fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Sarajewo a sprawa Adama Bodnara - komentuje Arkadiusz Krupa

Adobe Stock
Dla jednych pokój jest świętością, dla innych zgniłym kompromisem.

Był lipcowy wieczór 2015 r. Stanąłem na dworcu autobusowym w Budvie, gdzieś na styku Czarnogóry i Adriatyku, szukając celu dalszej podróży. Mogłem grymasić: Kotor, Tirana, Zagrzeb? A dlaczego nie Sarajewo? Autobus zatrzymał się gdzieś na skraju cywilizacji, wyznaczonej nikłą linią miejskiej zabudowy i obskurnym budynkiem dworca autobusowego.

Czytaj także: RPO ws. podejrzanego o zabójstwo 10-letniej Kristiny: godności człowieka broniłem i będę bronił 

Dwa tygodnie temu ponownie dotarłem do Sarajewa. Wojenne rany dalej drażniły wyobraźnię myślą o wojnie domowej i blokadzie miasta przez serbskie oddziały.

Tym razem nie tylko oglądałem, lecz także słuchałem dwóch przewodniczek. Matki i córki, które piekło oblężenia znały jak nikt inny. Polek, chociaż z akcentem i zaszczepioną miłością do miejsca, w którym przyszło im żyć.

Przewodniczki po czasach nienawiści

Matka: Tu jest most, na którym padły pierwsze ofiary tej wojny. Para kochanków. Połączyła ich miłość mimo różnic etnicznych i religijnych, a kres miłości wyznaczyły kule serbskiego snajpera. Lecz teraz znowu są razem.

Nazywają ich Romeo i Julia.

A tu była nasza olimpiada, jacy byliśmy wszyscy dumni. To tu wybrzmiewało Bolero Ravela, tu córka stawała w poczcie przy odpalaniu olimpijskiego znicza.

Ostrzał z artylerii, pan pyta? A kto by się przejmował, jak z takich działek strzelali. Gorzej, jak te duże krowy uruchamiali, ten duży kaliber, wtedy trzeba było uciekać do piwnicy. Jak rozpoznawałam, z czego strzelali? To po prostu słychać, inaczej świszczą te mniejsze.

Prąd? Jaki prąd, jakie ogrzewanie...

Śmierć? Była wszędzie. A tą ulicą jechałam, jak mnie wywozili razem z córką. Polski oficer to zorganizował, wywoził mnie katolicki ksiądz i serbski kierowca. Bałam się tak bardzo, jak do auta strzelali.

A potem ta kontrola na posterunku. Pierwszy raz widziałam tych ze wzgórz. Jak oni wyglądali, ci czetnicy, jak jacyś Rambo. Tyle mieli tej broni... Największe szczęście to było, gdy dotarłyśmy do Chorwacji, a stamtąd do Niemiec. Najgorzej, że przez tyle czasu, aż do podpisania „deytonu" nie wiedziałam, czy mąż przeżył, on zresztą też nie.wiedział nic o nas: Przeżył.

Córka: Jak mama mnie wywoziła, miałam jedenaście lat. Wcześniej, jak siedzieliśmy w piwnicy, oczywiście, że się bałam się, a najbardziej tego, że nie będzie wody. Bo jak się szło po wodę, to strzelali. Do tej pory nie zasnę, jak nie mam przy sobie choćby butelki, choć nawet łyka nie wypiję. No i te ciemności, bo przecież prądu nie było. Wszyscy razem żyliśmy w tym mieście, ale...

A wie pan, że strzelała do mnie z karabinu snajperskiego moja nauczycielka od geografii z podstawówki. Czarownica okropna, słyszałam, że w końcu dopadła ją sprawiedliwość i dostała dwadzieścia lat więzienia.

Obydwie: dalej tu żyjemy, normalnie. Tak trzeba, nieważne, czy Serb, Bośniak, muzułmanin, katolik czy prawosławny.

Tam wiara nie miała znaczenia, głupoty gada, jak ktoś tak mówi, zresztą narodowość też nie. Nasz generał przecież, który bronił miasta, był Serbem i nasz bośniacki mundur nosił.

Komu przeszkadza pokój

Patrzyłem na obydwie panie, widziałem, jak łamie się im głos, a oczy wzbierają łzami. Ale była też w nich radość. Bo przecież przeżyły, na nowo mogą budować swoje życie.

A wszystko to, co dobre pod tym względem, dało im porozumienie w Deyton. To ono zakończyło blokadę miasta, to ono położyło podwaliny pod stworzenie kruchej państwowości Bośni i Hercegowiny, państwa, w którym Serbowie żyją w swojej republice, Chorwaci w nie swojej, ale trochę osobno, za to razem z Bośniakami. Państwa, w którym da się żyć (chociaż biednie), w którym zabliźniły się wojenne rany, a sarajewskie róże uczą pokory wobec sił ksenofobii i nacjonalizmu.

Bo dla tych kobiet to był kres cierpień i wojennej walki o przetrwanie, o możliwość powrotu do domu, spotkania swoich rodzin bez obawy, że przetnie je kula nienawiści.

Ale ten sam pokój, który dla jednych jest ogromną wartością, dla innych bywa zgniłym kompromisem, lekceważącym prawo narodu do życia w jednym organizmie państwowym.

Są tacy, dla których świat wartości odmiennych od wyznawanych przez nich jest światem nie do zaakceptowania, niegodnym obrony.

Bo po cóż chronić mniejszości, skoro większość ma rację i siłę, aby ją narzucić.

A gdzie sprawa polska, można zapytać? Nawet należy, ponieważ każdy o choćby minimalnym poczuciu przyzwoitości i empatii, idąc ulicami Sarajewa, powinien zadać sobie pytanie, czy i dlaczego w polskich domach i między polskimi rodzinami tworzą się barykady niezrozumienia i nieakceptacji.

Dlaczego polityka dzieli rodziny, jątrzy charaktery i rozdrapuje rany wspomnień. I idąc ulicami Sarajewa i myśląc o pokoju w Deyton, zastanawiałem się, czy nie czas wyjść poza owe barykady, bo jak długo mogę tak stać zawieszony gdzieś między nimi.

Nadzieja zgasła jak świeczka

Wydarzenia ostatnich dni i bezpardonowy atak na Adama Bodnara wstrząsnęły mną, a nadzieja na pokój zgasła jak świeczka. Nie dlatego, że rzecznik praw obywatelskich ma rację, ale dlatego, że atakuje się go za to, co jest jego obowiązkiem. A jest nim strzeżenie praw tych, którzy nie są sobie w stanie sami pomóc.

Stanął w obronie oprawcy – ktoś krzyczy. Cóż zatem uczynić z sędzią, która rzekomo kazała podpełznąć do stołu sędziowskiego pozbawionemu nóg oskarżonemu? Podobno był to okrutny przestępca – czyż zatem nie został potraktowany właściwie i adekwatnie do swych przewin?

Zgodnie z tą logiką pojmowania godności i praw obywatelskich, owa sędzia zasługuje co najmniej na obronę. Jeśli nie na nagrodę.

Autor jest sędzią Sądu Rejonowego w Łobzie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA