fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Hubert Ptaszek: Nie jestem Robertem Kubicą

materiały
22-letni kierowca od końca 2013 roku jeździ w rajdowych mistrzostwach świata. Od tego sezonu startuje w kategorii WRC-2 i przed Rajdem Portugalii, piątą rundą czempionatu, jest wiceliderem punktacji.

Jak rozpoczęła się pańska przygoda z motorsportem?

Mój tata startował w rallycrossie. Mama zabierała mnie na zawody od najmłodszych lat i oglądałem, jak tata jeździł. Miałem bodajże 12 lat, kiedy siedziałem już w aucie klasy WRC. Mój pierwszy raz za kierownicą to była przejażdżka po parkingu Toyotą Corollą! Mój wspaniały tata zaszczepił mi to wszystko i serdecznie mu za to dziękuję, bo życie z pasją to jest jedna z lepszych rzeczy, jakiej można doświadczyć. Mam przyjemność robić to, co kocham i póki co jestem spełnionym człowiekiem, chociaż oczywiście moje cele sięgają daleko.

Jak daleko?

Marzeniem zdecydowanie jest sama czołówka, czyli WRC. Nie chcemy się jednak wkupić do fabrycznego zespołu, chcemy być zauważeni i dostać propozycję. Myślę, że to jest realne, tylko trzeba podążać za marzeniami i nie podłamywać się po niektórych upadkach, bo wiadomo, że schody do kariery są długie. Sądzę, że jesteśmy w stanie temu sprostać – może rzucam trochę słowa na wiatr, ale będę ciężko walczył o swoje marzenia.

Ile czasu pan sobie daje na ich spełnienie?

Na razie mamy plan dwóch-trzech lat startów w WRC-2 i to jest naprawdę dobry poziom rywalizacji. Przeskok do WRC jest jednak tak duży, że wielu kierowców się nie odnajduje. Ja wiem, że jeszcze nie jestem na to gotowy, nie jestem kompletnym kierowcą i cały czas zbieram doświadczenie. Nie jestem Robertem Kubicą, który wsiada, jedzie i potrafi wygrywać. Uważam, że on jest kompletnym kierowcą, od którego można wiele się nauczyć. Tego mi jeszcze brakuje i w tym sezonie stawiam w stu procentach na doświadczenie. Nie musimy w tym roku nikomu niczego udowadniać, stąd nasza rozsądna jazda na początku sezonu i tak będzie ona wyglądała do końca roku. Na razie udowadniamy naszą skuteczność i myślę, że po dwóch ostatnich rajdach – po drugich miejscach w Meksyku i Argentynie – spokojnie możemy to stwierdzić.

Program startów jest dość bogaty i to musi sprzyjać zdobywaniu doświadczenia?

Startujemy w pełnym cyklu mistrzostw świata, we wszystkich czternastu rajdach. Na początku roku mieliśmy w planie tylko siedem startów Skodą Fabią, ale pojawiła się bardzo dobra oferta Peugeot Sports Slovakia i dzięki ich wsparciu możemy pojechać kolejne siedem rajdów, innym samochodem. To naprawdę duże przedsięwzięcie.

Ciekawe jest to, że startuje pan dwoma różnymi samochodami: siedem rund Skodą i siedem Peugeotem. Czy ludzie obsługujący te auta także się zmieniają?

To zupełnie inni ludzie, inne zespoły. Oba są doświadczone, działają od dawna, ale mają na przykład różne systemy pracy, wyrobione po wielu latach. Mogę więc czerpać wiedzę z wielu źródeł, wyciągnąć i połączyć najlepsze rzeczy. Nie znam jeszcze tych samochodów w stu procentach, wciąż bardzo dużo czasu leży w samych ustawieniach. To jeszcze nie jest ten etap, w którym patrzymy na ostatnie dziesiątki sekund.

Patrzycie na różnice, dzielące was od najlepszych? Dwa drugie miejsca i pozycja wiceliderów w WRC-2 robią wrażenie, ale czołówka jedzie znacznie szybciej...

Te wyniki nie robią na nas wrażenia, bo wiemy, jak je zdobyliśmy. Mamy jakieś punkty, ale w ogóle tego nie kalkulujemy. Robimy swoje – wiadomo, że liczymy straty do lidera, które są dla nas najważniejsze w tym roku. Patrzymy, jak maleją z rajdu na rajd, więc jest coraz lepiej. Na początku sezonu były to ogromne straty na kilometrze, teraz jesteśmy na poziomie półtorej, dwóch do trzech sekund. Tak naprawdę plan zakładał osiągniecie takiego poziomu na koniec sezonu. My rozliczamy się według własnego systemu: czy to, co robimy, sprawdza się w samochodzie. Myślę, że póki co jesteśmy bardzo zadowoleni z pracy.

Od trzech rajdów współpracuje pan z Maćkiem Szczepaniakiem, pilotem o największym doświadczeniu w mistrzostwach świata spośród polskich zawodników. Czy to dłuższa współpraca, czy jego obecność pomaga?

To jest długofalowa współpraca. Nazywam go encyklopedią, bo tegoroczny Rajd Polski będzie setną rundą WRC, do której się zgłosi. Ja jechałem w Argentynie pierwszy raz, on siódmy... Doświadczenia nie da się zdobyć bez jeżdżenia, trzeba zbierać cenne materiały do nauki na kolejne lata. Rywale, którzy jadą rajd po raz czwarty czy piąty, wiedzą dokładnie, czego się spodziewać. Ja to wiem tylko z opowieści. Stawka jest też bardzo liczna i mocna, jest z kim się ścigać. To nie są chłopcy z przypadku.

WRC-2 to już ostatni szczebel przed ścisłą czołówką. Jak wyglądają relacje z kierowcami z samego czuba, to wciąż idole, czy już koledzy z pracy?

W poprzednich latach, kiedy startowałem słabszym, przednionapędowym samochodem z tyłu stawki, to było się naprawdę daleko, a teraz już podczas odcinka testowego do pierwszego rajdu, w Monte Carlo, za mną startował Sebastien Ogier. Na początku byłem przerażony – ludzie, przez których śliniłeś się do telewizora, oglądając ich w akcji, teraz nagle startują za tobą, bo tak się akurat ułożyła kolejność. To było niesamowite doświadczenie, teraz już trochę przywykłem. Są bardzo w porządku, można z nimi otwarcie rozmawiać, ale nie mogę jeszcze powiedzieć, żeby byli moimi kolegami.

Wspomniał pan o samochodzie z napędem na przednią oś, przesiadka do 4x4 nastąpiła przed tym sezonem i teraz trwa nauka jazdy takim autem, już na bardzo wysokim poziomie...

Jestem też rozliczany z tego najwyższego poziomu, gdzie nam jeszcze trochę brakuje. Jestem jednak realistą i wiem, że to normalna sytuacja. Niczym się nie podłamuję i wiem, że stać nas na więcej, tylko musimy wcisnąć ten przycisk w odpowiednim momencie. Na razie go nie wciskamy, ale na pewno jakieś guzy się pojawią. Czasami przy jeździe na limicie popełnia się błąd, wypada się z trasy. To się zdarza, miewałem już grubsze wypadki i jak najszybciej wracałem za kierownicę. W zeszłym roku po kraksie w Hiszpanii zabrali mnie śmigłowcem do szpitala, straciłem wzrok na kilkanaście minut, a tydzień potem, jeszcze chodząc o kulach, siedziałem w rajdówce i testowałem. Póki co jestem nie do zatrzymania i podążam za marzeniami.

Pana mocne strony?

Nie męczy mnie jazda. Kocham jeździć i jeśli tylko można gdzieś nie lecieć samolotem, to wsiadam w auto. W Meksyku jechaliśmy 80-kilometrowy odcinek specjalny, na mecie rozdawano wszystkim koszulki z napisem „Przetrwałem 80 kilometrów odcinka Guanajuato”, bardzo fajna pamiątka. W ogóle mnie to nie zmęczyło. Jestem młody, potrafię naprawdę dużo wytrzymać i po prostu kocham to, co robię. Nie jest tak, że wsiądę, spocę się i będę marudził. Cieszę się, że się spociłem i dałem z siebie wszystko.

Jak zatem wygląda przygotowanie fizyczne do takich wysiłków, treningi?

Tak naprawdę to dopiero od października będę mógł zacząć ostrzejsze treningi fizyczne. To ze względu na wypadki, które miałem w zeszłym roku w Hiszpanii i na testach przed Monte Carlo. Musiałem przystopować, nogi zaczęły trochę odmawiać posłuszeństwa, jeśli chodzi o sport.

A treningi psychiczne, na koncentrację?

Pracuję z psychologami, staram się udoskonalać we wszystkich obszarach. Nie jestem zdania, że jestem świetny i tak zostanie. Trzeba zbierać drobne składniki, żeby cały czas stawać się lepszym.

Ma pan kierowcę, którego stawia pan sobie za wzór?

Mam wielu idoli w tym sporcie, ale optymalnym rozwiązaniem jest połączenie wielu z nich. Wiadomo, że Ogier i Sebastien Loeb to są ewenementy rajdowe. Z drugiej strony Ken Block, który nie jest wybitnym kierowcą, ma świetny marketing i doskonale to działa. Ja jednak zawsze powtarzam, że piszę swoją historię. Nazywam się Hubert Ptaszek i odkrywam swoje karty w historii rajdów samochodowych. Podglądam wszystkich – jak Roberta Kubicę, który przez te swoje sezony w mistrzostwach świata naprawdę wielu nauczył podejścia do tematu. On jest cały czas w pracy, to jest moim zdaniem fenomenalne.

Ma pan czas na cokolwiek poza rajdami, na inne sporty?

Kiedyś tak, ale musiałem zrezygnować, bo szybko można sobie guza nabić. Na przykład jeździłem hobbystycznie na motocyklu, ale rok temu się połamałem. Spasowałem ze wszystkimi ekstremalnymi sportami, ale podkreślam, że takie rzeczy mnie kręcą. Próbowałem wielu rzeczy: nart wodnych, wakeboardu, motocrossu... Zresztą zaczynałem od motocrossu, w wieku 8 lat – najpierw jeździłem hobbystycznie, potem w mistrzostwach Polski, ale to była gonitwa za kontuzjami. Zostałem w motorsporcie, ale przesiadłem się najpierw do kartingu, potem do rajdów. Mam jeszcze na głowie firmę, razem ze szwagrem działamy w branży surowcowej, ale muszę to jakoś uporządkować, bo przy 14 startach nie ma mnie w domu przez 200 dni w roku. Póki jest okazja realizować swoje marzenia, to trzeba to robić – niestety, tak samo postąpiłem z uczelnią, gdzie udało mi się zaliczyć pierwszy rok zarządzania, ale przy takich nieobecnościach nie wiem, czy to jest dalej realne. Czerpię na razie przyjemność z tego, że mogę realizować swoje marzenia i po prostu to robię. Skupiam się tylko na przygotowaniach do mistrzostw świata i mam nadzieję, że kiedyś wejdę na mistrzowski poziom.

Pana samochód marzeń?

Nie muszę go posiadać: chcę siedzieć w samochodzie WRC, w fabrycznym zespole. Na co dzień mogę jeździć Maluchem, ale jeśli będę miał posadę w ekipie WRC, to będę naprawdę spełnionym człowiekiem.

 

-rozmawiał Mikołaj Sokół

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA