fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Szkolenie prawników: prawo o adwokaturze to relikt

Fotorzepa, Marian Zubrzycki
W odpowiedzi Maciejowi Gutowskiemu i Piotrowi Kardasowi.

Kulturalnie zakamuflowane wystąpienie dwóch wybitnych przedstawicieli palestry przeciwko resortowym planom zmiany modelu szkolenia aplikantów adwokackich (P. Kardas, M. Gutowski, „Populizm podgryza adwokaturę", „Rz" z 20 kwietnia 2018 r.) nie może niestety być uznane za skuteczną obronę systemu dotychczasowego. Autorzy tego pamfletu (bo tak trzeba ów tekst nazwać) w polemicznym zapędzie przemilczają wszystkie braki i słabości aktualnej regulacji prawnej oraz opartej na niej praktyki.

Nic nowego

Problem praktycznego szkolenia prawników nie jest nowy ani też nieznany w tym środowisku. Wszyscy wiemy, że program studiów prawniczych na polskich uczelniach, choć obejmuje bardzo wiele dziedzin, niekoniecznie nawet związanych z wykonywaniem zawodów prawniczych, starannie pomija praktykę. Dzieje się tak nieprzypadkowo. Prawodawca zechciał, aby dla każdej profesji prawniczej (naturalnie poza sędziami i prokuratorami) istniał odrębny system praktycznego szkolenia, którego stworzenie powierzył poszczególnym samorządom zawodowym.

Nie wchodząc w analizę tego problemu w całości, chcę skupić się na sprawie szkolenia aplikantów adwokackich, która tak leży na sercu współautorom omawianego artykułu. Ferowanych przez nich tez oraz argumentów nie da się obronić na gruncie znanych nam wszystkim realiów. Niestety system przygotowania do zawodu w ramach tzw. aplikacji adwokackiej zdążył już się skompromitować doszczętnie i teraz rzuca tylko cień na wizerunek adwokatury.

Już wiele lat temu publicznie zwracałem uwagę na mankamenty ustawy wyrażające się m.in. w braku jasnego unormowania prawnego statusu aplikanta adwokackiego (por. „Palestra – czas na zmiany", „Rz" z 18 listopada 2004 r.). Od tamtej pory nic w sytuacji aplikanta się nie zmieniło. Ustawa w obecnym kształcie wyraźnie wypowiada się jedynie w kwestii odpłatności aplikacji adwokackiej.

Prawo o adwokaturze jest, jak wiadomo, jednym z ostatnich reliktów legislatury z okresu stanu wojennego. Liczne niedomówienia w tej ustawie przypisać trzeba świadomemu wyborowi prawodawcy z tamtego czasu. Wymuszenie funkcjonowania struktur samorządu w warunkach niejasności i braku precyzji prawa miało ułatwiać państwową kontrolę adwokatury w myśl leninowskiej formuły „jeżowej rękawicy". Te przemilczenia i niedopowiedzenia dotyczyły np. kwestii uprawnień organów adwokatury, w tym zasad dopuszczania do aplikacji oraz do wykonywania zawodu, trybu przeprowadzania wyborów do władz oraz odpłatności za wykonywanie poszczególnych funkcji w organach samorządu. Trzeba tu niestety powiedzieć, iż środowisko adwokackie przystało na narzucone mu mgliste warunki działania oraz na wypełnianie widocznych z daleka prawdziwych lub tylko pozornych luk w prawie poprzez inicjatywę i praktykę organów samorządu. Do białych plam w regulacji ustawowej należy, jako się rzekło, status aplikanta adwokackiego w tym w szczególności jego relacja z wyznaczonym przez samorząd patronem. Przyjęło się poprzez uzus, że aplikant niejako terminuje (choć na niewiadomych zasadach) u swojego patrona – i w ten sposób zdobywa praktyczne umiejętności zawodowe. Podobnie jednak jak w jego przypadku, także sam patron nie ma tu jasno uregulowanej pozycji. Relacje między adwokatem a jego aplikantem pozostają przynajmniej formalnie poza sferą zainteresowania prawodawcy oraz samorządu, co samo w sobie daje pole do prawnych i etycznych wątpliwości, a także stawiania różnych niewygodnych pytań, przed czym hamuje tylko instynkt samozachowawczy.

Trzeba w tym miejscu uwydatnić także i ten aspekt, iż jakkolwiek sama aplikacja jest obecnie odpłatna, a opłaty stanowią dochód izby adwokackiej, to wykonywanie funkcji patrona, często czasochłonne, uciążliwe i odpowiedzialne, pozostaje nieodpłatne.

Każda izba szkoli inaczej

Osobną kwestią jest system szkolenia aplikantów w izbach. Każdy patron, jeśli cieszy się choćby okruchem zaufania swojego aplikanta, dość się pewnie nasłuchał gorzkich uwag o przebiegu i poziomie słono opłaconych obowiązkowych zajęć szkoleniowych, o spóźnialskich, słabo przygotowanych, a niekiedy i zwyczajnie „niedysponowanych" wykładowcach, którymi są, jak wiadomo, niemal wyłącznie adwokaci wyznaczeni przez władze Izby.

Tu ujawnia się prozaiczne sedno sprawy. Szkolenie aplikantów adwokackich jest zajęciem atrakcyjnym, bo intratnym. Sprawa rekrutacji wykładowców oczywiście też nie jest uregulowana przepisami rangi ustawowej ani nawet przepisami wewnętrznymi, więc ich dobór zawsze daje pożywkę nieprzychylnym samorządowi spekulacjom.

Czego można się nauczyć

Utkwiło mi w pamięci usłyszane prze paroma laty odważne wyznanie (nie mojej na szczęście) aplikantki: „Jedyne, czego nas mogą nauczyć, to obojętności, posłuszeństwa i potulności, a przede wszystkim środowiskowego obskurantyzmu". W tej opinii widzę główną słabość wewnątrzkorporacyjnego systemu szkolenia. Aplikanci (zarówno adwokaccy, jak i radcowscy) są przygotowywani do wykonywania zawodu wyłącznie w korporacji, która ich stale organizuje, szkoli i kontroluje, gdy tymczasem powinno się ich uczyć przede wszystkim samodzielności i profesjonalnej asertywności.

Aby solidnie wykonywać swoją misję, prawnik musi być odważnym i niezależnym indywidualistą. Potrzebne jest więc wychowywanie aplikantów adwokackich raczej na samotnych wilków niż na stadne lemingi.

Z tego powodu przeniesienie szkolenia zawodowego poza struktury samorządów może się okazać zbawienne dla przyszłych pokoleń prawników. Pomysł praktycznej nauki zawodu już w toku studiów prawniczych nie jest oczywiście oryginalny, gdyż znamy go choćby z realiów amerykańskich. Można się przy tym spodziewać, iż przedmiotów praktycznych nie będą nauczać „wieczni malkontenci", jak wróżą autorzy przywołanego na wstępie artykułu, lecz właśnie wytrawni praktycy. Chciałoby się doczekać czasów, gdy absolwent studiów prawniczych opuści mury uczelni już w pełni przygotowany do wykonywania zawodu. Do tego konieczny jest jednak powrót (oby jak najszybszy!) do surowej pozytywnej selekcji już na etapie rekrutacji na studia i przez cały czas ich trwania. Obecnie dosłownie każdy, kto uzyskał maturę, może zostać studentem prawa i bez kłopotu ukończyć studia; żałosne tego skutki widzimy niestety na co dzień w salach sądowych.

Autorzy cytowanego już artykułu ogłaszają gromko wszem wobec, że środowisko adwokackie jest mądre. Otóż podpowiedzieć wypada, iż żadne środowisko jako takie nie jest ani mądre, ani niemądre. Chyba że chodzi tu o gromadną, automatyczną i w sumie straceńczą inteligencję lemingów.

Autor jest adwokatem we Wrocławiu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA