fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory parlamentarne 2015

Pojedynek liderów PiS i PO nie jest przesądzony

Ewa Kopacz
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Kto więcej skorzysta na starciu liderów.

Na kilkanaście minut przed zaplanowaną na wtorek konferencją prasową Platformy do dziennikarzy trafił SMS o jej odwołaniu. Powód? Partia zrezygnowała z prezentacji spotu o polityce zagranicznej PiS, którego bohaterem miał być Jarosław Kaczyński. Po ogłoszonym, również przez gabinet Kopacz, sukcesie Andrzeja Dudy na forum ONZ przekaz o tym, że rządy PiS osłabią pozycję międzynarodową Polski, trudno byłoby uwiarygodnić.

Wiele wskazuje jednak na to, że prezes PiS stanie się centralnym punktem kampanii PO. – Będę debatować z panem Kaczyńskim, bo on jest moim odpowiednikiem, a w sytuacji, w której z takiego czy innego powodu prezes Kaczyński nie chce ze mną debatować czy boi się, będę debatować z panią Szydło – mówiła po raz kolejny w TVP Info premier Ewa Kopacz.

Kopacz wolałaby uniknąć debaty

Dość nieśmiało rozpoczyna się kolejna debata na temat debaty, jeden z żelaznych punktów polskich kampanii. W tradycji anglosaskiej jasne jest, że pretendenci do prezydentury czy premierostwa muszą zmierzyć się w starciu. W Polsce sama dyskusja o warunkach debaty jest elementem kampanii.

Gdy po przegranej pierwszej turze prezydent Bronisław Komorowski podczas wieczoru wyborczego wyzwał Andrzeja Dudę na debatę, na imprezie rywali wybuchł spontaniczny śmiech. To na pokazywaniu arogancji rywala, który unikał starcia, Duda zbudował swój kapitał. Debata po przegranej została odebrana jako gest rozpaczy.

Dziś to nie PiS powinno zależeć na telewizyjnym pojedynku, ale Platformie. Ale, jak słychać w otoczeniu pani premier, Kopacz nie chce znaleźć się w położeniu, w jakim był Komorowski, a jednocześnie najchętniej uniknęłaby starcia. Debata, jeśli zostanie uznana za przesądzającą o wyniku, może oznaczać też wzięcie odpowiedzialności za ewentualną przegraną. Konstrukcja list do Sejmu pokazuje, że premier robi wszystko, by utrzymać władzę w partii nawet w obliczu porażki w wyborach. Wyraźna klęska w debacie przekreśliłaby na to szanse.

– Sądzę, że otoczenie przekona panią premier do pojedynku – ocenia nasz rozmówca.

Na razie jednak obowiązuje formuła pośrednia – będzie zgoda na debatę z Szydło, jeśli nie będzie szans na debatę z Kaczyńskim. Współpracownicy premier przekonują dziennikarzy, że będą mieli dużo paliwa, by utrzymać tę narrację. Ma do tego posłużyć wypowiedź prezesa PiS w szczecińskim oddziale TVP, gdzie ten stwierdził, że Beata Szydło będzie rządzić cztery lata, jeśli „będzie dobrym premierem". Podważanie znaczenia Szydło w prawicowym obozie ma uwiarygodnić konieczność starcia z osobą, która faktycznie podejmuje wszystkie decyzje.

Kaczyński aktywniejszy

W PiS zdają sobie sprawę, że to nie oni gonią i debata jest ryzykownym ruchem. Wszystko będzie zależeć od sondaży – słychać w niemal wszystkich rozmowach z osobami, które mają styczność z kampanią.

Przy obecnych notowaniach jest obawa, by czegoś nie zepsuć, ale partia nie zamyka sobie żadnej drogi. Gdy TVP przysłała zaproszenie do debaty Kopacz–Kaczyński, PiS odpowiedziało na zalegające w sztabie pismo od TVN w sprawie starcia premier z Beatą Szydło w tym samym terminie. W PiS mają z tyłu głowy, że w zdominowanej przez obecną koalicję telewizji publicznej poruszają się po wrogim polu. Nieprzypadkowe jest zaproszenie wskazujące liderów ugrupowań (odcinał się od niego Polsat) oraz nazwanie innego starcia – debaty wszystkich komitetów na cztery dni przed wyborami – „Debatą liderów", co wskazywałoby, że powinni wziąć w nim udział szefowie partii. PiS ułatwi jednak zadanie Zjednoczona Lewica. Ona również ogłosi kandydatkę na premiera, najprawdopodobniej Barbarę Nowacką, co sprawi, że trzecia siła w sondażach będzie w podobnej sytuacji do prawicy.

Szydło ma być zwolenniczką telewizyjnego starcia jeden na jeden, ale przy obecnych sondażach w PiS dominuje doktryna, że kampania parlamentarna nie może być kopią prezydenckiej, gdzie cały przekaz skupiony jest wokół jednego lidera. Stąd jeszcze bardziej aktywny ma być prezes Kaczyński. Lider PiS jeździ po Polsce, promując kandydatów, na których mu zależy. Był już w Kielcach, gdzie stawiał na pracownicę centrali Annę Krupkę, w Koszalinie podkreślał zaś zasługi Pawła Szefernakera w kampanii prezydenckiej. Takich lokalnych, ale przyciągających uwagę ogólnopolskich mediów, wizyt ma być teraz więcej.

Nie oznacza to, że Szydło zniknie z kampanii, ale PO z pewnością będzie starała się podkreślać, że jej znaczenie słabnie.

Trudniej rządzącym

Budowanie kampanii wyłącznie na przekazie negatywnym to oczywiście jedynie plan ratunkowy, który ma blokować samodzielne rządy PiS, a nie pomóc PO dogonić rywali. Jeśli jednak już dojdzie do starcia Kopacz i Szydło, to poprzedzające go „straszenie Kaczyńskim" ukształtuje przebieg debaty.

Jednak historia dotychczasowych starć pokazuje, że narracja budowana przed pojedynkiem rzadko utrzymuje się po nim. Najsłynniejsza debata ostatniej dekady – ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem w 2007 r. – była blokowana przez PiS podobnym argumentem, jaki dziś stosuje PO. – Po co mam rozmawiać z pomocnikiem, jeśli mogę rozmawiać z szefem – mówił wtedy lider PiS, próbując pompować odbierającą PO głosy koalicję Lewica i Demokraci. Jednak Aleksander Kwaśniewski, z którym wtedy stanął do debaty, przyjął propozycję Tuska i zmusił szefa PiS do starcia z liderem PO.

Rządzący w debacie są zawsze w trudniejszej sytuacji. Stąd w 2011 r. Tuskowi na rękę było, że ponownego starcia unikał Kaczyński. Mając w pamięci nieczyste zagrania rywali z 2007 r., prezes PiS postawił zaporowe warunki, które PO mogła bez narażenia na straty odrzucić. Kaczyński zdawał sobie wtedy jednak sprawę, że debata niewiele zmieni, bo nawet jeśli PiS miało szansę wygrać wybory, to ówczesny układ sił na scenie politycznej sprzyjałby koalicji, która zablokowałaby jego rządy.

Dzisiejsze sondaże nie wskazują, by debata mogła zmienić kolejność dwóch pierwszych ugrupowań. Stąd debata nad debatą, choć musiała się rozpocząć, jest jeszcze niemrawa. Poruszając się po polu minowym, sztabowcy woleliby mieć więcej danych. Samo odrzucenie debaty też wymaga odpowiedniego gruntu. Wygra ta strona, która zrzuci winę na rywali.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA