kraju. Znam język, mam znajomości na Zachodzie, nie będę mieć kłopotu ze znalezieniem pracy. Nich Kaczyński zniszczy Polskę. Beze mnie". Sęk w tym, że taki sposób myślenia jest na rękę obecnej władzy, gdyż wpisuje się w jej narracje o kosmopolitycznych i zdradzieckich elitach. I dwa: ten sposób myślenia skrywa w sobie szantaż podszyty groźbą. Jest on skierowany do ludzi, którzy głosowali na PiS. Tyle że z drugiej strony odpowiedź nie ma żalu i rozpaczy. Odpowiedź jest następująca: „A wyjeżdżajcie. Nic tu po was. I tak nie czujecie i nie rozumiecie tradycyjnych polskich wartości".

Dlatego od liberalnych elit należałoby oczekiwać dziś innej narracji: „Będę walczył o mój kraj. Nigdzie się nie ruszam, bo wierzę, że polskie wartości to szacunek, gościnność, tolerancja". Oczywiście nie wiem, czy zaprzestanie szantaży, gróźb i publiczne okazywanie rozczarowania Polską w obecnym kształcie wystarczy, by przywrócić wolę zwycięstwa. Ale z pewnością pomoże.

Kłopot opozycji polega jednak na tym, że dziś co innego decyduje o wyborczym zwycięstwie niż tylko wola zwycięstwa. Co takiego? Gniew. Wkurzenie. To, co obecnie wynosi partię do władzy lub odsyła ją na śmietnik historii, to widmo krążącego między ludźmi gniewu. Tak było w roku 2015, gdy Platforma Obywatelska traciła władzę. Polacy byli wkurzeni. Chcieli zmiany. I szli do urn na – by tak rzec – „nerwach", mając przed oczyma polityków władzy konsumujących ośmiorniczki. Żaden argument, żadne wyjaśnienia nie miały szans się przebić.

Cel, jaki stawia sobie gniew w takiej sytuacji, to wywrócenie stolika, przy którym się siedzi. Nawet jeśli jest na nim kolacja. O konsekwencje będziemy się martwić później. Czy dziś daje się zaobserwować podobne wkurzenie w polskim społeczeństwie? Czy pojawiają się symptomy gniewu, które mogłyby sprawić, że PiS może przegrać, bo lud zechce wywrócić stolik, przy którym tak dobrze czują się dziś przede wszystkim spasione koty – by użyć powszechnej metafory – partii władzy?

Luksus zamiast pokory

Nie trzeba być skrupulatnym obserwatorem, by zobaczyć, że rządy PiS toczą się od afery do afery, od skandalu do skandalu, od nieradzenia sobie z realnymi problemami, jakie dopadają ludzi w codziennym życiu – brak leków, bardzo drogie podstawowe produkty, galopujące ceny energii. Ponadto: PiS miał i swoje taśmy, na których premier Mateusz Morawiecki mówił, że „ludzie powinni zapierdalać za miskę ryżu". Partia władzy miała swoją aferę bankową, w której główną rolę – niechlubną – odgrywali szefowie KNF i działacze partii władzy, chcąc przejmować bank za złotówkę. Prezes Jarosław Kaczyński okazał się zagorzałym deweloperem chcącym budować dwie wieże w Warszawie, choć przez lata sądziliśmy, że wieczorami zaczytuje się przede wszystkim w poezji Rymkiewicza.

PiS ma też swój nepotyzm, w ramach którego prezesi spółek Skarbu Państwa i dyrektorzy państwowych instytucji przejmują stanowiska, bo mają legitymację partyjną. Za rządów PiS dyrektorem szpitala zostaje się tylko dlatego, że wcześniej zdobywało się kwalifikacje... chorując. Ludzie dzisiejszej władzy deklarowaną pokorę zamienili na luksus i kasę: wypłacają sobie hojne premie, której symbolem jest premier Beata Szydło ze słynnym okrzykiem: „Te pieniądze im się po prostu należały!". I zamiłowanie do luksusu: tu symbolem jest marszałek Marek Kuchciński, który rządowy samolot traktuje jak „powietrzną taksówkę rodzinną".

Eksplozja wkurzenia

Czy przywołane tu afery i rozpasanie, które były szeroko dyskutowane w mediach, nie są wystarczającym powodem, by Polki i Polacy się wkurzali? Czy po każdym z tych grzechów partii władzy nie powinniśmy zapłonąć świętym gniewem, który odebrałby PiS władzę? Nie tak szybko. Gniew, trochę jak złodziej, przychodzi zazwyczaj wtedy, gdy go się nie spodziewamy. Co więcej, źródłem gniewu wcale nie muszą być jawne przewiny władzy, ale drobna z punktu widzenia rządu sprawa, która podziała na ludzi tak jak iskra na stodołę wypełnioną sianem. Może to być zasłabnięcie człowieka w długiej kolejce do lekarza. Pobicie niewinnego przechodnia przez „prawdziwych patriotów". A może przerwy w dostawie prądu z powodu upałów. Nikt nie wie, co będzie ową iskrą. Ale o nią w dobie niepewności i lęków nietrudno.

I na koniec: gniew się odkłada. Nie znika. O Platformie też mówiono, że jest teflonowa. Że nic się jej nie ima. Ale to błąd każdej władzy, która myśli, że jak rozmasuje jeden czy drugi kryzys, że jak rozpuści go w zalewie innych spraw, to ludzie zapomną. Nie. Gniew się kumuluje, dlatego jest tak niebezpieczny. A gdy eksploduje, władza sobie z nim nie radzi. Zostaje przez ten gniew ludu zmieciona. Tak jak wcześniej została przez niego wyniesiona.

Autor jest filozofem, teologiem i publicystą. Jest też radnym miasta Katowice z ramienia Koalicji Obywatelskiej. Ostatnio wydał: „Pobudka Kościele" (2018).

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA