fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wojna w Syrii

USA nie odpuszczają w Syrii

Wojna domowa w Syrii trwa już ponad sześć lat. Na zdjęciu skutki niedzielnego ataku na przeciwników prezydenta Asada w pobliżu Damaszku.
AFP
Dni kalifatu ISIS są już policzone i rozpoczyna się walka o pozycje wyjściowe do przyszłych negocjacji.

Syryjski myśliwiec bombardujący Su-22 został w niedzielę trafiony rakietą z amerykańskiego myśliwca Super Hornet. Nie miał żadnych szans obrony, zresztą syryjski pilot nie spodziewał się ataku. Zrzucił ładunek bomb w pobliżu miejsca stacjonowania Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), koalicji wspieranych przez USA ugrupowań okrążających obecnie Rakkę, byłą stolicą kalifatu dżihadystów. Obecna znajduje się w Al-Kaim po irackiej stronie granicy z Syrią.

Nieco wcześniej reżimowe siły prezydenta Asada atakowały odziały SDF.

Sygnał dla Moskwy

Likwidując syryjski Su-22 Amerykanie wysłali czytelny sygnał, nie tyle do Damaszku, co do Moskwy, że nie zamierzają tolerować żadnych ataków na swych sojuszników w Syrii.

Odpowiedź Moskwy była natychmiastowa w postaci groźby zestrzelenia „wszelkich obiektów latających nad Syrią na zachód od Eufratu". Nie dotyczy to czterech polskich F-16 uczestniczących w operacji przeciwko ISIS – Inherent Resolve – gdyż wykonują one jedynie loty rozpoznawcze nad Irakiem. Loty nad Syrią zawiesiła jedynie Australia.

Cała sprawa ujawnia rosnącą nerwowość wszystkich uczestników konfliktu w Syrii w miarę jak zbliża się koniec tzw. Państwa Islamskiego. Rozpoczęła się właśnie ofensywa na jedyną dzielnicę Mosulu w Iraku, będącą jeszcze w rękach ISIS.

W Syrii kurczy się z dnia na dzień zajmowane przez nich terytorium i niewykluczone, że w najbliższych miesiącach zdobyta zostanie Rakka. Siły Asada walczą z ISIS w Palmyrze. Wspomagana przez Iran szyicka milicja zwalcza sunnickich dżihadystów nie tylko w obronie reżimu Asada. Co więcej, Iran użył w minioną niedzielę rakiet średniego zasięgu, atakując pozycje dżihadystów w Syrii. Był to odwet za niedawne ataki terrorystyczne w Teheranie, do których przyznał się ISIS.

Administracja prezydenta Trumpa uczestniczy czynnie w wydarzeniach w Syrii. W początkach kwietnia 59 pocisków Tomahawk przekształciło w gruzy bazę sił lotniczych Asada, z której startowały maszyny z pociskami ze śmiercionośnym gazem, który w kontrolowanej przez rebeliantów miejscowości Chan Szajchun prowincji Idlib zabił 86 osób, w tym 30 dzieci. Moskwa protestowała wtedy tak jak obecnie, zarzucając USA, że gwałcą integralność terytorialną Syrii.

Dochodzi tam też do bezpośrednich starć sił amerykańskich i irańskimi Strażnikami Rewolucji. Kilka dni temu w miejscowości Al-Tanf położonej w pobliżu granicy Syrii, Iraku i Jordanii stacjonujący tam amerykańscy żołnierze natrafili na konwój sił Asada, w którym znajdowali się bojownicy szyickiej milicji. Wezwali na pomoc lotnictwo, które zrobiło swoje.

Deficyt sojuszników

W amerykańskiej bazie w tym regionie stacjonuje 150 żołnierzy zajmujących się szkoleniem sił swych sojuszników z SDF. Ich trzon stanowią bojownicy kurdyjscy z YPG, będący w gruncie rzeczy siłami zbrojnymi quasi-autonomii kurdyjskiej po syryjskiej stronie granicy z Turcją. Amerykańska pomoc wojskowa i finansowa dla YPG wywołuje protesty Turcji, gdyż Kurdowie syryjscy współpracują blisko z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK) walczącą zbrojnie z siłami tureckimi w rejonach granicznych z Syrią.

Waszyngton jest jednak zdeterminowany. Nie ma w Syrii innych sojuszników. Walczący z Asadem rebelianci są słabi i mało zainteresowani w walkę z ISIS. A likwidacja terrorystycznego kalifatu jest naczelnym celem Donalda Trumpa. Stąd zdecydowana obrona swych sojuszników przy użyciu jedynego środka, jakim jest lotnictwo.

– Abdykacja USA w Syrii w wykonaniu Baracka Obamy doprowadziła do nieodwracalnych szkód w postaci braku środków skutecznego działania – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Nadim Shehadi z nowojorskiego oddziału brytyjskiego think tanku Chattam House. Jest przekonany, że USA nie mają żadnych szans na odegranie kluczowej roli w Syrii, gdzie karty rozdaje w gruncie rzeczy Moskwa przy współpracy z Teheranem.

Syryjscy Kurdowie z YPG korzystają wprawdzie dzisiaj z pomocy USA, ale utrzymują też doskonałe kontakty z Rosją i ich lojalność wobec Amerykanów jest mocno wątpliwa. – Waszyngton nie ma żadnego planu działania w Syrii poza walką z ISIS – twierdzi Nadim Shehadi.

Kreml wie dokładnie, czego chce, i stawką w całej syryjskiej grze jest powrót Rosji na Bliski Wschód. Moskwa pragnie zachować przy tym pozory wiarygodności i zapewnia, że wspiera nie tylko prawowitego prezydenta Baszara al Asada w zmaganiach z rebeliantami, ale energicznie walczy także z ISIS.

Kilka dni temu Rosjanie zapewniali, że najprawdopodobniej udało im się zlikwidować Abu bakra al Bagdadiego, twórcę samozwańczego kalifatu. Dowodów nadal brak. Miał zginąć w czasie nalotu rosyjskich samolotów w południowej części Rakki w czasie wieczornego spotkania 28 maja tego roku z 300 dżihadystami oraz co najmniej 30 wysokimi dowódcami ISIS. Bagdadi unikał jednak takich zgromadzeń jak ognia.

Bez względu na to co się stało, w świat poszedł przekaz, że Rosja walczy z międzynarodowym terroryzmem.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA