fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

Obrona Terytorialna: Ciosanie nowego wojownika

Do końca tego roku w WOT powinno być ok. 30 tys. żołnierzy
Dowództwo WOT
Pierwszy pocisk utkwił w sylwetce Bolka, potem już było tylko gorzej. Kamizelka cisnęła, hełm spadał na czoło, pot zalewał oczy, cel był coraz bardziej rozmazany.

Gdy dowództwo WOT zaproponowało, abym na weekend wcielił się w żołnierza tej formacji, nie miałem wątpliwości, że to okazja do tego, by zweryfikować wyobrażenia. Zobowiązałem się tylko nie rejestrować np. telefonem osób, z którymi miałem styczność.

Ciężar kamizelki

Moje „powołanie" zaczęło się w sobotę o godz. 6 w Zgierzu w 91. batalionie lekkiej piechoty 9. Brygady OT. Na początku trafiłem do sali żołnierskiej z metalowymi piętrowymi łóżkami na sprężynach. Przygotowany był mundur, hełm kevlarowy, maska przeciwgazowa, kamizelka kuloodporna. Szybko poczułem jej ciężar. W chwilę potem na świetlicy musiałem zaliczyć szkolenie i egzamin z obsługi broni – karabinka Grot. To był warunek otrzymania broni.

– Nie chcemy i to nie jest nasz cel, aby w 16 dni wyszkolić żołnierza czy komandosa, ale wojownika możemy – mówi mi jeden z oficerów batalionu.

W chwilę potem z magazynu pobieram grota, z celownikiem kolimatorowym i magazynek. Kolejne prawie cztery kilogramy mam na sobie.

– Karabinu nigdy nie można zostawiać poza swoim wzrokiem. Do toalety też z nim chodzimy – przypomina Daniel, spadochroniarz i student, żołnierz TSW.

Uwaga na palec!

Przed koszarami, gdzie w dwuszeregu stoi kompania, kapitan informuje o planie zajęć. To wyjazd do Sieradza.

Każdy bierze tzw. eskę, czyli indywidualną rację żywnościową S-R. W pakiecie jest m.in. potrawka z kurczaka po meksykańsku, pasztet, suchary, dżem, koncentrat napoju herbacianego o smaku maliny, baton zbożowo-owocowy. Każdy bierze wodę butelkowaną, chleb, jabłka.

W Sieradzu słońce niemiłosiernie praży. Ból pleców przypomina mi, że kamizelka to nie jest koszulka, ale wyposażenie, które pozwoli przeżyć w czasie walki.

Jednostka ta to idealne miejsce do szkolenia, w sobotę jest niemal pusta. Żołnierze OT mają dość miejsca na doskonalenie technik walki, tym bardziej że jest tam strzelnica, na której można m.in. ćwiczyć celność z wykorzystaniem urządzeń optycznych w warunkach pełnego zaciemnienia.

Nad naszą grupą pieczę przejmuje instruktor Mobilnego Zespołu Szkoleniowego. Nie wiemy, gdzie był na misji, kogo szkolił, tylko że przyjechał z Lublińca – a tam jest jednostka wojsk specjalnych. Instruktor koryguje błędy, strzelam na sucho. Wielokrotnie przypomina zasady bezpieczeństwa.

– Palca nie trzymany na spuście, nawet gdy broń jest zabezpieczona – powtarza.

Strzelanie w obiekcie poprzedza przypomnienie procedur bezpieczeństwa. Mój palec wskazujący znajduje się za blisko spustu. To błąd. Kapitan zwraca na to uwagę.

Mam na sobie kamizelkę, hełm – jest gorąco. Leżę na wykładzinie, sto metrów przede mną jest Bolek i Lolek, w postaci głów, które mają markować obsadę karabinu maszynowego. Nie mogę zgrać czerwonego punkcika celownika z tarczą. Naciskam spust, huk, dym, tarcza się chowa, to znaczy, że trafiłem Bolka. Potem już jest gorzej. Kamizelka krępuje ruchy, hełm się przekrzywia, słony pot zalewa oczy, cel się zamazuje, ale kto mówił, że od razu będę strzelcem wyborowym?

Po wyjściu ze strzelnicy kładziemy się na trawie. Potrawkę wkładam do podrzewacza, czyli woreczka z substancją chemiczną. Po wlaniu wody zaczyna ona bulgotać i dymić. Mam ciepłe jedzenie.

W chwilę potem ćwiczymy zakładanie stazy, czyli opaski uciskowej. Muszę ją włożyć sam na „przestrzeloną" rękę lub nogę. Ma ona zapobiec masywnemu krwotokowi, a to główna przyczyna śmierci żołnierza na polu walki.

Przed wyjazdem z Sieradza kapitan pyta tajemniczo: „ręce czy nogi". Ręce to pompki wykonywane w rytm formułki „nigdy nie będę dotykał palcem spustu swojego ukochanego karabinka". Czy to z mojego powodu wszyscy leżą na kostce przed strzelnicą?

Po powrocie do jednostki szybki posiłek i prysznic z zimną wodą. Być może to element hartowania wojownika?

W niedzielę pierwszy dzwonek słyszę o godz. 5, to pobudka dla tych, którzy chcą pobiegać. O godz. 7.30 wchodzimy do obiektu, który wygląda na opuszczony.

Ćwiczymy taktykę czarną, czyli poruszanie się w budynku i „czyszczenie" mieszkań. „Chasik", żołnierz, który wcześniej służył w Kawalerii Powietrznej i był w Afganistanie – pokazuje sposoby kontroli obiektów zamieszkałych. Sztuka to trudna, bo zagrożenie może być wszędzie.

Walka w lesie

Potem idziemy do lasu – zajęcia dotyczą tzw. taktyki zielonej, czyli cichego poruszania się, maskowania, zachowania w sytuacji ostrzału. Czuję ból w plecach, mam wrażenie, jakby kamizelka ważyła nie kilka, a kilkanaście kilogramów.

Mijają nas biegacze i spacerowicze z psami. Witamy się jak na szlaku turystycznym w górach. Tylko raz słyszę złośliwe „bawią się w wojsko".

W zespole są studenci, menedżerowie, lekarze, prawnicy.

– Gdy ktoś szuka dekarza, warsztatu samochodowego, wystarczy zapytać, zaraz ktoś się znajdzie i pomoże – mówi „Chasik". Nie ma politykowania, mam przed sobą za to ludzi zafascynowanych wojskiem, gotowych do samodoskonalenia. Co istotne, dystans pomiędzy żołnierzem i oficerem jest maksymalnie skrócony.

– Nie ma gnębienia i chamstwa, nie ma betonu – tłumaczy żołnierz TSW.

Każdy jest ochotnikiem. Chociaż średnia wieku w formacji to 32 lata, odnoszę wrażenie, że sporą grupę stanowią osoby w wieku 40–50 lat.

– To nie tak, że chcę się wyrwać z domu, to jest już wspólnota – dodaje żołnierz.

Trzon kadry stanowią komandosi oraz uczestnicy misji wojskowych. Program nie dotyczy tylko umiejętności walki, a też pomocy chociażby w trakcie klęsk żywiołowych.

Dowód? Dzień kończę szkoleniem medycznym. Na fantomie pod okiem doświadczonego medyka uczę się reanimacji, czyli czynności, której nigdy wcześniej nie odważyłbym się wykonać. Wiem, jak łatwo można próbować przywrócić komuś życie. Czy to wystarczy, by zostać wojownikiem?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA