fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W kontrapunkcie

Dokończyć „Tajemniczy ogród”

Fotorzepa, Robert Gardziński
Mieliśmy poczekać kilka miesięcy, a zrobiła się z tego cała epoka. Obaj z synem na początku grudnia zgodnie stwierdziliśmy, że to jeszcze nie ten moment, że wejdziemy razem do tajemniczego ogrodu, przeczytamy razem do końca powieść Frances Hodgson Burnett, kiedy świat za oknem będzie miał w sobie więcej i z ogrodu, i z tajemnicy. Od kiedy zima razem ze śniegiem straciła sobie tylko właściwą treść, stała się niczym innym jak tylko wielką poczekalnią; poprzedni cykl jeszcze się nie zamknął, nowy – wciąż nie rozpoczął. Świat sprawdza naszą cierpliwość, bierze nas na przeczekanie.

No to zaczekaliśmy. Od pewnego czasu z obawą, czy wiosna również nie zamierza dostosować się do wymogów roku zarazy. Skoro fraza „zostań w domu" została tyle razy powtórzona we wszystkich językach, to musiała przecież dotrzeć również do uszu drzew i kwiatów. Ale nawet jeśli tak było, to nie przyłączyły się one do tamtego chóru, a zamiast tego powtórzyły swoją własną, starą jak świat pieśń. I mogliśmy dokończyć „Tajemniczy ogród". Przypomnieć sobie, że ta historia również zaczęła się od zarazy, epidemii cholery, która w dalekich Indiach pochłonęła życie rodziców małej Mary Lennox.

Ale to dopiero pierwszy akt tej drugiej, dziejącej się gdzieś jednocześnie pod spodem i dużo powyżej książkowych zdarzeń, postaci i miejsc opowieści. Historii o wielkiej wspólnocie losu, łączącej przyrodę i ludzi. Zatrutym powietrzu i jałowej ziemi kolonializmu, który ma do zaoferowania tylko przepych, władzę i śmierć. A wszystko to równie niezasłużone i pozbawione sensu. W taki czy inny sposób skazane na śmierć, bo ziemia, na której nic nie potrafi zakwitnąć, pozostaje jałowa, choćby wyrastały z niej pałace. A przestrzeń, choćby i nie dało się jej ogarnąć wzrokiem, pozostaje więzieniem, celą, w której skazaniec oczekuje wykonania wyroku, jeżeli nie wypełnia jej nic poza monotonią pustyni. Tak jak celą był pokój pewnego chłopca, przekonanego, że na jego plecach rośnie garb, a śmierć czeka tuż za oknem i jeśli tylko je uchylić, to natychmiast wedrze się do środka. Celą, z której uciec można było tylko przez ogród.

Chociaż otoczony wysokim murem i ukryty przed światem, to jednak większy niż Indie i wszystkie brytyjskie kolonie razem wzięte. Tam, gdzie czas zakrzywia się w corocznym cyklu śmierci i narodzin, równie względną i niezbyt przydatną miarą staje się także przestrzeń. Dlatego każdy postawiony w nim krok nie był gestem zdobywcy, pośród rabat i krzewów nie było miejsca na zatknięcie żadnej flagi. Bo nie ma takiego imperium, które byłoby w stanie wziąć w posiadanie wiosnę.

Po przekroczeniu jego progu trzeba było ogłosić kapitulację, zaciągnąć się na dożywotnią służbę u jego ogrodowej mości; paść na kolana przed zachwaszczonymi grządkami, dopasować własne plany i rytm dnia do jego woli i zachcianek. A jednocześnie żaden triumf nie był ogłoszony z takim entuzjazmem, tak bardzo nic sobie nierobiącą z arystokratycznej godności młodego panicza spontanicznością. Kiedy ten ukrywający się przez lata przed śmiercią w prywatnych komnatach chłopiec ujrzał na własne oczy wiosnę, w całym jej przepychu, niczym przez nas niezasłużonej rozrzutności jej skarbów, potrafił wydusić z siebie tylko jedno jedyne, za to powtarzane w kółko zdanie: będę żył, żył i żył, będę żył bez końca.

Kiedy krążymy po plantach, a na horyzoncie nie widać innych przechodniów, policji ani straży miejskiej, zsuwamy z twarzy maseczki i pełną piersią wciągamy w siebie dalszy ciąg „Tajemniczego ogrodu". Opowieści, która nigdy się nie skończy. Każdego roku dotrzymuje obietnicy złożonej ustami jednego ze swoich bohaterów. Żyje i żyje. Żyje bez końca.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA