fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Mariusz Fyrstenberg o zbliżającym się sezonie tenisowym

Mariusz Fyrstenberg: 36 lat, pięciokrotny uczestnik Masters w deblu, zwycięzca 18. turniejów w grze podwójnej.
Fotorzepa, Piotr Nowak
Polski tenisista Mariusz Fyrstenberg o zbliżającym się sezonie, specyfice debla i grze obok lidera rankingu ATP Andy'ego Murraya.

Rzeczpospolita: Jak to się stało, że w styczniu na turnieju w Katarze zagra pan w parze deblowej z Andym Murrayem?

Mariusz Fyrstenberg: Miesiąc temu prowadziliśmy taką luźną rozmowę i zapytałem go, czy nie zagrałby ze mną. Nie miałem problemu z tym pytaniem. Znamy się od dawna, on wie, co potrafię w debla, mierzyliśmy się ze sobą. Powiedział, że chętnie zagra. Ucieszyłem się, nie tylko dlatego, że to numer 1 w rankingu singlowym. Andy zawsze na 100 procent podchodzi do każdego meczu deblowego, a na tym mi zależy.

Ale Murray rzadko bierze udział w turniejach deblowych.

– Na ogół gra w tych samych, wprowadzają go w sezon – tak jak ten w Katarze – albo przyzwyczaja się do nowej nawierzchni. Pokaże się więc w Indian Wells przed serią amerykańskich turniejów na kortach tardych, w Monte Carlo na ziemi.

Brytyjczyk przeklina na korcie, wścieka się, dyskutuje, głównie mając pretensje do siebie, ale robi to złe wrażenie. Nie ma pan obaw, że będzie pana strofował?

– On jest krytyczny tylko wobec siebie. Graliśmy przeciwko niiemu z Marcinem Matkowskim i w parze z bratem albo z Colinem Flemingiem zachowywał się zawsze fair w stosunku do partnera. O tym w ogóle nie myślę. To jest bardzo dobry partner deblowy w sensie osobowościowym. Nigdy nie ma pretensji do partnera. Wierzę, że będzie to przyjemnie spędzony czas na korcie przez nas obu. Nie mogę się doczekać turnieju w Katarze. Zgadzam się z tym, że na korcie Andy sprawia czasami negatywne wrażenie, ale zapewniam, że to świetny gość, ze wszystkich graczy z czołówki najlepiej dogaduję się właśnie z nim. Ma poczucie humoru, taki angielski, suchy żart.

Inteligentny, skromny człowiek.

Wielokrotnie chwalił Agnieszkę Radwańską, teraz wybrał pana za partnera deblowego. Lubi Polaków?

– Jego tenis jest trochę podobny do gry Agnieszki. Teraz gra bardziej agresywnie, ale uwielbia defensywę i może widzi w Agnieszce trochę siebie samego.

Czy Andy Murray zasłużył na numer 1 w ATP? Czy to raczej Novak Djoković się pogubił?

– Wszyscy zawodnicy, którzy są numerem 1, zasługują na to. Grają w tych samych warunkach, są narażeni na kontuzje i to jest częścią gry. Zniżki formy także. Murray też miał dołek fizyczny i psychiczny, ale doskonale sobie z tym poradził. Jeśli ktoś kończy sezon jako nr 1, to nieistotne, czy miał uraz, czy wpadł w dołek, a przecież Murray wygrywał turnieje Wielkiego Szlema. Ale nawet jeśliby nie wygrywał, tak jak to było kiedyś w przypadku Karoliny Woźniackiej, to też zapracowałby sobie na taką pozycję. Wszyscy grają według tych samych reguł, wiedzą, jakie są zasady, punktacja i każdy chciałby być najlepszy w sezonie.

Czy Murray byłby numerem 1 wśród deblistów?

– Najlepszym deblistą z tych wielkich singlistów, zawodnikiem przeciw któremu nigdy nie chciałbym grać, jest Rafael Nadal, Federer też. Oni byliby w czołowej piątce, szóstce w deblu, nie wiem czy byliby nr 1. Nie sądzę, żeby pokonali braci Bryanów.

Jak pan ocenia swój sezon?

– Koniec był niezły. Kilka dobrych par udało nam się ograć. Na razie nie mam kontuzji. Przez ostatnie dwa lata pół sezonu byłem w domu, chciałbym w końcu jeden cały sezon pograć bez kontuzji. To zweryfikuje, jaka jest siła mojej gry.

Jest pan obecnie na 58. miejscu w deblowym rankingu. Ta odległa pozycja zapewne bardzo utrudnia powrót do czołówki?

– Najlepiej być w czołowej 30. Można grać wsządzie, nie ma problemu ze znalezieniem partnerów. Miałem szczęście, że będę grał teraz z Murrayem, w styczniowym Australian Open ze Słowakiem Martinem Klizanem. To bardzo dobry singlista, ale deblista? No, niezły. Nie jest to wymarzony partner, by poprawić ranking, ale szuka się takich, dzięki którym można w ogóle wziąć udział w turnieju.

Kto jest pana wymarzonym partnerem?

– Bardzo dobrze grało mi się z Kanadyjczykiem Danielem Nestorem. Poza kortem też się rozumiemy. Graliśmy przez tydzień, a dużo się od niego nauczyłem.

A Marcin Matkowski? Widzę, że trenujecie razem, ale czy zagracie razem?

– Musimy mieć zbliżone rankingi. Marcin jest wyżej i jeśli on znajdzie partnera z rankingiem zbliżonym do swojego, to ma miejsce we wszystkich turniejach, a w mniejszych będzie rozstawiony. To są ważne niuanse tenisa.

Nie ma pan wrażenia, że gra podwójna nie jest doceniana?

– W USA, w Wielkiej Brytanii trybuny na większości meczów są pełne. Ale tam patrzą inaczej, w tych krajach dużo amatorów gra w debla, więc przychodzą popatrzeć. Problem polega na tym, że pary deblowe często się zmieniają, ludzie chcieliby oglądać najlepszych tenisistów również w deblu.

Zagra pan w reprezentacji Polski w Pucharze Davisa z Bośnią?

– Zawsze jestem gotowy do gry. Nie wiem, jak kto się będzie czuł, kto będzie chciał grać, dużo zależy od Jurka Janowicza.

Czy oprócz tenisa nadal poświęca się pan grze w Fantasy Premier League?

– Słabo mi idzie w tym sezonie. Dwa lata temu byłem czwarty na cztery miliony ludzi, teraz nawet nie zaglądam do klasyfikacji. Uwielbiam ligę angielską. Fantasy zaraziłem się od Brytyjczyków, szczególnie od braci Murrayów. U nich treningi są ustawione pod godziny meczów Premier League. Jak gra liga, oni nie trenują. W szatni jest grupka około dziesięciu zawodników, którzy cały czas rozmawiają o angielskiej piłce. Amerykanie z kolei – John Isner, Sam Querrey – mają swoje NFL, baseball. W NFL też ustawiają wirtualne drużyny. Nas kompletnie nie rozumieją.

W Święta będzie pan oglądał Premier League?

– Oczywiście, nawet przy świątecznym obiedzie w tle będzie włączony telewizor z meczami.

Ma pan 36 lat. Długo pan będzie jeszcze grał zawodowo w tenisa?

– Nie ma znaczenia, ile kto ma lat. Bracia Bryanowie, Nestor, Nenad Zimonijc, Leander Paes – wszyscy utrzymują się w czołówce, a są starsi ode mnie. Jeśli ktoś dba o zdrowie, dobrze się prowadzi, może grać długo. To jest piękne życie. Za biurkiem się człowiek jeszcze nasiedzi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA