Rzecz o polityce

Wyborcy wybaczają błędy PiS. Bo jest prospołeczne

Gwarancja emerytury dla wielodzietnych matek to nie rozdawnictwo, ale inwestycja
AdobeStock
Politykę społeczną PiS uczyniło priorytetem, więc wyborcy wybaczają mu błędy

Przygotowana przez rząd ustawa gwarantująca minimalną emeryturę dla matek, które wychowały minimum czwórkę dzieci, będzie kolejnym sprawdzianem dla środowisk liberalnych. Pokaże on, ile zrozumiały z rewolucji, która przechodzi przez Polskę, ale i przez cały zachodni świat w ostatnich kilku latach.

Chodzi o skierowane właśnie do konsultacji społecznych przepisy mające stanowić kolejne wsparcie dla rodzin wielodzietnych. Matka, która nie wypracowała sobie emerytury, bo zajmowała się w domu wychowywaniem co najmniej czwórki dzieci, będzie mogła po ukończeniu 60. roku życia ubiegać się o wsparcie państwa.

Projekt jest odpowiedzią na poważny problem, na który zwracano uwagę od dość dawna. Praca w domu, najczęściej wykonuje ją matka, nie jest dostrzegana przez państwo. Wręcz przeciwnie, rodzic, który zajmuje się domem i dziećmi, nie ma w tym czasie odprowadzanych składek. Im więcej dzieci, tym dłuższy okres bezskładkowy i w efekcie mniejsze szanse na emeryturę w starości.

Państwo, które chce podniesienia wskaźników demograficznych, musi na ten problem wcześniej czy później odpowiedzieć. Zwiększenie dzietności jest możliwe dopiero wtedy, gdy kobiety decydują się na dwójkę czy więcej dzieci. Korzystna dla społeczeństwa decyzja rodziców jest jednak skrajnie niekorzystna dla matki.

Polityka dla obywateli

Ktoś może mi zarzucić, że jestem nieobiektywny, bo chwalę ten mechanizm, ponieważ dotyczy on również mojej rodziny. Sęk w tym, że dzięki temu codziennie widzę, że wychowując czwórkę, piątkę czy więcej dzieci – przynajmniej przez jakiś czas – jedno z rodziców musi zrezygnować z pracy i zająć się prowadzeniem domu. Chyba że jest tak zamożne, że stać je na zatrudnienie osoby, która będzie prowadzić dom, zaprowadzać dzieci do szkoły czy przedszkola, wozić na zajęcia dodatkowe, a później odrabiać z nimi lekcje.

Pierwsze reakcje na projekt rządu ze strony środowisk liberalnych pokazują, że nie wyciągnęły one wniosków z rewolucji, którą obserwujemy od kilku lat. Słyszymy bowiem powtórzenie starych haseł i ostrzeżeń. Środowiska te mówią, że projekt jest kosztowny i dodatkowo obciąży budżet państwa. Inne uwagi sprowadzają się do tego, że to dzieci mają obowiązek utrzymywać rodziców, a państwo powinno to robić dopiero wtedy, gdy nie wywiążą się z tego obowiązku. To myślenie ma jednak niewiele wspólnego z wrażliwością społeczną czy pojęciami takimi jak solidarność społeczna.

Jeśli dziecko wychowało się w rodzinie wielodzietnej, miało zawsze trudniejszą sytuację finansową niż jego rówieśnicy, których rodzice zarabiali tyle samo co jego rodzice, lecz mieli jedno dziecko. Tyle tylko, że tamci rodzice dostaną emeryturę z ZUS, a dziecko z rodziny wielodzietnej będzie później dodatkowo obciążone obowiązkiem alimentacyjnym i nie dość, że było biedniejsze w dzieciństwie, to jeszcze w dorosłości musi łożyć na matkę, która nie miała jak wypracować sobie emerytury.

Łatwiej wybaczyć

I nie chodzi tu wcale o to, by zmieniać państwo w organizację dobroczynną. Chodzi o zrozumienie tego, jak zmieniły się oczekiwania społeczeństw po wielkim kryzysie. Wtedy to państwa zajęły się ratowaniem wielkich instytucji finansowych, społeczeństwa zaś płaciły cenę spowolnienia gospodarczego, wzrostu bezrobocia (na Zachodzie) i rosnącego długu. PiS wyczuło zmieniającą się koniunkturę: społeczeństwa oczekują, że ich państwa nie będą wyłącznie zajmować się dbaniem o wskaźniki makroekonomiczne, lecz będą prowadziły aktywną politykę na rzecz swoich obywateli i będą realizować ideały solidarnościowe.

Na tym też polega sekret wysokiego poparcia dla partii Jarosława Kaczyńskiego i bezradność liberalnej opozycji, która nie ma żadnej odpowiedzi na politykę społeczną rządzących od 2015 r.

Minimalna emerytura dla matek rodzin wielodzietnych będzie więc dla środowisk liberalnych dokładnie takim samym testem, jakim było 500+ czy inne socjalne pomysły rządów PiS. Można się z tą partią zgadzać lub nie, ale doprowadziła ona do rewolucji w polityce społecznej.

Oczywiście nie zmieniły się prawidła ekonomiczne, że nie trzeba już pilnować długu publicznego i równowagi budżetowej. Trzeba. Chodzi jednak również – a może przede wszystkim – o priorytety. PiS z polityki społecznej uczyniło swój priorytet i mimo wszystkich błędów, które popełnia, mimo arogancji, radykalizmu, nieudolności w polityce międzynarodowej, demolowania instytucji państwowych albo ich skrajnego upolityczniania i wszystkich innych grzechów, daje dużej części obywateli w tych niepewnych czasach przekonanie, że państwo się o nich troszczy, że obywatel, szczególnie ten biedniejszy, jest dla niego nie balastem, ale właśnie punktem odniesienia. Być może właśnie to poczucie sprawia, że gotowi są tej partii wybaczyć popełniane błędy, wysokie nagrody czy łamanie standardów demokracji liberalnej.

Nie chodzi o to, że liberałowie mają dziś oddawać się wyścigowi na populizm. Nie, muszą jednak zrozumieć, że posługiwanie się pojęciem populizmu na każde działanie rządu w dziedzinie polityki społecznej czy realizowanie zasad solidarności to nie tylko zaklinanie, ale też zakłamywanie rzeczywistości. W pokryzysowej rzeczywistości zmieniły się oczekiwania obywateli wobec państwa, oczekiwania na politykę bardziej inkluzywną, dbającą o te grupy, które ponoszą większe koszty – a rodziny wielodzietne bez wątpienia do nich należą.

Nieodrobiona lekcja

Liberałowie bardzo często populizmem nazywają po prostu politykę opartą na wsłuchiwaniu się w oczekiwania obywateli, wyłapywaniu pewnych społecznych trendów, a nie realizacji ekonomicznych dogmatów.

Trzeba pogodzić się z tym, że w ostatnich latach doszło do zupełnego odwrócenia się wektorów ideologicznych. Prawicowy Donald Trump wygrał w USA wybory głosami sfrustrowanych amerykańskich robotników. Nowe prawice w Niemczech i Francji prześcigają się w hasłach protekcjonistycznych. Liberałowie wychodzą więc nagle na obrońców status quo zdających się nie rozumieć zmian, które zaszły na świecie w ciągu ostatnich lat. Zamiast zrozumieć przemiany, oburzają się na „socjalizm" prawicy. Tymczasem sukces PiS polega na tym, że partia ta łączy tradycjonalizm, wspieranie patriotycznego poczucia narodowej dumy z solidaryzmem społecznym. Nazywanie tego populizmem czy protofaszyzmem jest jedynie wyrazem intelektualnej bezsilności.

Dlatego gdy słyszę liberałów, którzy narzekają na to, że nowe przepisy o minimalnej emeryturze wypchną z rynku pracy matki, które wychowały czwórkę dzieci, to mam pewność, że nie tylko stracili społeczny słuch, ale też generalnie przestali widzieć rzeczywistość poza wskaźnikami makroekonomicznymi. Bo w znacznej większości rodzin wychowujących czwórkę lub więcej dzieci i tak jedno z rodziców musi na wiele lat zawiesić działalność zawodową. W dodatku okazuje się, że liberałowie wciąż nie nauczyli się, że wychowanie dzieci i prowadzenie domu, choć nie jest zajęciem zarobkowym, jest nie tylko ciężką pracą, ale też wielką inwestycją społeczną w przyszłość. Paradoksalnie więc wygląda na to, że znacznie lepiej te długofalowe konsekwencje rozumieją ci, których sami liberałowie nazywają populistami.

Autor jest ojcem piątki dzieci, co może mieć wpływ na prezentowane przez niego w artykule poglądy

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL