fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W kontrapunkcie

Jan Maciejewski: Na początku był wrzask

Fotorzepa, Robert Gardziński
To było dokładnie rok temu. Kalendarz twierdzi co innego, ale świat ma swój własny, nieuchwytny dla dat i nazw miesięcy rytm. A w zeszłym roku wszystko było wcześniej, dokonało się o kilka tygodni szybciej niż teraz. Szybszy był rytm pierwszych upałów i deszczy. Więc nie mogło być inaczej, bóle porodowe świata zaczęły się wcześniej, przed terminem wyznaczonym w kalendarzu.

I tym zbiegiem okoliczności dwóch natur, człowieka i świata, moja córka urodziła się w tym samym czasie, kiedy dookoła wybuchała wiosna. Dopiero wtedy zrozumiałem, dlaczego drzewa i kwiaty nie mają głosu. Gdyby było inaczej, ogłuchlibyśmy od ich krzyku, przez te kilka tygodni (nie godzin tylko tygodni – o tyle łaskawiej natura obeszła się z człowiekiem niż rośliną) nie bylibyśmy w stanie zmrużyć oka. A tak, dzięki temu, że świat milczy, człowiek może się beztrosko wzruszać. Tam, gdzie liście bezlitośnie rozrywają tkanki drzew, świdrującym ruchem upominają się o swoją obecność, widzieć tylko ich przebudzenie po zimowym śnie. Jakby akt tej pierwotnej przemocy, bólu i ekstazy miał cokolwiek wspólnego z czymś tak mimowolnym i niewinnym jak otwarcie oczu.

Nie wiedzieć o tym wielkim cierpieniu świata, cierpieniu, które jest jego życiem i trwaniem, to jak zapomnieć o każdym z początków. Chwilę narodzin dzieł datować na ich druk albo premierę, obecność dzieci zauważać od ich pierwszych kroków i uśmiechów, dostrzec liście, kiedy zaczną dawać cień. Nie, na początku, na każdym z nich, był krzyk, gardłowy wrzask, przyspieszony oddech i oczy rozszerzone bardziej niż to jest możliwe.

Jan Sebastian Bach miał 20 dzieci. To zdanie mogłoby otwierać doskonale bezsensowną teorię o związku łączącym płodność umysłu i ciała. Albo inną – o krzykach jego żon, nawet za 20. razem tak samo przerażających jak za pierwszym, nie mniej prawdziwych i nie bardziej oswojonych, przetłumaczonych na język fug, mszy i chorałów. Zazdrośnie ścigających tamte wrzaski, prawdę każdego z początków.

Bo przecież geniusz nigdy nie jest, zawsze się staje. Tym dłużej i bardziej konsekwentnie, im jest większy. Jego skalę można mierzyć stopniem, w którym odciska się to, co przydarza się człowiekowi. A co takiego mogło się przydarzyć Bachowi na tych kilkudziesięciu kilometrach kwadratowych między rodzinną Turyngią a sąsiednią Saksonią, w granicach, w których uwięzione było jego życie? W małomiasteczkowym środowisku, wśród aptekarzy i urzędników, zażarcie odgrywających małe dramaty, śmieszne rywalizacje i wspinaczki po krótkich drabinach karier i hierarchii. Nawet o ich cieniu nikt rozsądny by dzisiaj nie wspominał, gdyby nie słońce, które się wokół nich przechadzało.

Bez podróży i przygód, romansów i tragedii. Codziennie ten sam kościół, ta sama klawiatura, te same twarze i uszy, a każde z nich nieświadome tego, co się wokół i dla nich dzieje. Ten sam niekończący się i regularny rytm zamówień. Tło, z którego miał prawo wyłonić się nie geniusz, tylko rzemieślnik. I tylko raz na kilkadziesiąt miesięcy krzyk po małomiasteczkowemu, uczciwie, skromnie i rzetelnie kochanej żony. Tylko on mógł być kontrapunktem dla całej zwyczajności jego życia. Wyzwaniem rzuconym mu przez siły życia i natury. To on rozkazał jego wariacjom naginać ścięgna tematu do granic wytrzymałości. Pędzić i drążyć rytm fug aż do utraty tchu, do wyłonienia się z nich harmonii początku. Oddać treść i dramat pasji – cierpienie, które przekracza samo siebie, aż staje się życiem.

Geniusz Bacha, jak każdy geniusz – kompozytora i drzewa, pisarza i kwiatów – był po prostu wierny swojemu początkowi. Świadomy długu, jaki miał wobec tego zawsze pierwszego, czasem niemego, ale za każdym razem jedynego w swoim rodzaju wrzasku.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA