fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Jedyny taki słodki dźwięk

Wikimedia Commons, Attribution 2.0 Generic (CC BY 2.0), Tony Hisgett
Cały muzyczny świat żegna Petera Greena (1946-2020), wybitnego bluesmana, gitarzystę, kompozytora "Black Magic Woman" i "Albatrosa".

To o nim wielki B.B. King powiedział: „Jego gra ma najsłodszy ton, jaki kiedykolwiek słyszałem”.
Teraz Mick Fleetwood napisał: „Dla mnie i dla każdego dawnego i obecnego członka Fleetwood Mac strata Petera Greena jest niepowetowana! Był człowiekiem, który założył zespół Fleetwood Mac wraz ze mną, Johnem McVie i Jeremy Spencer. Zawsze będziemy mu za to wdzięczni”.

Green, potomek rosyjskich Żydów rozpoczynał błyskotliwą karierę rockową w 1966 r. w zespole Petera Bardensa, gdzie poznał perkusistę Micka Fleetwooda. Po raz pierwszy zaczęło być onim głośno, gdy zastąpił Erica Claptona w zespole “ojca białego bluesa” Johna Mayalla -- The Bluesbreakers. To wtedy, nawiązując do słynnego napisu w londyńskim metrze o treści „Clapton jest bogiem" – napisano „Bogiem jest Green".

Green ożywił repertuar grupy, wprowadzając twórczy niepokój, improwizowanie motywów, które do tej pory odgrywane były zgodnie z obowiązującym kanonem. Zaskoczył fanów mistrzowską interpretacją "The Stumble" Freddiego Kinga. Nie poprzestał na interpretacjach klasyki. Swoje nowatorskie pomysły przedstawił m. in. w kompozycji "The Supernatural". Na rok przed odejściem z The Bluesbreakers napisał słynny z wykonania Carlosa Santany utwór "Black Magic Woman".

Nie mogąc zrealizować własnych pomysłów muzycznych, opuścił zespół Johna Mayalla i stanął w 1967 r. na czele własnej grupy The Fleetwood Mac. W jego muzyce coraz bardziej uwidaczniały się fascynacje grą czarnoskórych mistrzów bluesa -- B. B. Kinga, Muddy Watersa czy Bukka White'a. Fleetwood Mac należał wtedy do ścisłej czołówki światowego rocka, co potwierdziły przeboje "Albatros", "Man Of The World", "Green Manalishi" czy "Oh well". Ale właśnie sukcesy podzieliły zespół i lidera. Green uciekał od sławy i popularności proponując surowe brzmienie i improwizację w duchu hipisowskiej kontrkultury. Oni pragnęli iść drogą komercyjnej kariery. Wyrazem niezadowolenia Greena z tej postawy kolegów, a jednocześnie zapowiedzią odejścia z zespołu stały się słowa piosenki "I Left For My Freedom".

W 1971 r. zdecydował Green wcielić je wżycie. Zrzekł się praw do nagrań na rzecz zespołu i rozpoczął żywot samotnika, imając się najprzeróżniejszych zawodów.

Jednocześnie przeżywał problemy zdrowotne od czasu, gdy został zaproszony na LSD-party w komunie hipisowskiej w Monachium. Green wspominał, że grał wtedy najbardziej uduchowioną muzykę w swoim życiu, niestety, skutki były katastrofalne. Schizofrenia robiła postępy stopniowo. Wybitny gitarzysta zdążył jeszcze pod odejściu z Fleetwood Mac nagrać jedną solową płytę o znamiennym tytule „The End of the Game", po czym z przerwami oddawał się kuracjom psychiatrycznym, w czasie których leczono go m.in. elektrowstrząsami. W tamtym czasie popadał w letarg, widywano go, jak bezsensownie snuje się po cmentarzach. W 1977 roku został aresztowany za groźby z użyciem broni pod adresem swojego księgowego. Po roku rozpadło się jego małżeństwo.Trafił do szpitala psychiatrycznego.

Powrócił na rockową scenę w 1979 r. albumem “In The Skies”. Grał kameralne, melancholijne kompozycje o sferycznym brzmieniu m. in. "A Fool No More". W latach 80-tych oświadczył, że środki farmaceutyczne, jakie stosował, by zmniejszyć skutki schizofrenii, uniemożliwiają mu koncentrowanie się na graniu. Względną harmonię osiągnął dzięki opiece rodziny. Mógł przynajmniej wrócić do koncertowania.
Warto było czekać na jego pierwszy koncert w Warszawie ze Splinter Group 7 grudnia 1997 r. o w warszawskiej Sali Kongresowej. Na perkusji grał wtedy Cozy Powel. Przed koncertem Green powiedział znacząco: "Nie słucham Fleetwood Mac, to muzyka dla dziewczynek. Nie wiem nawet, jaki jest obecny skład zespołu. Trzeba iść do przodu, a nie tylko oglądać się za siebie".

Wyglądem przypominał rastamana, którego idolem jest Che Guevara: płowosiwe włosy skrył za ściągniętym do tyłu czarnym beretem. Rozpoczął koncert dynamicznym chicagowskim bluesem. "Black Magic Woman" wykonał w bardzo nietypowej, koncertowej wersji, tak jak Green lubił grać najbardziej -- nie trzymając się oryginału, improwizując.

Wybitny gitarzysta jest też bohaterem historii gitary Gibson Les Paul. Pokochał szczególnie model gitary z 1959 roku – słynący z soczystości dźwięku blues-rockowy odpowiednik słynnych skrzypiec Stradivariusa.
Wyjątkowe brzmienie instrument miał zawdzięczać majsterkowaniu Greena, który grzebiąc w gitarze, przez przypadek przekręcił zamontowany w niej magnes. Instrument wciąż jest obecny w światowej muzyce. Od Greena przejął go inny wielki gitarzysta Gary Moore, który w młodości słuchał nieustannie kompozycji „A Hard Road” z płyty The Bluesbreakers, w której Peter grał, zastępując Claptona. Potem, gdy zespół Moore’a Skid Row otwierał koncert Fleetwood Mac w Dublinie, Green powiedział do młodego kolegi: „Jestem pod twoim wielkim wrażeniem” i zaprosił go na bluesowy jam do hotelu.
Rezygnując z kariery we Fleetwood Mac i występów, Green sprzedał Gary’emu instrument za 110 funtów. W 1995 r. Moore oddał hołd mistrzowi, wydając album „Blues For Greeny” z kompozycjami Greena, nagranymi na tym samym instrumencie, na jakim przed laty wspaniałe bluesy wykonał Peter. Gitara była tak słynna, że Moore po latach sprzedał ją na aukcji za 2 mln dolarów. Minęło kilka lat, a fani zobaczyli ją w rękach Kirka Hammetta, gitarzysty Metalliki.

– Wiedziałem, że ikoniczny instrument o ciepłym, mocnym dźwięku jest na rynku, ale właściciel chciał zbyt wiele. Transakcja doszła do skutku dopiero wtedy, gdy zaczął mieć kłopoty finansowe – powiedział Hammett. Miał zapłacić 2 mln dolarów. Ale to znaczy, że słodki dźwięk gitary Greena usłyszymy jeszcze nie raz.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA