fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Tadeusz Iwiński o reparacjach

Sprawę reparacji poruszył na kongresie PiS w Przysusze Jarosław Kaczyński
PAP, Michał Walczak
Dyskusja o odszkodowaniach niepotrzebnie wznieca nastroje antyniemieckie

Dobrze jest mieć wyobraźnię jako towarzysza podróży, ale koniecznie trzeba wziąć rozsądek za przewodnika" – pisał w XVIII wieku Samuel Johnson. Obie te wzajemnie uzupełniające się kategorie są niezbędne także dla skutecznej działalności politycznej. Raz jeszcze przekonujemy się o tym w związku z ożywioną i ostrą debatą na temat stosunków polsko-niemieckich, zwłaszcza w kontekście dość niespodziewanego powrotu do kwestii reparacji za ogrom zniszczeń dokonanych przez Niemcy w okresie II wojny światowej.

Powracający problem

Ostatnia podobna dyskusja miała miejsce niemal równo 13 lat temu. 10 września 2004 r. bez głosu sprzeciwu Sejm przyjął uchwałę „w sprawie praw Polski do niemieckich reparacji wojennych oraz w sprawie bezprawnych roszczeń wobec Polski i obywateli polskich wysuwanych w Niemczech".

Jako przewodniczący podkomisji opracowującej tę uchwałę wskazywałem, iż jej intencją nie jest zaognianie stosunków polsko-niemieckich, ale ich poprawa poprzez usunięcie przyczyn pewnych napięć oraz uspokojenie wielu obywateli polskich wyrażających niepokój związany z działalnością niektórych środowisk w RFN. Wtedy bowiem wciąż aktywny był tzw. Związek Wypędzonych, kierowany przez deputowaną do Bundestagu Erikę Steinbach (CDU), propagujący ideę budowy w Berlinie Centrum przeciw Wypędzeniom, a rozmaite kroki podejmowało też tzw. Powiernictwo Pruskie. Ta ostatnia struktura zajmowała się m.in. losami „późnych przesiedleńców", którzy wyjechali z Polski w latach 70. i 80., a część z nich próbowała odzyskać majątki pozostawione szczególnie na Warmii i Mazurach.

Do określenia tamtej sytuacji, o czym mówiłem wówczas w Sejmie, wyjątkowo trafnie pasowała szachowa maksyma, iż „groźba jest silniejsza od ruchu". Apel w sprawie uzyskania od Niemiec reparacji już wówczas był niewykonalny, ale miał być swoistą odpowiedzią na absurdalne roszczenia wobec Polski. Obecnie – już od dawna – nie mamy do czynienia z tego rodzaju roszczeniami, jednak wspomniane powiedzenie pozostaje aktualne.

Doświadczenia historii

Nie wgłębiając się w dyskusje o różnicach między kontrybucjami a reparacjami i ich rodzajami, to zawsze chodzi o rekompensatę finansową za straty wyrządzone stronie zaatakowanej, szczególnie gdy jaskrawo złamano prawo międzynarodowe, np. konwencję haską. Początkowo konkretne warunki dyktowali zwycięzcy i dopiero traktat wersalski (1919–1920) wprowadził określone regulacje.

Rodzimi zwolennicy (a więc ekipa PiS) twardego domagania się od rządu w Berlinie reparacji po 72 latach od zakończenia II wojny często przywołują fakt, iż Niemcy zakończyły wypłatę ostatniej raty odszkodowań (m.in. Francji i Belgii) za I wojnę dopiero w 2010 r. Zapominają wszakże o tym, że pierwotną kwotę 123 mld marek w złocie rozłożono na 50 lat, potem ją zmniejszono, Hitler wstrzymał wypłaty, a na początku lat 50. ustalono, iż finalizacja zobowiązań nastąpi dopiero po zjednoczeniu Niemiec (powrócono do płatności w 1996 r.).

O losach powojennej Europy, w tym o reparacjach, dyskutowano na konferencjach w Jałcie i Poczdamie, a ostateczne decyzje zatwierdzono pokojem paryskim w 1947 r. Na jego mocy m.in. ustalono reparacje od Włoch, Bułgarii, Finlandii, Rumunii i Węgier, o czym się zupełnie nie pamięta. Niemcy, jak wiadomo, podzielono na cztery strefy okupacyjne: amerykańską, brytyjską, francuską i radziecką. Z trzech pierwszych utworzono na początku 1949 r. RFN, z radzieckiej zaś nieco później Niemiecką Republikę Demokratyczną. Podzielony został również Berlin. Każde z czterech mocarstw miało na początku prawo do reparacji, spłacanych głównie w naturze, ze swojej strefy, a cały proces nadzorowała Międzysojusznicza Komisja Odszkodowań z siedzibą w Moskwie. Późniejsza sytuacja jest dobrze znana, choć nie wszyscy wyciągają z niej identyczne wnioski.

23 sierpnia 1953 r. władze polskie ustami prezydenta Bieruta zrezygnowały oficjalnie z reparacji niemieckich, zaraz po tym, kiedy uczynił to ZSRR. Biorąc pod uwagę, że na mocy umowy poczdamskiej nasze państwo miało otrzymywać 15 proc. reparacji radzieckich, o sposobie zaś realizacji tego zapisu decydował Związek Radziecki, była to decyzja wtórna i czysto formalna.

Czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości, o czym mówił np. Jarosław Kaczyński na kongresie swej partii w Przysusze, nie przyjmują jednak tej rezygnacji do wiadomości. Polska nie była wówczas oczywiście w pełni suwerenna (zaledwie kilka miesięcy wcześniej umarł Stalin), ale należała m.in. do ONZ i powszechnie uznawano ją za podmiot prawa międzynarodowego.

Na konferencji w Poczdamie postanowiono o przesunięciu wschodniej granic Niemiec na zachód, co zmniejszyło ich obszar o 25 proc. w porównaniu z rokiem 1937. Podstawowa część tych terytoriów weszła w skład Polski. Te ziemie zachodnie i północne (m.in. z Wrocławiem, Szczecinem i Olsztynem), o ogromnej wartości, były dla nas swoistym ekwiwalentem materialnym. Równocześnie, bez jakichkolwiek konsultacji z reprezentantami polskiego społeczeństwa, zmieniono także nasze granice wschodnie, włączając w skład ZSRR tzw. Kresy.

Niewielkie reparacje wojenne uzyskała od Niemiec jeszcze Grecja, na podstawie umowy z 1960 r. Nie powiodły się natomiast ponawiane przez rząd w Atenach od czasu kryzysu w tym kraju w 2015 r., próby uzyskania dodatkowych odszkodowań za II wojnę, idące w setki miliardów dolarów. Precedensowe są też próby Namibii (dawnej niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej) otrzymania rekompensat za masakry dokonywane na tym terytorium jeszcze na przełomie XIX i XX w. Przedstawiciele najbardziej tym dotkniętych grup etnicznych Herero i Nama złożyli nawet skargę do sądu w Nowym Jorku. Niewykluczone, iż sprawa zakończy się przyznaniem Namibii przez rząd w Berlinie znacznej pomocy rozwojowej.

Niemcy się wykupią?

Skomplikowane ze względów historycznych relacje polsko-niemieckie z upływem lat stopniowo się normalizowały, postępował też – choć niezbyt szybko – proces pojednania. Istotną w tym rolę odegrały: orędzie biskupów polskich (m.in. Stefana Wyszyńskiego i Karola Wojtyły) do biskupów niemieckich z listopada 1965 r., z pamiętną formułą „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie", a także historyczny gest Willy'ego Brandta, pierwszego kanclerza RFN odwiedzającego Warszawę, który 7 grudnia 1970 r. ukląkł pod pomnikiem Bohaterów Getta.

Jakościowo nowa era nastąpiła po rozpoczęciu transformacji ustrojowej i licznych innych zmianach w całej Europie Środkowo-Wschodniej. 12 września 1990 r. podpisano tzw. traktat 2+4 regulujący warunki zjednoczenia Niemiec, w tym ostateczne uznanie granicy na Odrze i Nysie. Ani w tym traktacie, ani w polsko-niemieckim układzie granicznym z 14 września 1990 r., ani wreszcie w traktacie w o dobrym sąsiedztwie i pokojowej współpracy z 17 czerwca 1991 r. nie odnoszono się do sprawy reparacji. Uznano rzecz za zamkniętą. Nie była też ona podnoszona w okresie rządów PiS w latach 200–2007.

Na uroczystościach z okazji 50. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego prezydent Herzog przepraszał za krzywdy wyrządzone przez Niemcy polskiemu narodowi. W tym czasie trwały już, za pośrednictwem Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, wypłaty dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych i robotników przymusowych, pochodzące z przekazanej przez rząd RFN kwoty 500 mln marek. Zarazem władze polskie zobowiązały się do niewspierania na arenie międzynarodowej roszczeń swoich obywateli. W tym kontekście trzeba jednak odróżniać reparacje wojenne (dla danego państwa) od roszczeń osób indywidualnych, np. wobec przedsiębiorstw niemieckich wykorzystujących pracę przymusową.

RFN mocno poparł członkostwo Polski w NATO oraz w Unii Europejskiej. W tej ostatniej kwestii nieoceniona była działalność ówczesnego unijnego komisarza ds. rozszerzenia Güntera Verheugena. Dobrze pamiętam wspólny lot szefów rządów obu krajów samolotem kanclerza Gerharda Schroedera do Dublina 1 maja 2004 r. na ceremonię przyjęcia dziesięciu nowych państw do UE. To był niezwykle wymowny symbol, potwierdzający inną jakość wzajemnych stosunków. Niemcy stały się największym partnerem gospodarczym Polski (roczne obroty obecnie ok. 100 mld euro) oraz głównym partnerem politycznym w Europie. Żadne emocje dotyczące przeszłości nie powinny zmieniać tego faktu.

Nie są jasne powody sytuacji, w której obecny gabinet od dłuższego czasu obiektywnie konfrontuje nasz kraj z Niemcami. Dlaczego premier Szydło twierdzi, że to Niemcy są motorem wszelkich działań przeciwko polskiemu rządowi w Unii, co ma być reakcją na politykę PiS wobec uchodźców, prezes tej partii zaś mówił o „dyktaturze w Niemczech" oraz określa Donalda Tuska mianem „niemieckiego kandydata"? Prawdopodobnie chodzi o przyczyny wewnętrzne. Ale język obrażający partnerów, a nawet sięgający po inwektywy, na ogół bywa nieskuteczny, dowodzi braku umiejętności dyplomatycznych i de facto osłabia naszą pozycję międzynarodową, nie tylko w UE.

Co do reparacji, politycy PiS, powtarzając w kółko słowa „należy się nam", wprost licytują się na wysokość sumy takiego odszkodowania. Tymczasem trudno znaleźć do tego podstawy prawne.

Dietmar Nietan (SPD), jeden z najprzychylniejszych Polsce posłów do Bundestagu, wypowiedział niedawno ważne słowa: „Nie istnieje suma zadośćuczynienia. Moralna odpowiedzialność Niemiec się nie przedawnia (...) Czy tyle lat po zakończeniu wojny Polska i Niemcy miałyby się targować jak na bazarze? 6 bilionów to za dużo, dajmy 4,5? A jeśli zawarlibyśmy już kompromis, sprawa byłaby już załatwiona? Niemcom udałoby się wykupić? Nasza odpowiedzialność za wojnę raz na zawsze zostałaby rozliczona, zapomniana? Czy na pewno chcielibyśmy takiego rozwiązania?". Dotykając tych bolesnych kwestii nie stawiam już pytania o to, czy Polska powinna domagać się odszkodowań od Ukrainy za zbrodnię na Wołyniu, sama zaś poczuwać do odpowiedzialności wobec Czech za aneksję Zaolzia w 1938 r.?

„Lepsze są nieprzyjemne prawdy niż przyjemne iluzje" – mawiał prezydent USA John Kennedy. Taką nieprzyjemną prawdą w omawianej materii jest to, iż nie ma co liczyć na reparacje od Niemiec. Być może wart rozważenia jest natomiast pomysł Michała Szułdrzyńskiego przedstawiony w „Rzeczpospolitej", by utworzyć zasilany środkami naszego sąsiada fundusz, np. na stypendia dla młodzieży ze słabiej rozwiniętych regionów Polski albo odbudowę infrastruktury, której powstawanie przerwała II wojna.

Jest jeszcze czas, aby nie popełnić poważnego błędu, jakim byłoby wejście w otwarty spór z Niemcami. Nie warto brać pod uwagę kuriozalnej opinii wiceministra kultury, że „temat reparacji trzeba podnosić bez względu na to, czy będzie to efektywne" ani przechwałek jednego z eurodeputowanych PiS, iż „dysponuje tajną bronią", która zmusi Niemców do zapłaty bilionów. Warto natomiast uwzględnić argumenty biskupów polskich (m.in. kard. Nycza i abp. Muszyńskiego) przestrzegających kilka dni temu przed wzniecaniem nastrojów antyniemieckich. ©?

Autor jest profesorem, był posłem SLD z Warmii i Mazur (1991–2015), przez długie lata członkiem i wiceprzewodniczącym Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy oraz sekretarzem stanu ds. międzynarodowych w KPRM (2001–2004).

Andrzej Talaga: Pięć powodów, dla których powinniśmy współpracować z Niemcami >A9

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA