fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Nacjonalizm, silna potrzeba tożsamości

AFP
Nacjonalizm, zamiast zanikać, wzmacnia się, i dziś okazuje się najsilniejszym społecznym uczuciem.

Polscy wyborcy mogą wybaczyć swoim politykom ateizm, czego dwukadencyjna prezydentura Aleksandra Kwaśniewskiego była świetnym dowodem, agenturalną przeszłość (też znalazłoby się kilka znaczących przykładów) czy wyznawanie innej niż katolicyzm wiary (doskonałą egzemplifikacją jest wciąż popularny Jerzy Buzek). Ale nie wybaczą braku patriotyzmu. Tego od swych reprezentantów wymagają bezwzględnie i oczekują od nich czegoś jeszcze więcej – budowania przez państwo wspólnoty narodowej.

Może to się odbywać na kilka sposobów – obecny obóz władzy uprawia tu styl martyrologiczno-bohatersko-historyczno-egzaltacyjny. Obchody rocznic, przypominanie strat, wspominanie ofiar, budowa muzeów i pomników. Ale może to także robić w inny sposób, który w czasach swych rządów uskuteczniała Platforma Obywatelska. Jej politycy budowali poczucie dumy narodowej nie tyle z przeszłości, ile z teraźniejszości. Wciąż wspominali o tym, że jesteśmy liderem przemian, „zieloną wyspą", idealnym organizatorem mistrzostw Europy w piłce nożnej itp. Nie brakowało w tej narracji, co oczywiste, napomknięć historycznych, ale były one o wiele mniej eksponowane niż za rządów PiS.

W obu jednak przypadkach liderzy obozów politycznych byli w pełni świadomi tego, jak bardzo poczucie tożsamości narodowej jest potrzebne Polakom. W chwili obecnej wydaje się, że przywódcy opozycji, może z wyjątkiem prezesa PSL, jakby stracili tę perspektywę z oczu. Nie oznacza to, że nie są patriotami lub że nic w tej materii nie robią, ale ma się wrażenie, że nie doceniają tej tematyki dla życia obywateli i dla ich decyzji wyborczych. A w płynnej ponowoczesności, wbrew zapewnieniom heroldów liberalizmu z przełomu wieków, właśnie identyfikacja narodowa okazuje się najtrwalsza.

Samo pojęcie narodu jest wynalazkiem stosunkowo nowoczesnym i młodym. Jeśli uznamy, że rodzaj ludzki ma historię około 2,5 miliona lat, a nasz gatunek, czyli Homo sapiens sapiens, liczy sobie około 200 tysięcy lat, to musimy uznać, że ponad 99 proc. czasu upłynęło ludzkości bez znajomości pojęcia narodu. W nauce toczy się spór o to, kiedy pojawiły się narody, ale nawet prymordialiści i perenialiści, o modernistach nie wspominając, uznają, że nie są one odwieczne i zawsze towarzyszące ludziom. Większość narodów powstała na przestrzeni ostatnich 300 lat. Jest to zatem „ostatni krzyk mody" w konkursie ideologii.

O ile samo pojęcie jest tworem sztucznym, „wspólnotą wyobrażoną", jak pisze Benedict Anderson, lub „urojoną", jak określam ją ja sam w moich ostatnich dwóch książkach („Budowanie narodu. Przypadek Polski w latach 2015–2017" oraz „Naród urojony"), o tyle potrzeba przynależności do grupy jest czymś dla naszego rodzaju i gatunku naturalnym. Jonathan Haidt określa nas jako „grupolubnych", a współczesna neurobiologia, kognitywistyka i prymatologia nie pozostawiają złudzeń co do tego, że nasza predylekcja do życia w grupie oraz potrzeba przynależności do niej są konstytutywne dla ludzi.

Na przestrzeni wieków owe grupy były różnie definiowane – jako plemiona, stada, etnie, rodziny, wspólnoty religijne... W dzisiejszych czasach podstawową identyfikacją grupową jest właśnie naród. Bardzo dbają o to państwa, stosując zasady tzw. banalnego nacjonalizmu, używając terminologii Michaela Billiga – wykorzystują do tego edukację, media, armię, nazwy ulic i placów, muzea, a nawet numizmatykę, monety i banknoty, sport, mapy, a nawet...prognozę pogody. Trudno się zatem dziwić, że w obecnym szalonym i zwariowanym świecie miliardy ludzi, dzięki działaniom państw, właśnie w poczuciu przynależności narodowej odnajdują spokój i ukojenie.

Polska jest tego doskonałym przykładem – odpowiedzią na transformację ustrojową i gospodarczą, otwarcie granic, rewolucję cyfrową, rozwój mediów społecznościowych nie jest zanik uczuć narodowych, lecz – paradoksalnie – ich gwałtowny wzrost. Zauważa to coraz więcej badaczy społecznych – tego typu spostrzeżenia można znaleźć w ostatnich książkach Francisa Fukuyamy czy Yaschy Mounka. Trend ten można dostrzec także, samodzielnie obserwując wydarzenia w naszym kraju, ale nie tylko – także w innych państwach UE i, szerzej, świata. Nacjonalizm, zamiast zanikać, wzmacnia się, i dziś okazuje się najsilniejszym społecznym uczuciem – także w ponadmiliardowych Chinach czy Indiach. Sukcesy Trumpa, Erdogana, Putina czy Orbána nie byłyby możliwe, gdyby nie ten właśnie proces. Jako się rzekło, Polska nie tylko nie jest wolna od tego zjawiska, ale wręcz jest jego świetną egzemplifikacją. Wiedzą o tym na pewno liderzy PiS – świadomie grając na tej nucie i wykorzystując ją do umocnienia swojej władzy. Ale czy jest tego świadomość po stronie opozycji? Jej politycy podchodzą do fenomenu wzrostu uczuć narodowych podejrzliwie, źle czując się w tym entourage'u. A czasami nawet z niego kpiąc. Akcja tzw. Lotnej Brygady Opozycji, której wcześniejsze happeningi skutecznie ośmieszały obóz władzy, jak w przypadku „afery Banasia", w dniu 11 listopada była klasycznym samobójem (sztucznym czołgiem jechali oni za żołnierzami Kompanii Honorowej WP).

To nie był, co oczywiste, event organizowany przez partie opozycyjne, ale znalazł ogromne wsparcie wśród internautów sympatyzujących z przeciwnikami PiS. Podobnie jak happeningi posłanki KO Klaudii Jachiry. Jeśli opozycja pójdzie tą drogą, będzie skazana kolejne porażki.

Uwaga ta dotyczy także kandydata opozycji na prezydenta – jeśli ma on mieć realne szanse na powalczenie z Andrzejem Dudą, musi rozumieć przyczyny wzrostu nastrojów narodowych, dobrze czuć się w ich poetyce, umieć przekonać do siebie osoby, dla których ta tematyka jest pierwszoplanowa. Na wątpliwości w tej materii mogą sobie pozwolić happenerzy, naukowcy i publicyści. Politycy muszą akceptować nastroje społeczne. A te w ostatnich latach sprzyjają silniejszemu eksponowaniu wątków narodowych. Ludzie od zawsze chcieli być częścią jakichś grup. Ludzie w drugiej dekadzie XXI wieku marzą przede wszystkim o przynależności do wspólnot narodowych. To fakty, które już są znane Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego współpracownikom. Zobaczymy, czy, i kiedy, wiedza ta trafi do Grzegorza Schetyny i jego przybocznych.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA