fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Tomański: Oby do piątku

Rafał Tomański
Fotorzepa, Krzysztof Skłodowski
W oczekiwaniu na piątkowe posiedzenie parlamentu, podczas którego ma odbyć się głosowanie nad usunięciem prezydent Park Geun-hye ze stanowiska, Koreańczycy codziennie zamierzają zbierać się w centrum miasta.
Protesty do tej pory odbywały się w sześć ostatnich sobót. Z każdym tygodniem przybywało więcej osób, o tej samej porze zapełniały się ulice nie tylko Seulu, ale i pozostałych południowokoreańskich miast. Sześć razy pod rząd Koreańczycy wyrażali swój gniew, niedowierzanie politycznej obłudzie i domagali sienna najszybszej dymisji szefowej kraju.
W miniony wtorek prezydent Park przed kamerami pokazała się po raz trzeci od początku tak zwanej afery Choi. Wygłosiła okrągłe zdania, z których po raz kolejny nie wynikało wiele, a całe wystąpienie sprowadzało się do tego, że prezydent zda się na decyzję parlamentu w sprawie swojej przyszłości. Ta deklaracja nie była potrzebna, ponieważ w międzyczasie, podczas owych sześciu tygodniu nerwów, zdążyła się uformować antyprezydencka koalicja złożona nie tylko z trzech opozycyjnych partii, ale także z wielu posłów rządzącego obozu Saenuri, który ma dość Park. Głosowanie nad postawieniem prezydent w stan impeachmentu ma duże szanse na powodzenie. Zaplanowano je na najbliższy piątek 9 grudnia.
Do tego czasu od poniedziałku na centralnym placu Gwanghwamun w Seulu mają zbierać się oburzeni obywatele. To nie jest typowo antyestablishmentowa rewolucja w rodzaju włoskiego Ruchu Pięciu Gwiazd czy nacjonalistycznych nastrojów, które zyskują poparcie w coraz większej liczbie krajów świata. Koreańczycy nie mogą zrozumieć, dlaczego wybrana przez ich prezydent zadrwiła sobie z przyzwoitości i honoru budując własną pajęczynę układów. Zgodę na codzienne grudniowe protesty wyraził sąd i tym samym w poniedziałek, wtorek, środę i czwartek będzie można do godziny 22 oblegać prezydencki pałac przylegający do centralnego placu.
W poniedziałek setki Koreańczyków od godziny 19 pojawiły się w dozwolonej prawem odległości 200 metrów od siedziby Park Geun-hye nazywanej Błękitnym Domem. Protesty mają także odbywać się w seulskiej dzielnicy Yeouido przed siedzibą rządzącej partii Saenuri. Według najnowszych sondaży 98 proc. respondentów wyraża wobec niej niezadowolenie, a sama pani prezydent może liczyć na co najwyżej 4 proc. poparcia. Marsze ze świecami, symbolem protestów, mają odbywać się do skutku, czyli do przegłosowania usunięcia skompromitowanej prezydent Park. 
W międzyczasie Park Geun-hye pierwszy raz od końca października udała się ze służbową wizytą poza stolicę. Pojechała do rodzinnego miasta Daegu, by odwiedzić spalony bazar. Prezydent spędziła kilkanaście minut na zgliszczach centrum handlowego z ubraniami, obejrzała resztki 679 sklepów(z 839 wszystkich znajdujących się w spalonym budynku), a jej kancelaria myliła tropy dla prasy podając inne godziny wizyty. Prezydent znana jest ze swojej awersji do udzielania publicznych wywiadów, konferencji prasowych oraz do odpowiadania na pytania. Dotychczas wszystko musiało być wcześniej planowane i przeprowadzane w odpowiedniej kolejności, żeby Park udzielała właściwej odpowiedzi na "spontaniczne" pytanie. Od początku kadencji prezydent zorganizowała mniej niż 10 spotkań z prasą, podczas gdy jej poprzednicy Kim Dae-jung i Roh Moo-hyun odbyli ich po 150. Park jest także jeszcze bardziej oszczędna w takich wystąpieniach od rządzącego przed nią Lee Myung-baka, który dziennikarzy zaprosił jedynie 20 razy.
Podczas wtorkowego wystąpienia pani prezydent złamała jednak swoje przyzwyczajenie i wróciła do prasy po wykrzyczanym z sali pytaniu o to, czy przyznaje się do współudziału w skandalu. Podeszła z powrotem do mównicy, by stwierdzić, że z pewnością niedługo będzie jeszcze okazja do rozmowy na ten temat. Jak na standardy Park Geun-hye ten lakoniczny komunikat brzmiał prawie jak wyczerpująca odpowiedź.
Pożar w centrum handlowym w mieście, z którego pochodzi prezydent, ludziom kojarzy się z celowym podpaleniem z zemsty za całą aferę. Dwa dni po Daegu podłożono ogień w mieście Gumi w prowincji Gyeongsang Północny w izbie pamięci w miejscu urodzin ojca Park, byłego prezydenta Park Chung-hee. Policja szybko ujęła prawdopodobnego podpalacza, który ma na koncie także podobny incydent z mauzoleum innego prezydenta, Roh Tae-woo w 2012 roku.
Skandal zatacza coraz szersze kręgi. Koreańska prasa zaleca obcokrajowcom, by nie brali udziału w protestach, nawet kierowani ciekawością. Zgodnie z obowiązujacym prawem mogą zostać za to wydaleni z kraju. W internecie znalazło się także nagranie z niecodzienną formą poparcia marszu z ostatniej soboty. Co tydzień w tym samym momencie wszyscy zgromadzeni jednocześnie gaszą świeczki i po minucie zapalają je ponownie. Taki gest solidarności ma pokazać, że światło zawsze pokonuje ciemność. Tym razem razem ze światełkami na ulicy zgasło także jedno piętro amerykańskiej ambasady położonej przy głównym placu.
Oburzeni napędzają obroty w kawiarniach i restauracjach, natomiast według ostatnich badań na protestach cierpią koreańskie kina. W soboty zamiast na nowe filmy, chodzi się teraz na demonstracje. Listopadowe zyski były niższe od październikowych o ponad 36 mln dolarów, a do kin poszło 8 mln osób mniej. Polityczne zamieszanie nie przyniesie korzyści także w sektorze detalicznym, ponieważ protesty zastąpią także przedświąteczne zakupy i promocje na koniec roku.
Najwięcej powodów do zmartwienia ma jednak wciąż Park Geun-hye. Według Cho Han-gyu, byłego redaktora naczelnego dziennika Segye Ilbo istnieje osiem tajnych dokumentów, które są w stanie całkowicie zniszczyć obecną prezydent. Cho, który już przed dwoma laty zarzucał Park korupcję i szemrane interesy z Choi Soon-sil, drugą bohaterką afery (nazywaną koreańskim Rasputinem w spódnicy), zderzył się wówczas z machiną Błękitnego Domu broniącego swojej głównej lokatorki. Jego gazeta jako pierwsza pisała w takich podejrzeniach pod koniec listopada 2014 roku. Wtedy jednak to redaktor musiał pożegnać się że stanowiskiem. Tajne dokumenty zabrał jako gwarancję bezpieczeństwa, ale na razie nie chce ich ujawniać. Mają się w nich znajdować dowody na nielegalne powiązania dotyczące nie tylko samej prezydent, ale także systemu sądownictwa, parlamentarzystów i administracji publicznej. Cho twierdzi, że gdy ujrzą światło dzienne, koreańska demokracja zostanie skrytykowana nie tylko przez obywateli, ale i na całym świecie.

Pozostaje zatem tylko czekać na piątek.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA