fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Kozubal: Marynarka Wojenna idzie na dno

Fotorzepa, Piotr Wittman
Flota morska jest w katastrofalnym stanie. Pomysłów na naprawę brak.

W czwartek będziemy obchodzili 101. rocznicę powołania Marynarki Wojennej, tego dnia na patrolowcu ORP „Ślązak" zostanie wciągnięta bandera. Przy tej okazji MON będzie zapewne podkreślało, że niedawno zwodowano kadłub drugiego nowoczesnego niszczyciela min, a ledwie kilka dni temu – holownik ORP „Semko".

Problem w tym, że tak naprawdę nie ma się z czego cieszyć. ORP „Ślązak" budowany był 18 lat, a Marynarka Wojenna jest w fatalnej kondycji. Jej stan doskonale opisano w raporcie Biura Bezpieczeństwa Narodowego: „Potencjał, którym dysponuje obecnie MW RP, nie jest adekwatny do zagrożeń, wyzwań i szans generowanych przez środowisko bezpieczeństwa morskiego RP, stawianych jej zadań oraz akwenów, na których mają być one realizowane".

Niestety ta diagnoza z 2017 roku wciąż jest aktualna. I nic nie wskazuje na to, by coś miało się zmienić. Z aktualnych planów resortu obrony narodowej nie wynika nawet, jaki kształt przyjmie w najbliższym czasie nasza wojenna flota. Można też odnieść wrażenie, że w samym obozie władzy ścierają się różne koncepcje jej rozwoju.

Symptomatycznie brzmi fragment artykułu, który minister Mariusz Błaszczak opublikował niedawno w „Rzeczpospolitej". Odnosząc się do tego rodzaju sił zbrojnych, stwierdził, że „utrzymujemy zdolności bojowe". Wymienił pozyskanie nowych jednostek w ramach programów Orka, Miecznik i Murena „w dużym stopniu z polskich stoczni". I chociaż szef MON obiecuje zakup nowych okrętów podwodnych, a także jednostek nawodnych, nie wiadomo, kiedy to się stanie.

Dzisiaj mamy dwa sprawne – ale przestarzałe – okręty podwodne, które niebawem zostaną wycofane ze służby. Jest jeszcze ORP „Orzeł", który wymaga remontu. Armia planuje reperację w nim m.in. świateł nawigacyjnych oraz masztu anteny, ale też naprawę peryskopu, czyli jednego z kluczowych elementów wyposażenia. To oznacza, że „Orzeł" dyżurów bojowych szybko nie podejmie.

Konsekwencją zaniedbań jest ograniczona możliwość działania naszych jednostek podwodnych, ale niebawem pojawi się też nie mniej ważny problem szkolenia załóg dla podwodnej floty.

Od wielu miesięcy brakuje bowiem decyzji dotyczącej dostaw nowych jednostek. I to pomimo zapowiedzi poprzedniego szefa resortu Antoniego Macierewicza dotyczącej pozyskania okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi – co mogło wskazywać na przyjęcie rozwiązania francuskiego. Od lat wiadomo, że Francja, Szwecja i Niemcy są gotowe sprzedać nam takie jednostki. Francuska grupa stoczniowa Naval Group proponuje okręty Scorpene, niemiecka ThyssenKrupp Marine Systems – jednostki U 214 lub U 212A, a szwedzki Saab – okręt A26.

Z informacji, które dzisiaj się pojawiają, wynika, że w ramach tzw. rozwiązań pomostowych MON może postawić na zakup 30-letnich okrętów szwedzkich typu Sodermanland. Być może remont tych jednostek dla przyspieszenia wprowadzenia ich do służby zostanie przeprowadzony w szwedzkiej stoczni za około miliard złotych.

To nie poprawi jednak w radykalny sposób stanu naszej floty. Marynarka Wojenna posiada zaledwie 40 okrętów bojowych, a średni wiek okrętów to ok. 35 lat. W połowie 2018 roku w debacie na Bałtyckich Targach Militarnych w Gdańsku kontradmirał Adam Mazurek, były dowódca Centrum Operacji Morskich, ujawnił, że 90 proc. okrętów ma już określony termin zakończenia służby. To zły prognostyk.

Z odpowiedzi na pytania kierowane przez nas do MON wynika, że „Marynarka Wojenna RP była zaniedbywana przez ostatnich kilkanaście lat przez każdy dotychczasowy rząd".

„Zaniedbania modernizacyjne m.in. rządów PO–PSL doprowadziły do tego, że obecnie musimy na nowo budować zdolności bojowe Marynarki Wojennej" – tłumaczy resort obrony, wskazując winnych.

Tyle tylko, że jak na razie odbudowa zdolności bojowych to wyłącznie hasło bez konkretów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA