fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

„Kapitan Żbik i żółty saturator”. Pouczający upadek PRL

Wojciech Kościelniak w grafice Rafała Szłapy
mat. pras.
Wojciech Kościelniak, reżyser i autor znakomitych polskich musicali, zapowiada premierę „Kapitana Żbika i żółtego saturatora” w stołecznym Teatrze Syrena.

KapitanŻbik kojarzył się w PRL-u z obciachem, jak wiele innych postaci mających ocieplić wizerunek MSW. Komiks pułkownika Władysława Krupka powstał pod kuratelą niesławnej pamięci generała MO Jana Pietrzaka. Czy to ma jeszcze znaczenie?

To, co pan mówi, jest prawdą, ale paradoksalnie upatruję w tym szansę na niejednoznaczne widowisko. Ale zacznę od tego, że jako dziesięciolatek Żbika uwielbiałem i biegałem po kolejne komiksy do kiosku na ulicy Jaworowej we Wrocławiu. To był towar spod lady, szybko znikał, bo jakie by nie były intencje milicyjnych patronów, Żbik był dla nas powiewem Zachodu. Jako dziecko nie rozumiałem, że kapitan MO działa na służbie propagandy, wybiera sobie śledztwa i jest de facto kimś w rodzaju esbeka.

Inne komiksy nie pełniły propagandowej funkcji, na przykład „Tytus Romek i A’Tomek” Papcia Chmiela.

Ale zanim Żbik stał się synonimem obciachu, był polskim odpowiednikiem Jamesa Bonda. Tak był rysowany, co zaspokajało potrzeby młodych odbiorców. To, że władza lansowała nazwę „kolorowych zeszytów”, nie miało dla mnie znaczenia. Komiks to komiks. Potem o dziecięcej lekturze zapomniałem, a teraz powraca do mnie jako wspomnienie dzieciństwa, ale niejednoznaczne.

Dlaczego?

Bo wspomnienie zderza się z tym, co dziś przeżywamy. Pamiętajmy o proporcjach, ale znowu proponuje nam się jedyną słusznie ideologię, liczą się nie zasady, lecz układy partyjne. Taki świat ponownie się rodzi, tymczasem historia Żbika pokazuje zmierzch takiego świata pod koniec lat 70., jego rozpad. Oczywiście, pracując nad musicalem, przede wszystkim się bawimy, a nawet wygłupiamy, ale poprzez nieoczywistość kontekstu można w Żbiku widzieć Bonda, superbohatera, jak również esbeka. Inna, wyjątkowa jest estetyka komiksu. Piotr Rosiński, syn Grzegorza, autora najsłynniejszej rozgrywającej się za granicą serii, pokazał mi oryginalne karty komiksu. Uderzyła mnie obłędna kolorystyka, której nie odzwierciedlał masowy druk. Nie dziwi mnie, że pan Rosiński zrobił wielką karierę na Zachodzie.

Zaś teraz komiks robi karierę w Hollywood, a jego ekranizacje stają się nośnikiem poważnych tematów, jak „Joker”.

Jeśli chodzi o kapitana Żbika, staramy się dotknąć głębszych spraw, ale jednak idziemy inną drogą niż tacy bohaterowie jak Batman czy Joker. Amerykanie w każdym pokoleniu konfrontują się z komiksowymi mitami, opowiadając o sobie. My uznaliśmy, że kapitan Żbik na tyle jest obciążony PRL-em, że lepiej spróbować opowiadać o nim poprzez komedię, choć bez szyderstw. Przyglądamy się czasom socjalizmu, temu jacy byliśmy. Głównym wrogiem kapitana jest zachodni szpieg, który chce zdezorganizować zjazd PZPR.

Dla młodego pokolenia Pałac Kultury, saturator i samochód Warszawa z plakatu zapowiadającego spektakl nie mają smaku PRL-u tylko vintage, tak jak design i moda lat 70. Myślał pan o tych odbiorcach?

Pisząc scenariusz, nie zastanawiałem się, do jakiego pokolenia chcę trafić. A jeśli chodzi o plakat – Pałac Kultury ogniskuje historię Polski nieupiększonej, niezakłamanej, jaka by nie była. Myślę dokładnie tak, jak Andrzej Seweryn, który powiedział, że pozytywną stroną obecnej sytuacji jest to, że zobaczyliśmy, jaka naprawdę jest Polska, jacy są Polacy. Wyszło szydło z worka! Jednak nie umiałbym na ten temat mówić wprost. Trzeba do tego podejść z innej perspektywy, a duch naszego czasu pojawi się sam między wierszami.

To sprawdziło się w pana „Blaszanym bębenku” we wrocławskim Capitolu.

W pamięci pozostał mi film, ale gdy temat książki Gunthera Grassa pojawił się w rozmowie z dyrektorem Konradem Imielą, wciągnęła mnie bez reszty. Język powieści zrobił na mnie wrażenie musicalowego. O najgorszych rzeczach, jak hitlerowskie parady i wojna, bohater Oskar mówi w sposób tak niedojrzały i bezrozumny, że idealnie obrazuje postawę Niemców w czasach hitleryzmu, co chciał pokazać Grass.

Stał się pan symbolem polskiego musicalu opartego na dziełach krajowej klasyki. Co pana pchnęło w tę stronę?

Wzbierała we mnie złość, gdy okazywało się, że jeśli musical jest dobry – to anglosaski i opowiada o sytuacjach nie zawsze nam bliskich. Trzeba też płacić wielkie pieniądze za licencję, a nic nie można zmienić, co jest przecież artystycznym ubezwłasnowolnieniem. Dlatego zacząłem myśleć o oryginalnych polskich musicalach. Moim laboratorium były spektakle dyplomowe realizowane w szkołach teatralnych. Popełniałem oczywiście błędy, ale też uczyłem się na nich. Budowanie teatralnego świata od podstaw okazało się fascynujące, bo łączy się dodatkowo z pracą z kompozytorem, choreografem, a wszystko jest ze sobą sprzęgnięte. Uwielbiam to!

Który musicali uważa pan za przełomowy?

„Lalkę” według powieści Prusa w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Wtedy już chyba zrozumiałem, że musicalem rządzą prawa, których nie warto zmieniać. A choćby takie, że jest to droga zabawa i trzeba zgromadzić co wieczór do tysiąca widzów, by miała sens, a nie spełniać zachcianki reżyserskiego ego. Widzowie nie będą grzecznie kiwać głowami. Następnym razem sala będzie pusta.

Do teatrów muzycznych nie ma biletów. Skąd ten fenomen?

Uwielbiam spektakle dramatyczne, grane w skupieniu i ciszy, ale świat biegnie w innym tempie, a muzyczny spektakl, który dobrze komunikuje się z widzami, nie musi być pozbawiony ważnych treści. Zawsze też można szukać poza głównym nurtem gatunku, łączyć teatr muzyczny i dramatyczny. To jest dla mnie najciekawsze.

Potwierdza to wrocławski Capitol, gdzie po„Blaszanym bębenku” Konrad Imiela wyreżyserował „Mocka”. Czy Capitol po politycznym zniszczeniu Teatru Polskiego przejmuje jego rolę?

Nie byłem bezkrytycznym zwolennikiem wszystkich spektakli za dyrekcji Krzysztofa Mieszkowskiego. Zdarzały się błędy i odwracanie się od widowni. Ale to, co działo się później, przekracza ludzkie pojęcie. Zniszczono wspaniały zespół. Reżyserowałem galę PPA w Polskim. Spotkałem, którzy zostali, a to również moi koledzy. Czułem, że w teatrze wieje mrozem. Śmierć to może zbyt mocne słowo, ale strat nie da się długo odrobić. Capitol siłą rzeczy wypełnia powstałą lukę, a widownia jest pełna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA