Rzecz o prawie

Sądownictwo na równi pochyłej, sprawy zaszły za daleko - Mariusz Królikowski o wojnie sądowej

Adobe Stock
Z dnia na dzień spirala sporu w „wojnie sądowej" nakręca się coraz bardziej i wręcz trudno sobie wyobrazić, co może przynieść kolejny dzień.

Nie jest dobrze być placem boju w głównym sporze politycznym w kraju. Znalezienie się w ogniu walki zwykle nie jest doświadczeniem pozytywnym, nic więc dziwnego, że sędziowie odczuwają rosnący dyskomfort, co prawidłowej pracy orzeczniczej na pewno nie ułatwia. Niestety, z dnia na dzień spirala sporu w „wojnie sądowej" nakręca się coraz bardziej i wręcz trudno sobie wyobrazić, co może przynieść kolejny dzień. Co gorsza, poszczególne sytuacje coraz bardziej zaczynają ocierać się o granice absurdu, za którymi racjonalne argumenty nie mają już żadnego znaczenia.

Zwykli złodzieje

Przykładów nie trzeba szukać daleko. Wystarczy włączyć program informacyjny albo otworzyć gazetę czy zajrzeć do internetu. Od razu pojawia się informacja o przeniesieniu w stan spoczynku kolejnych sędziów Sądu Najwyższego, którzy przekroczyli 65. rok życia. Niestety, prezydent Andrzej Duda nie stanął w tym przypadku na wysokości zadania, pozostawiając w służbie jedynie pięciu sędziów z tej grupy wiekowej. Trzeba pamiętać, że od lipca w stan spoczynku zostało przeniesionych aż 21 sędziów, czyli 29 proc. składu. Wśród przeniesionych znaleźli się zarówno sędziowie, którzy nie chcieli się podporządkować rygorom ustawy i swoje oświadczenia oparli wyłącznie na Konstytucji (np. sędzia Stanisław Zabłocki), jak i ci, którzy złożyli wnioski w trybie ustawowym, które i tak nie zostały uwzględnione (np. profesorowie Jacek Gudowski i Wojciech Katner). W dodatku prezydencke decyzje, wydane zresztą nie w formie postanowienia, a zawiadomienia, nie zawierały uzasadnienia, podobnie jak wcześniejsze opinie Krajowej Rady Sądownictwa. Nie wiadomo więc dlaczego jedni sędziowie uzyskali zgodę na dalsze orzekanie, a inni nie. Mimo to przenoszeni w stan spoczynku podporządkowali się tej decyzji, choć część z nich nadal uważa, że de iure są w stanie czynnym.

Z drugiej strony barykady pojawiła się wypowiedź posła Piotrowicza, który stwierdził, że obecne zmiany są konieczne po to, by sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami dalej nie orzekali. I właściwie trudno się z panem posłem nie zgodzić. Fakt, że niedawne orzeczenie SN, które pozostawiło w służbie sędziego przyłapanego na kradzieży części do wkrętarki, specjalnej chluby sądownictwu dyscyplinarnemu nie przynosi.

Ale jednak, znaj proporcjum mocium panie. Trudno zauważyć racjonalny związek między motywem deklarowanym przez posła Piotrowicza, a działaniami wokół SN. Przypadki kradzieży wśród sędziów są sporadyczne i zdarzają się wielokrotnie rzadziej niż w innych grupach zawodowych. Na 10 tys. obywateli przypada rocznie średnio ponad 200 przestępstw, na taką samą liczbę sędziów – wielokrotnie mniej. W ciągu ostatnich dwóch lat ujawniono kilka przypadków kradzieży. Czy dla nich warto zmieniać ustawę, demolować Sąd Najwyższy i narażać się na poważne konsekwencje międzynarodowe? Naprawdę warto? Przypomina to przysłowiowe strzelanie z armaty do wróbla, przy czym ogniomistrz sam już nie pamięta po co strzela. Ważne, że strzał musi paść. Koszty nie grają roli.

Wypowiedź posła Piotrowicza wywołała burzę wśród sędziów SN. Uznali, że odnosi się do nich. Ale biorąc pod uwagę kontekst sytuacyjny wydaje się, że sędziów SN dotyczy ona tylko w tym zakresie, w którym mieli zbyt łagodnie orzekać w postępowaniach dyscyplinarnych. Fakt, poseł Piotrowicz nie wypowiedział się precyzyjnie, ale o ile cieszy się on wśród prawników złą sławą za dotychczasowe działania, to jednak nie każdą jego wypowiedź należy interpretować na niekorzyść.

Drugi, istotny, motyw działania prezentowany przez przedstawicieli opcji rządzącej to usunięcie z Sądu Najwyższego „sędziów stanu wojennego", czyli tych, którzy w latach 80. wydawali wyroki skazujące opozycjonistów. Politycy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych określeń – ostatnio padło „ciemiężyciele". Poza chwytliwymi hasłami, rzadko kiedy podaje się jednak konkrety. A te są takie, że przed zmianami w SN orzekało ośmiu sędziów, których media wskazywały jako „sędziów stanu wojennego". Dodajmy: media o proweniencji prawicowej, które trudno podejrzewać o zawężanie „kręgu podejrzanych". Z wymienianych w prasie sędziów do lipca 2018 r. pozostało w służbie dwóch. Z tego jeden nadal jest w służbie, gdyż nie ukończył 65. roku życia. Zakładając, że doniesienia medialne są prawdziwe (trudno to ocenić, nikt ich formalnie nie weryfikował), jest to zbyt skąpa podstawa, by przedstawiać ją jako realną, a nie tylko propagandową przyczynę zmian personalnych w SN.

Kolejny głos, który wywołał ostrą reakcję i skutkował nawet przekazaniem sprawy zastępcy rzecznika dyscyplinarnego, to wypowiedź członka KRS sędziego Macieja Nawackiego. Stwierdził: „jeżeli ktoś łamie prawo, nie przestrzega go w sposób rażący, łamie porządek konstytucyjny w Polsce, to spotka się chociażby z odpowiedzialnością dyscyplinarną", dodając, że dotyczy to również sędziów SN.

Dyscyplinarka za poglądy

Z takim twierdzeniem trudno się nie zgodzić. Sędziowie nie są „nadzwyczajną kastą" i powinni ponosić odpowiedzialność za łamanie porządku prawnego. Ale wypowiedź ta padła w kontekście niedawnego orzeczenia SN o zwrócenie się z pytaniem prejudycjalnym do Trybunału Sprawiedliwości UE i zawieszeniu obowiązywania przepisów ustawy o SN. O ile samo pytanie większych kontrowersji nie budzi, to zawieszenie obowiązywania przepisów ustawy przez sąd w ramach postępowania zabezpieczającego jest precedensem i siłą rzeczy może wzbudzać kontrowersje i głosy krytyczne.

Koncepcja odpowiedzialności dyscyplinarnej za treść orzeczeń, zwłaszcza w tak nieoczywistych sprawach jak ta, nie jest właściwa. Tzw. delikt orzeczniczy może być, w mojej ocenie, istotnym zagrożeniem sędziowskiej niezawisłości. Jak może być w pełni niezawisły sędzia, który wie, że za określony pogląd prawny wyrażony w orzeczeniu może go spotkać „dyscyplinarka"?

Warto zauważyć, że nie jest to koncepcja nowa. W orzecznictwie SN funkcjonowała od dawna. Najbardziej spektakularnym przykładem jest kazus sędziego Przysuchy, który za bezpośrednie stosowanie Konstytucji został kilka lat temu skazany dyscyplinarnie przez ten sam SN. Taki paradoks dziejów.

Koszmarna wizja

Kluczowe znaczenie dla realizacji zagrożeń dla niezawisłości ma kształt przyszłej Izby Dyscyplinarnej SN. To jej sędziowie będą decydować, czy delikt orzeczniczy podlega karze i czy mogą być skuteczne postępowania dyscyplinarne np. za wypowiedzi medialne. Będą również decydować, który z obwinionych sędziów może pozostać w zawodzie, a który nie. I nie dotyczy to sędziów – złodziei, ale także np. sędziów zaangażowanych w obronę dotychczasowego porządku prawnego czy mających inne zdanie niż aktualnie rządząca większość, a w skrajnych przypadkach – sędziów wydających orzeczenia nie po myśli władzy.

Z tych powodów obsada Izby Dyscyplinarnej była absolutnie kluczowa dla kwestii ochrony niezawisłości sędziowskiej. Jak wiemy – Krajowa Rada Sądownictwa nie stanęła w tym zakresie na wysokości zadania, nominując tam aż sześciu prokuratorów, w dodatku znanych z bliskiej współpracy ze Zbigniewem Ziobrą. I tylko dwóch sędziów. Prokuratorzy, sądzący sprawy dyscyplinarne sędziów, to wizja cokolwiek koszmarna, a niebezpieczeństwa z tego wnikające są chyba oczywiste.

Co gorsza, wśród kandydatów znalazły się ewidentne wpadki. Okazało się, że radca prawna ma na koncie prawomocne skazanie dyscyplinarne. Tak samo prokurator, który dodatkowo nie miał wystarczającego stażu pracy – doliczono mu okres przebywania w stanie spoczynku.

W poważnym konkursie poważne wymagania

Nie można się zgodzić z tezą, że KRS nie ma obowiązku badania z urzędu kandydata, tylko opiera się na tych materiałach, które sam dostarczy. Przeciwnie. Konkurs do SN jest na tyle poważny, że należy zrobić wszystko, by wyeliminować niewłaściwych kandydatów. Nawet, jeśli ustawa wprost takiego obowiązku nie nakłada. Przede wszystkim zaś należy powoli i rzetelnie przeanalizować każdą kandydaturę, nie ograniczając się do kwadransa wysłuchania i przejrzenia akt przez sprawozdawcę.

Czyż nie lepiej było spokojnie przeprowadzić analizę kandydatur i rozpoznać je na planowanym posiedzeniu w połowie września? Te trzy tygodnie były tak bezcenne, że nie można było poczekać? Czy może lepiej teraz czekać na zmiłowanie Prezydenta, który część kandydatur może odrzucić (rzeczywiście to zrobił)?

Pewnym jest, że ekspresowa procedura nominacyjna nie sprzyjała jakości tego procesu. To oczywiste, skoro procedura była bardziej uproszczona niż przy mianowaniu sędziego sądu rejonowego, nawet – sekretarza sądowego. W takim pospiechu pomyłek mogło być znacznie więcej i być może tylko kwestią czasu jest, byśmy poznali kolejne bulwersujące fakty. I trudno się dziwić, że po takiej serii wpadek KRS została zawieszona w prawach członka Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa. Istniała szansa, by oderwać się od złych korzeni w postaci wątpliwej procedury wyboru członków KRS, ale została zmarnowana.

Wyłonienie kandydatur do Izby Dyscyplinarnej spowodowało dalsze nakręcenie sprężyny. Sądy w Łodzi i Warszawie powzięły wątpliwość, co do własnej niezawisłości i skierowały pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE. Chodzi o wykładnię art. 19 ust. 1 akapit drugi Traktatu o UE, który brzmi: „Państwa Członkowskie ustanawiają środki zaskarżenia niezbędne do zapewnienia skutecznej ochrony sądowej w dziedzinach objętych prawem Unii". Czyli o stwierdzenie, czy system prawny w Polsce gwarantuje prawidłową ochronę sądową.

Przyznaję, że mam z tymi pytaniami kłopot. Choć wiele najnowszych rozwiązań ustawowych oceniam krytycznie, a nawet uważam je za niebezpieczne i szkodliwe, do głowy by mi nie przyszło, by powziąć uzasadnioną wątpliwość, co do własnej niezawisłości. Owszem, gwarancje niezawisłości uległy ostatnio osłabieniu. Owszem, nowe postępowania dyscyplinarne, zwłaszcza w kontekście omówionego składu Izby Dyscyplinarnej, mogą budzić obawy. Jednak nie ma żadnych realnych (a nie jedynie potencjalnych) zagrożeń niezawisłości – nikt nie wpływa na orzekanie, sprawy są przydzielane elektronicznie i losowo, a teoria o usuwaniu sędziów nieprzyjaznych władzy jak dotąd znajduje się jedynie w sferze wyobraźni jej autorów.

Przyznać jednak trzeba, że dzieje się ostatnio sporo, by taki przekaz o zagrożeniach niezawisłości wzmocnić . Liderzy „Iustitii": Krystian Markiewicz i Bartłomiej Przymusiński są wzywani na przesłuchania w sprawie wypowiedzi medialnych. Podobnie sędzia Igor Tuleya. Media donoszą, że sędzia Olimpia Barańska-Małuszek z Gorzowa, również znana z działalności w stowarzyszeniu, ma sprawdzany cały referat na kilka lat wstecz. Podobnie w przypadku sędzi Ewy Maciejewskiej z Łodzi, która zadała wspomniane pytanie prawne do TSUE. Taką kontrolą został objęty także referat sędziego Akradiusza Krupy z Sądu Rejonowego w Łobzie, znanego autora satyrycznych rysunków na temat wymiaru sprawiedliwości. Czyżby rysowanie też było niegodne urzędu sędziego?

Z dużej chmury mały deszcz?

Jak dotąd nikomu zarzutów dyscyplinarnych nie przedstawiono, sprawy są na poziomie postępowania wyjaśniającego. Możliwe, że podobnie jak w sprawie sędziego z Suwałk z dużej chmury będzie mały deszcz. Oby. Jednak takie działania mogą być, i są, postrzegane jako próba skłonienia sędziów do ograniczenia swojej aktywności medialnej. I choć z tezami sędziów z władz „Iustitii" nader często zdarza mi się nie zgadzać, to jednak mają prawo do ich głoszenia i jakakolwiek próba ograniczenia tego nie powinna mieć miejsca. Zwłaszcza w taki sposób.

Postulat wolności słowa działa w obie strony. Skoro bronimy wolności wypowiedzi medialnych sędziów występujących przeciwko działaniom obecnej władzy, ta sama zasada powinna dotyczyć także sędziów o poglądach przeciwnych. Jeśli nie potępiamy sędziego Waldemara Żurka za grożenie dyscyplinarkami członkom KRS, nie powinniśmy też potępiać sędziego Macieja Nawackiego za postulat dyscyplinarek wobec sędziów SN. Nie ma tu miejsca na podwójne standardy.

Nie jest ulubieńcem

Na koniec kolejna odsłona przeniesienia sędziego Waldemara Żurka do innego wydziału. Dodajmy w tym samym pionie cywilnym, tylko z drugiej instancji do pierwszej. Zdaniem niektórych komentatorów to degradacja. Jednak, jako sędzia orzekający w I instancji sądu okręgowego, nie odczuwam, by mój wydział był gorszy od sąsiedniego wydziału, rozpoznającego odwołania od orzeczeń sądów rejonowych. To rzecz gustu, upodobań i lokalnych zwyczajów. W każdym razie nie jest to szczególna tragedia życiowa.

Na marginesie należy zauważyć, że do noweli z 2017 r. przenoszenie sędziów bez ich zgody do innego wydziału było normą. Nikogo nie oburzało przenoszenie nawet do innego pionu (z cywilnego do karnego i na odwrót). Co więcej, kolegia apelacyjne, rozpoznając odwołania przenoszonych bez zgody sędziów, zwykle ich nie uwzględniały, kierując się założeniem, że prezes ma zawsze rację. Oczywiście do czasu, gdy byli „słuszni prezesi". Nowi „niesłuszni" nie mają racji nigdy.

Trudno ocenić, czy to przeniesienie było uzasadnione, czy chodzi o bezzasadną szykanę ze strony nowej prezes Dagmary Pawełczyk-Woickiej. Pewne jest, że sędzia Żurek nie jest ulubieńcem obecnej władzy i pozostaje w konflikcie z nową prezes. Z tego punktu widzenia przeniesienie sędziego Żurka wydaje się być najgorszym z możliwych wyborów i sprowadzaniem kłopotów na własne życzenie.

Ostatnie wydarzenia – a to newsy zaledwie z kilku dni – powodują, że sytuacja wygląda nieszczególnie. Spirala nakręca się coraz bardziej i coraz trudniej znaleźć osoby, które starają się zachować w tym wszystkim element zdrowego rozsądku. Sprawy zaszły za daleko. Sądownictwo toczy się po równi pochyłej i nie za bardzo widać, by którakolwiek ze stron miała ochotę i możliwość, by ten ruch zatrzymać.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Płocku, prezesem płockiego oddziału SSP Iustitia

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL