fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Prof. Jan Hartman: Śmieszni 50-letni. Z jakimi podziałami musi zmierzyć się Polska?

Fotorzepa, Piotr Guzik
Podział na Polskę PiS i Polskę anty-PiS krzyżuje się z podziałem na Polskę pamiętającą PRL i Polskę młodą. Musimy zmierzyć się z oboma - pisze filozof.

Tak się jakoś dziwnie składa, że pierwszy w życiu tekst publicystyczny napisałem (dla paryskiego „Kontaktu”) akurat na temat konieczności współpracy pokoleniowej w środowiskach opozycji. Bo my rozrzucaliśmy ulotki, a dorośli nawet z nami nie rozmawiali. Było to w roku 1987 i miałem zaledwie 20 lat. Dziś chciałbym napisać o tym samym, tylko od drugiej strony. Bo my chodzimy na demonstracje, a młodzi nawet z nami nie chcą gadać.

Owszem, przyszłość Polski w największym stopniu zależy od młodych. Jednak nie tylko od nich, bo również od tych, którzy widzieli i pamiętają więcej. Bez szacunku między pokoleniami i współpracy nie powrócimy na ścieżkę europejskiej cywilizacji politycznej.
Młodzi Polacy niemalże co do jednego zostali przepuszczeni przez maszynkę prawicowej propagandy, urabiającą ich umysły od przedszkola. Pokoleniu wychowanemu w PRL również próbowano wyprać mózgi, lecz – przynajmniej w latach 70. i 80. – odbywało się to ze znacznie mniejszym animuszem i mizernym skutkiem. Komunie w tych czasach mało kto już przecież wierzył. Obecni 50- i 60-latkowie zostali ukształtowani przez zdegradowany, pozbawiony życia i wiarygodności socjalizm PRL oraz przez prawicowy populizm III RP. Mają dłuższą i szerszą perspektywę, mają swoją pokoleniową mądrość. Dlatego tak wielu ludzi urodzonych w latach 50. i 60. gotowych jest aktywnie wspierać demokrację i praworządność.

Niestety, przyjęło się w naszym kraju traktować starszych z lekceważeniem, z czego bardzo chętnie korzysta propaganda rządowa, ośmieszająca KOD czy też Obywateli RP z powodu wysokiej średniej wieku tych środowisk. I ta wredna strategia pada na podatny grunt – wokół średnio-starszego pokolenia zapanował atmosfera niechęci i lekceważenia. Gdy raz przyprawią ci gębę „wujka obciacha” albo „kombatanta”, nic z tym już nie zrobisz. Bo cokolwiek powiesz, jest śmieszne. Żeby skończyć z tym poniżaniem i dyskredytowaniem pokolenia PRL, trzeba najpierw to zło pokazać i nazwać. Piszę właśnie, ni mniej, ni więcej, w obronie swoich rówieśników i starszych. Trzeba wreszcie zrozumieć, że podział na Polskę PiS i Polskę anty-PiS krzyżuje się z podziałem na Polskę pamiętającą PRL i Polskę młodą. Musimy zmierzyć się z oboma.

Nie wszystko stracone

Gdy upadała komuna, obecne starsze pokolenie aktywnych życiowo i zawodowo Polaków, czyli ludzi starszych niż 50 lat, aczkolwiek jeszcze nie starych, miało za sobą kilka lub kilkanaście lat dorosłego życia w PRL. W jakiś sposób za PRL odpowiada i należy do tamtych czasów, chociaż większość dorosłości przypadła mu na III RP. I dziś właśnie to pokolenie najboleśniej doświadcza politycznej polaryzacji, która dzieli je na dwa wrogie obozy – „pisowski” i, powiedzmy, „liberalny”.

Obozy są wielkie i, rzecz jasna, bardzo zróżnicowane wewnętrznie, niemniej jednak „głosujący na PiS” i „niegłosujący na PiS” to podział o zasadniczym znaczeniu, przekładający się na wszystkie sfery życia, łącznie z prywatnym i rodzinnym. Toczy się między nimi godnościowa wojna, w której ci z PiS-u są górą w tym sensie, że lepiej się czują. Mieli też łatwiej, bo nasza demokratyczna rewolucja bardzo szybko po roku 1989 nabrała cech nacjonalistyczno-klerykalnych. Już awantury w łonie Solidarności i Komitetów Obywatelskich zapowiadały rozłam polityczny i społeczny, a z biegiem lat ideologie endeckie i konserwatywne odbudowały swoją dominującą pozycję, jaką zajmowały w czasach II RP i wcześniej.

„My”, czyli pozbawiona własnego imienia grupa przeciwników PiS z pokolenia pamiętającego PRL, jesteśmy na emocjonalnie przegranej pozycji. Ośmieszani, stajemy się śmieszni w swoich własnych oczach. Widzą w nas – i to nie tylko młodzi-prawicowi, lecz wielu rówieśników również – „spadkobierców komuny”, choć wielu z nas z tą komuną walczyło. Widzą w nas bezsilnych i zdziecinniałych „kodziarzy”, choć „siła bezsilnych” nieraz już ratowała narody. Widzą w nas wreszcie beneficjentów III RP, wzbogaconych kosztem patriotów i katolików z mniejszych miejscowości. Tyle że większość z nas żyje raczej skromnie i bynajmniej nie na czyjś koszt, a i katolików wśród nas niemało.

Uparte zniesławianie działa – zaczynamy się wstydzić tego, kim jesteśmy i brak już nam śmiałości, aby manifestować swoją tożsamość i godność. Daliśmy sobie wmówić, że jesteśmy „obciachem”. Dlatego warto zastanowić się, kim jesteśmy naprawdę i czy mamy szansę jeszcze raz podnieść głowy i powiedzieć „jesteśmy”. Bez tej świadomości nie jest łatwo stanąć twarzą w twarz ze starymi i młodymi szydercami. A kto wie, czy odbudowanie naszego poczucia własnej wartości nie jest ostatnią pokoleniową powinnością, jaką mamy wobec ojczyzny. Jeśli odpuścimy, nie tylko Unia Wolności, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Adam Michnik czy Bronisław Komorowski zapadną się w czeluściach zbiorowej niepamięci, lecz wraz z nimi pierwsza i druga Solidarność, Lech Wałęsa, Jacek Kuroń i cała tradycja KOR oraz wyrosły z niej demokratyczny i pluralistyczny etos Solidarności.

Nasza walka o zachowanie powagi i godności to jednocześnie walka o pamięć jednego z najbardziej chwalebnych okresów polskiej historii, a tym samym walka o unowocześnienie polskiej świadomości narodowej, którą czas najwyższy uzupełnić o pierwiastek obywatelski i demokratyczny. Dziś bowiem jest tam miejsce prawie wyłącznie na ideał suwerenności narodowej i spojenie polskości z katolicyzmem.

Aby to dzieło podjąć, musimy sami siebie potraktować poważnie. Jeśli nie damy sobie ostatecznie dokleić błazeńskich gąb i efektywnie pomożemy w odbudowywaniu demokratycznego państwa prawa, jest jeszcze szansa na to, że chwalebna walka o wolną Polskę, w której w jakimś stopniu wielu z nas wzięło udział w latach 70. i 80., raz jeszcze wyda owoce. Nie wszystko jest stracone – Polska może jeszcze powrócić do wspólnoty zachodnioeuropejskiej, lecz nie stanie się to samorzutnie. Musimy o to zawalczyć, również my, którzy trochę widzieli i trochę pamiętają. A może zwłaszcza my. Ale najpierw musimy się zbuntować przeciwko upartemu zniesławieniu i ośmieszeniu, którym jesteśmy każdego dnia poddawani również przez naszych rówieśników, którzy dziś nami rządzą.

Rodzą się plemiona

Wieloletni program propagandy PiS skonsolidował pokolenia zwolenników obozu rządowego na sposób plemienia. Populiści, jak to populiści, są szczególnie biegli w demagogii, czyli wodzeniu za nos wielkich rzesz swoich zwolenników. Służą do tego niezmienne od czasów antycznych techniki, pośród których najważniejsze to pochlebstwo, straszenie, podburzanie przeciwko prawdziwym i wyimaginowanym wrogom oraz składanie obietnic. W razie przejęcia władzy, pochlebstwo zmienia się w nieustający festiwal próżności i bezwstydnego egocentryzmu, straszenie i podburzanie – w represje wobec ludzi i środowisk niechętnych władzy, a obietnice spełniane są wybiórczo i stopniowo, tak aby poparcie mas utrzymać jak najdłużej.

Tak rodzą się wyborcze plemiona, a jako że upowszechnianie się procesów demokratyzacyjnych w Europie – dających pole do popisu wszelkiej maści trybunom ludowym – zbiegło się w czasie z powstawaniem nowoczesnych narodów i państw narodowych, „narodowość” stała się przedmiotem demagogicznych manipulacji. W ciągu minionych dwóch stuleci politycy na całym świecie karmili swoją klientelę opowieściami o wyjątkowości narodu, którego miałaby ona stanowić matecznik i rdzeń, o bohaterstwie obrońców wiary i tradycji oraz podłości innowierców i sąsiadów, a zwłaszcza o rodzimych zdrajcach Sprawy.

Ta nacjonalistyczna i konfrontacyjna retoryka, odwołująca się naprzemiennie do plemiennej wspólnotowości oraz nowoczesnych wartości konstytucyjnych, scalających tzw. naród polityczny, wykorzystywana jest do dziś. W każdym kraju część społeczeństwa stanowi naród w takim znaczeniu, jakie nadano idei narodu w wieku XIX. Jeśli była to pierwotnie koncepcja narodu spojonego więzią religijną oraz pamięcią historycznych mitów założycielskich, to i współczesny nacjonalizm będzie miał dewocyjny wydźwięk. Jeśli poczucie narodowe budowano w kontrze do innych nacji – sąsiadów i współmieszkańców – to już na zawsze koncepcja danego narodu i jego tożsamość będzie zarażona resentymentem i ksenofobią.

Niestety, akurat mieszkańcom Polski przydarzyło się przechodzić przez okres tworzenia się narodu, trwający przez cały wiek XIX i pierwszą połowę XX, głównie pod przywództwem konserwatystów i romantyków. Głos liberałów i demokratów był znacznie słabszy. W rezultacie mamy dziś pojęcie narodu, czyli polskości, bardzo klerykalne, mitologiczne i w dużej mierze negatywne, to znaczy oparte na przeciwstawności względem innych lub obcych – prawosławnych, protestantów, Żydów, Niemców czy Ukraińców – traktowanych nieufnie, a nawet wrogo. Owszem, komponent liberalny w konstrukcji polskiej świadomości narodowej istnieje, lecz jest znacznie słabszy. Swojej rewolucji liberalnej wieku XVIII lub XIX, z której moglibyśmy być dumni, niestety, nie mieliśmy. Mieliśmy za to Solidarność i rewolucję roku 1989, która dała sygnał innym narodom. To prawdziwy powód do dumy, lecz dumę tę niemalże już traciliśmy, roztrwoniwszy ją w politycznych swarach.

Jeśli nie jesteś papieżem

Te historyczne uwarunkowania przesądzają o charakterze współczesnego populizmu w Polsce, który znacznie swobodniej grać może na archaicznych uczuciach plemiennych i odtwarzać plemienną wspólnotowość, niż jest to możliwe na Zachodzie. Prezydent Trump nie ma możliwości w swym populistycznym dyskursie odwoływać się do więzi kościelnej, etniczności i martyrologii, wobec czego pozostaje mu do dyspozycji „popowa” wersja dyskursu wysławiającego naród polityczny, spojony przez wartości konstytucyjne, na czele z wolnością i równością wszystkich Amerykanów, niezależnie od ich pochodzenia. Sposób, w jaki Amerykanie czy Francuzi doświadczają własnego bycia narodem bardzo ułatwia utrzymanie standardów demokratycznego państwa prawa, podczas gdy wschodnioeuropejskie narody są wciąż „nacjonalistyczne”, a więc skonstruowane na fundamencie więzi plemiennej, i przez to oporne na prawdziwy pluralizm oraz mniej zdolne do budowania wspólnoty politycznej, opartej na poszanowaniu wolnościowej konstytucji i praw mniejszości.

Przekształcenie plemiennej i mitycznej świadomości narodowej w formę bardziej nowoczesną nie dokona się prędko – jeśli w ogóle się dokona. Póki jednak istnieją państwa narodowe, oparte na koncepcji przeistoczenia wspólnoty etnicznej i kulturowej we wspólnotę polityczną i obywatelską, trzeba walczyć o dopełnienie tego historycznego procesu. W przeciwnym razie Polska będzie tylko „niedokończonym projektem”. Jeśli utracimy pamięć naszych tradycji obywatelskich, od Kościuszki po Solidarność, nie będzie można tego zrobić.

Dziś ważą się losy pamięci o tym, co od czasów zakończenia II wojny światowej było w dziejach Polski najbardziej chwalebne, czyli demokratycznej opozycji, Solidarności i rewolucji roku 1989. Przytłoczeni przez nacjonalistyczną i klerykalną tzw. politykę historyczną nie mamy śmiałości mówić o Sierpniu i 4 czerwca, o Kuroniu i Wałęsie, o KOR i wielkich datach: październik `56, marzec `68, grudzień `70. To niesamowite, że udało się prawicy zadbać o to, by przytłaczająca większość młodych Polaków nie wiedziała nic o historii swego kraju w czasach PRL. W zasadzie PRL to stalinizm, a potem tylko śmieszność oraz Jan Paweł II. Jeśli więc nie jesteś papieżem – zostaje ci tylko śmieszność.

Mamy swój pokoleniowy interes w tym, żeby przeciwstawić się „ageistowskim” nastrojom i propagandzie nastawionej na deprecjonowanie nie-prawicowej części społeczeństwa w dojrzałym wieku. Tylko że to nie jest wyłącznie nasz interes. Starsi od nas nie mają już sił na działalność publiczną – my też te siły za kilka, kilkanaście lat utracimy. Przeto teraz albo nigdy. Naszą powinnością jest zmusić polityków obozu demokratycznego do poważnego potraktowania dziedzictwa opozycji czasów PRL. Jeśli Sierpień i Solidarność, KOR i Okrągły Stół nie będą nic znaczyć w polskiej przestrzeni symbolicznej, to pozostanie nam wyłącznie imaginarium plemienne i religijne, pozbawione pierwiastka obywatelskiego. A to jest prosta droga do uwiądu narodu politycznego i degradacji Polski do poziomu ubogiego, autorytarnie rządzonego i osamotnionego państwa, jakich wiele w całym świecie.

Nie wystarczy eksponować napis „Konstytucja”. To ważne, lecz wielkie daty i wielkie postacie najnowszej historii Polski są ważne w tym samym stopniu. Nauczmy się świętować te daty i honorować bohaterów PRL i naszej „chwalebnej rewolucji”, a wtedy – być może – prawie już zapomniane myśli i emocje przypomną się szerszym kręgom społeczeństwa, a dla młodszych staną się inspiracją i odkryciem. A przy okazji my, którym przyprawiono gęby, odzyskamy twarz.

Jan Hartman jest filozofem, bioetykiem, profesorem nauk humanistycznych, wykładowcą Uniwersytetu Jagiellońskiego; był członkiem Unii Wolności, Ruchu Palikota, Twojego Ruchu, kandydował w wyborach z list SLD

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA