fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Pechowcy, którzy długo żyli

Fotorzepa/Darek Golik
Rozmowa z Piotrem Semką, znawcą spraw niemieckich, publicystą tygodnika „Do Rzeczy"

Rzeczpospolita: Zakończył się proces Oskara Gröninga, 94-letniego byłego oficera SS, zwanego „buchalterem z Auschwitz". Niemiecki sąd skazał go na cztery lata więzienia. Sędzia stwierdził, że oskarżony był częścią morderczej machiny i umożliwiał jej funkcjonowanie, choć sam nie zabijał więźniów. Na czym polega wyjątkowość tego wyroku?

Piotr Semka: Wcześniej nie było wyroków dla tzw. morderców zza biurek, czyli kogoś, kto zajmował się „logistyką" Zagłady, samemu nie widząc ofiar. Gorzki paradoks polega na tym, że taki wyrok zapada dopiero 70 lat po wojnie.

Dlaczego tak późno?

Prawo niemieckie długo chroniło takich ludzi. Udowodnienie im, że byli mordercami, było bardzo trudne.

Nie można było ich rozliczyć od razu po wojnie?

Tuż po wojnie o uczestnictwo w Holokauście można było podejrzewać miliony Niemców.

Alianci stanęli więc wobec problemu milionów postępowań. Z jednej strony machina sądowa nie była na to gotowa. Z drugiej – alianci uznali, że masowość procesów nie ustabilizuje nowych Niemiec: RFN i NRD. W latach 60. i 70. wzrosła wrażliwość społeczna na najbardziej drastyczne zachowania strażników obozów koncentracyjnych, problemem była natomiast cała grupa sędziów. Ci sędziowie literalnie trzymali się przepisów i żądali jednoznacznego udowodnienia zbrodni. W pewnym sensie dzielili wspólnotę losu z tymi ludźmi. Bardzo często sędziowie, którzy orzekali w III Rzeszy, po wojnie sądzili ludzi, którzy system III Rzeszy tworzyli.

To co się zmieniło?

W latach 90. ubiegłego wieku i później morderców było już stosunkowo niewielu, są zaawansowani wiekiem, rzucają się w oczy. Poza tym, gdy ktoś jest symbolem najstraszniejszych zbrodni, to tolerancja dla niego jest o wiele mniejsza, nawet jeśli jest starcem stojącym nad grobem.

Będzie więcej takich wyroków?

Niewiele osób, które należy sądzić, wciąż żyje. Ponadto trzeba je znaleźć, a to jest trudne, bo zmieniały nazwiska, wyjeżdżały, zacierały ślady. Poza tym trzeba ustalić, czy to faktycznie ci ludzie, a przecież bardzo często ich ofiary nie żyją, więc brakuje świadków. Ale powiedzmy szczerze, to są pechowcy, którzy długo żyli. Wcześniej zdecydowanie łatwiej było prześlizgnąć się przez wymiar sprawiedliwości.

—rozmawiała Agnieszka Kalinowska

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA