fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Kaczyński. Polityka stanu wyjątkowego

Dla Jarosława Kaczyńskiego uderzenie w TK czy zaprzężenie mediów publicznych do rządowej propagandy służą obronie demokracji.
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Najpierw rewolucja, normalność – może później. Szef PiS buduje nowe państwo.

Autobiograficzna książka Jarosława Kaczyńskiego „Porozumienie przeciw monowładzy" jest ciekawym studium nie tylko dla historyków, ale również dla wszystkich zainteresowanych sposobem, w jaki prezes Prawa i Sprawiedliwości rozumie politykę, a także pewne podstawowe pojęcia.

Kto broni demokracji

Szczególnie interesujący jest fragment, w którym Jarosław Kaczyński opisuje spory z początku lat 90. dotyczące stworzenia nowej konstytucji: „Państwo prawa, czy może lepiej i bardziej po polsku – państwo praworządne – może funkcjonować, jeśli spełnione są różne warunki odnoszące się do konstrukcji społeczeństwa. Przede wszystkim muszą istnieć podstawy społecznej równowagi sił. Ten warunek ani wtedy, ani nigdy później nie został spełniony".

Z kolei w wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej" w 2013 r. prezes PiS mówił tak: „Obecna konstytucja jest naprawdę niedobra. Wchodząc w życie w 1997 r., spetryfikowała ona czysty postkomunizm. Przecież polski aparat państwowy nie został zbudowany od nowa, jest mutacją aparatu komunistycznego".

Jeśli zestawimy ze sobą te dwie wypowiedzi, łatwo zrozumiemy sprawę zasadniczą, że spór polityczny w Polsce dziś oparty jest na gruntownym nieporozumieniu. Nieporozumienie to wynika z różnicy paradygmatów, podstawowych pojęć z zakresu filozofii, polityki, państwa i prawa.

Dla Kaczyńskiego pojęcie państwa prawa jest tak naprawdę narzędziem, za pomocą którego elity postkomunistyczne na trwałe chciały ustalić swoją przewagę w Polsce. Najpierw, korzystając z uprzywilejowanej pozycji podczas transformacji, osiągnęły – zdaniem prezesa PiS – niezwykłe zyski, a następnie, za pomocą szczytnych pojęć, takich jak praworządność, państwo prawa, ochrona konstytucji, niezależność władzy sądowniczej, na wiele lat utrwaliły swoją przewagę.

Jeśli więc krytycy zarzucają Kaczyńskiemu, że jego polityka jest zagrożeniem dla ładu konstytucyjnego czy dla państwa prawa, paradoksalnie lider PiS przyznałby im rację. Bo on chce uderzyć w grupy interesu, by realizować to, co uważa za „wolę suwerena", czyli własną politykę.

W marcu tego roku prezes partii rządzącej mówił „Rzeczpospolitej": „W Europie obowiązuje niedobra tendencja przejmowania władzy przez korporacje prawne. A to nie ma nic wspólnego z demokracją. Różne trybunały, również międzynarodowe, przypisują sobie w istocie przywilej tworzenia prawa, a nie jego kontrolowania. Jestem zdecydowanym wrogiem tej tendencji, bo ona przekazuje władzę w ręce grup nacisku".

W myśl tej logiki Jarosław Kaczyński, prowadząc wojnę z Trybunałem Konstytucyjnym, nie uderza w demokrację, tylko we własnym mniemaniu jej broni. Bo demokracja to rządy partii, która wygrała wybory zgodnie z wolą suwerena. Konstytucja, zasady praworządności, pojęcie państwa prawa zaś służą głównie temu, by żadna władza nie naruszyła interesów postkomunistycznych elit, postkomunistycznego establishmentu.

Kaczyński ujmował to w jednej z rozmów z „Rzeczpospolitą" w taki sposób: „Czy nie jest tak, że nasi wyborcy mają mniejsze prawa, skoro my nie możemy rządzić? Ten zamach czerwcowy (ustawa TK z czerwca 2015 r. dająca ówczesnej większości prawo wyboru sędziów awansem – red.) miał prowadzić do tego, byśmy w praktyce nie mogli realizować swego programu popartego przez wyborców".

Apolityczność dobra, ale nie dziś

Słuchając wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, można wysnuć wniosek, że jest on zwolennikiem istnienia znanych nam instytucji – sądownictwa konstytucyjnego, niezależnego wymiaru sprawiedliwości, pluralizmu w mediach itp. – pod warunkiem przeprowadzenia najpierw czegoś w rodzaju gruntownej depostkomunizacji.

Trybunał Konstytucyjny jego zdaniem jest więc potrzebny do kontroli praw obywatelskich, ale pod warunkiem, że nie będzie „bastionem postkomunizmu". Najpierw trzeba zatem wprowadzić swoisty stan wyjątkowy, doprowadzić do sytuacji zerowej, a wtedy TK będzie mógł spokojnie pracować dalej, można się będzie nawet zgodzić, by zasiadali w nim nominaci partii opozycyjnych.

Podobnie jest z sądownictwem. Jarosław Kaczyński wielokrotnie podkreślał, że po 1989 r. nie przeprowadzono żadnej dekomunizacji sędziów. I tak jak ustrój wspierał postkomunizm, tak też było – zdaniem lidera PiS – z sędziami. Przewlekłość postępowań i poczucie niesprawiedliwości, na których wszak ufundowane zostało Prawo i Sprawiedliwość, jest w tej narracji właśnie efektem tego, że sądy bronią postkomunizmu, a nie interesów zwykłych obywateli.

Zapowiadana przez obóz władzy rewolucja w sądach dla wszystkich krytyków tej partii byłaby atakiem na tak podstawową w demokracji sprawę, jak niezależność sądownictwa. Tyle że zgodnie z paradygmatem uznawanym przez PiS byłby to zabieg mający na celu właśnie obronę demokracji przed naciskiem ze strony wpływowych lobbies i grup interesów.

Zatem – w myśl tego rozumowania – także w tej dziedzinie trzeba najpierw wprowadzić ów stan wyjątkowy, a dopiero potem zbudować niezależną władzę sądowniczą.

Nie inaczej jest ze służbą cywilną. Kaczyński jak mało kto zdaje sobie sprawę z konieczności posiadania dobrych kadr, wszak największe kłopoty jego partia zawsze miała właśnie z powodu nietrafionych nominacji personalnych. Ale uważa administrację publiczną w dużej mierze nie za ciało służące obywatelom, lecz za narzędzie „systemu" czy „układu" – choć w przeciwieństwie do lat 2005–2007 to słowo rzadko gości dziś w słowniku PiS.

Czy służba cywilna powinna być apolityczna i niezależna? PiS odpowiedziałby, że tak, ale dziś ta apolityczność i niezależność służyłyby przeciwnikom Prawa i Sprawiedliwości i utrudniały dobrą zmianę. Rozbicie służby cywilnej jest więc według partii rządzącej – i tu znów różnica paradygmatów – działaniem w obronie demokracji, a nie uderzeniem w jeden z fundamentów jej nowoczesnej, liberalnej wersji. W przyszłości, już po zastosowaniu opcji zerowej, czemu nie stworzyć niezależnej służby cywilnej, byle będącej służbą obywatelom, a nie postkomunistycznemu establishmentowi.

Media na służbie

Podobne działanie widać w innych dziedzinach. Choćby i w gospodarce. Z jednej strony Jarosław Kaczyński deklaruje się jako zwolennik wolnego rynku. Z drugiej lubi wytykać biznesmenom PRL-owskie powiązania.

Pewnie z tego powodu prezesowi PiS tak spodobał się pomysł wicepremiera Mateusza Morawieckiego budowy kapitalizmu w oparciu o własność państwową. Bo skoro mało jest kapitału własnego, a ten, który jest, zbudowano dzięki postkomunistycznym układom, siłą napędową gospodarki muszą być inwestycje dokonywane przez jedynego dużego właściciela kapitału – państwo. Potrzeba więc na jakiś czas stanu wyjątkowego, repolonizacji banków i kilku innych sektorów, a później znów będzie można zastosować zasady wolnego rynku i swobodnej gospodarki.

Analogiczne myślenie widać w sprawie mediów. Czytając autobiografię Kaczyńskiego, widzi się wyraźnie, że uważa on większość mediów za obrońców postkomunistycznego ładu. Jeśli chce się zachować pluralizm, to media, które znajdują się we władaniu partii władzy, powinny jednoznacznie stanąć po stronie dobrej zmiany, nie bawiąc się w niuanse. Wolność słowa i pluralizm nie zapanują wtedy, gdy w mediach dziennikarzom będzie wolno pisać i mówić to, co uważają za właściwe, lecz wtedy, gdy krytykującym PiS prywatnym mediom przeciwstawi się rządowe i te prawicowe, które będą rząd wychwalać.

Gdy więc krytycy PiS będą się oburzać, że czystki w mediach publicznych i pohukiwania pod adresem mediów prywatnych to uderzenie w fundamentalne dla demokracji wolność słowa i pluralizm, prezes PiS odpowie, że to właśnie próba obrony demokracji i wolności słowa przed postkomunistycznym mainstreamem.

I znów mamy tu do czynienia ze swoistym stanem wyjątkowym: wolność słowa i pluralizm być może wprowadzimy kiedyś, ale dziś w trakcie wojny polsko-polskiej nie stać nas na wielkoduszność i zbędne ceregiele. Media publiczne mają bezwzględnie służyć rządowi i go bronić.

Polska oblężona

Polityka stanu wyjątkowego nie ominęła stosunków międzynarodowych. W styczniu Jarosław Kaczyński mówił: „Taki stan Polski, jaki był przez ostatnie osiem lat, dla wielu sił w Europie jest stanem optymalnym, a wszelka zmiana jest stanem nieoptymalnym. Do tego dochodzi bardzo silny nacisk różnych polskich grup, które mają kontakty europejskie". Panujący w Polsce postkomunizm jest zatem na rękę naszym sąsiadom. Gdy PiS chce ten system zmienić, krytykują oni Polskę.

W tym paradygmacie partia rządząca nie może po prostu uznać, że np. prowadzona przez Komisję Europejską procedura kontroli praworządności w Polsce jest zwyczajnie realizacją przyjętych przez Unię zasad i zobowiązań. Ona musi być atakiem na PiS wynikającym z próby obrony postkomunistycznego status quo w Polsce, które jest – zdaniem Kaczyńskiego – na rękę wszystkim naszym sąsiadom. Stąd w logice PiS prowadzący to postępowanie Frans Timmermans jest szwarccharakterem porównywalnym z prezesem Trybunału Konstytucyjnego Andrzejem Rzeplińskim, a w prawicowej prasie to oni są głównym obiektem ataków i lepszej lub gorszej satyry.

Czy PiS na to stać

Wydaje mi się, że ta logika stanu wyjątkowego – „zastosujmy opcję zerową, a potem dopiero wprowadzajmy rozwiązania demokratyczne" – jest charakterystyczna dla wielu dziedzin. Od obsady stanowisk w spółkach Skarbu Państwa, agencjach i funduszach (Kaczyński mówił wprost, że lepiej mieć mniej zdolnych, ale swoich, niż profesjonalistów, którzy będą pracować na rzecz postkomunistycznego systemu), przez dobór prokuratorów po dosłownie wszystkie sfery życia, do których może sięgać polityka.

Takie podejście ma kilka istotnych mankamentów. Choć nie sposób odmówić Kaczyńskiemu racji, jeśli chodzi o wiele błędów popełnionych na początku transformacji – złodziejskie prywatyzacje z lat 90., brak dekomunizacji sądów czy wojskowych służb specjalnych – pytanie tylko, czy da się cofnąć czas o 27 lat i zbudować Polskę od początku, od nowa? Dałoby się tylko w jednym przypadku – gdyby dokonać rewolucji zawieszającej prawa i zasady obowiązujące w całym cywilizowanym świecie Zachodu. Polityka małych stanów wyjątkowych, którą opisałem powyżej, jest próbą wprowadzenia punktowych rewolucji w różnych sferach życia.

Z tym wiąże się kolejny problem – realność zamierzeń. Zwykle politycy w czasie jednej kadencji w demokratycznym państwie stawiają sobie kilka priorytetów, chcą dokonać zmian w kilku obszarach. Realizacja planu, o który tak naprawdę chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, wymagałaby totalnej rewolucji.

Jest jeszcze jeden argument, który osłabia logikę PiS w burzeniu postkomunizmu w Polsce. Otóż do obozu dobrej zmiany zaciągnęło się zbyt wiele postaci, które można by właśnie utożsamić z postkomunizmem. Gdy twarzą walki z TK jest peerelowski prokurator, szybko zaczyna kiełkować myśl, że nie idzie o żadne idee, lecz o władzę. Gdy do dekomunizacji mediów publicznych delegowani są byli członkowie PZPR, trudno uwierzyć, że chodzi o coś więcej niż o propagandę.

Wygląda jednak na to, że te pytania i wątpliwości są liderowi PiS obce i postanowił zbudować nowe państwo za pomocą małych stanów wyjątkowych w wielu dziedzinach życia publicznego. Na efekty nie będziemy musieli długo czekać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA