Rzecz o polityce

Naiwność Komorowskiego, za którą płaci Ukraina

Mimo całej pozornej zażyłości z Komorowskim jesienią 2013 r. Janukowycz bez uprzedzenia Warszawy nagle zerwał rozmowy z Unią o zawarciu układu stowarzyszeniowego i zawarł alians z Putinem.
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Komorowski nie rozpoznał prawdziwych intencji Zachodu.

Bronisław Komorowski postanowił być zaprzeczeniem swojego poprzednika. Tak odczytał mandat otrzymany w wyborach 2010 r. Skoro Lech Kaczyński chciał narzucić swoją strategię w najważniejszym obszarze polityki zagranicznej, relacjach z UE, toczył z premierem „walkę o krzesło" na posiedzeniach Rady Europejskiej i miesiącami ociągał się z podpisaniem traktatu lizbońskiego, nowy prezydent postanowił oddać rządowi inicjatywę w Brukseli. Zrobił to tym chętniej, że gdy wprowadzał się do pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, Radosław Sikorski od trzech lat kierował MSZ i dawno nakreślił nowy, postpisowski kierunek polityki wobec Unii.

Komorowskiemu pozostał przede wszystkim Wschód. I to okrojony z Rosji – to Donald Tusk po katastrofie w Smoleńsku spotkał się z Władimirem Putinem i podjął nieudaną zresztą próbę poprawy relacji z Moskwą.

Adwokat Ukrainy

Komorowski skoncentrował się więc na Ukraińcach. Jego strategia nie była oryginalna. Uznał, że trzeba wspierać niepodległą Ukrainę, bo to najlepsze zabezpieczenie przed odrodzeniem się rosyjskiego imperium. Ale prezydent posunął tę logikę znacznie dalej niż jego poprzednicy. Doszedł do wniosku, że należy negocjować z każdym, kto jest u władzy w Kijowie, a nie tylko z obozem wywodzącym się z pomarańczowej rewolucji.

Tak zaczęła się seria spotkań Komorowskiego z Wiktorem Janukowyczem. Jej kulminacją był szczyt przywódców krajów Europy Środkowo-Wschodniej w Warszawie w maju 2011 r. z udziałem Baracka Obamy. Trwający długo uścisk dłoni prezydenta USA miał się stać dla wątpliwej reputacji polityka zaproszeniem na europejskie salony. To także Komorowski przekonał zachodnich przywódców do zaniechania bojkotu rozgrywek Euro 2012 na Ukrainie i w Polsce po uwięzieniu Julii Tymoszenko.

Prezydent został jednak oszukany. Mimo całej pozornej zażyłości z Komorowskim jesienią 2013 r. Janukowycz bez uprzedzenia Warszawy nagle zerwał rozmowy z Unią o zawarciu układu stowarzyszeniowego i zawarł alians z Putinem.

Ale polski prezydent okazał się naiwny także w kwestii planów Zachodu wobec Ukrainy. Wierzył, że Ameryka i zjednoczona Europa zechcą zapłacić wysoką cenę za włączenie Kijowa do wolnego świata. I przekonywał do tego przywódców rewolucji na Majdanie.

– Gdybyśmy nie wierzyli, że ktoś na nas czeka w Unii, do rewolucji by nie doszło – mówił parę miesięcy temu „Rz" znany działacz demokratycznej opozycji Jurij Łucenko.

W czerwcu 2014 r. polski prezydent został zaproszony na obchody 70. rocznicy lądowania aliantów w Normandii, ale nie zdołał zapobiec powstaniu „formatu normandzkiego", czyli rokowań w gronie Francji, Niemiec, Rosji i Ukrainy. Polska została odsunięta od kształtowania polityki wschodniej Unii, co do tej pory wydawało się jej specjalnością. Rok później prezydent wierzył, że zdoła zaprosić na Westerplatte czołowych przywódców Zachodu na rocznicę zakończenia wojny. Przyjechali tylko politycy z małych krajów naszego regionu. Nie ziścił się sen o polskiej potędze.

Półtora roku po obaleniu Janukowycza bilans polityki wschodniej Komorowskiego pozostaje więc wątpliwy. Ukraina utraciła Krym i część Donbasu, jej gospodarka skurczyła się do rozmiarów tej, jaką ma pięciomilionowa Słowacja, blisko siedem tysięcy Ukraińców zginęło, a półtora miliona straciło dach nad głową. Coraz bardziej zawiedziony Zachodem naród odwraca się od Poroszenki, a ryzyko nowego, tym razem nacjonalistycznego i antypolskiego Majdanu, rośnie. Czy w takim stanie Ukraina jest rzeczywiście lepszym buforem dla rosyjskiego imperializmu?

Komorowskiego obciąża także brak realnego polskiego wsparcia dla Ukrainy w ostatnich miesiącach. Owszem, było piękne przemówienie prezydenta w Radzie Najwyższej w Kijowie i rewanż Poroszenki w Sejmie. Ale nasz kraj nie przekazał Ukraińcom śmiercionośnej broni, nie udzielił znaczącego wsparcia finansowego, nie zastosował boleśniejszych sankcji wobec Moskwy niż te postanowione w Brukseli (wstrzymanie ruchu przygranicznego z obwodem kaliningradzkim, zerwanie strategicznych kontraktów przez polskie firmy w Rosji), choć chętnie krytykowaliśmy Francuzów za wahania w sprawie dostaw dla Kremla helikopterowych okrętów desantowych typu Mistral.

Prezydent próbował umocnić bezpieczeństwo kraju nie tylko swoją polityką na Ukrainie. Mocno się zaangażował w modernizację polskiej armii, stając się wręcz superministrem obrony narodowej. Tu nie myślał schematycznie. Przeciwnie, okazał się pierwszym przywódcą III RP, który uznał, że w tej dziedzinie Polska nie powinna polegać tylko na USA, ale musi także wspierać politykę obronną UE. Wyciągnął wnioski z „pivotu" Obamy – zwróceniu się Waszyngtonu ku Azji kosztem Starego Kontynentu.

Trudno o sukces

Taka strategia nabrała kolorów, gdy w maju 2012 r. do Pałacu Elizejskiego wprowadził się François Hollande. Nowy prezydent nie chciał, aby słabnąca Francja stawała sama twarzą w twarz z potężnymi Niemcami, i szukał sojuszników w Europie. Postawił na Polskę. Rzecz wyjątkowa – 8 maja 2013 r. Komorowski wspólnie z Hollande'em odbierał pod Łukiem Triumfalnym defiladę w rocznicę zakończenia wojny. Kulminacją tej współpracy miało być zwycięstwo francuskiego konsorcjum MBDA w „przetargu stulecia" na system obrony rakietowej.

Ale kryzys ukraiński pokrzyżował te plany. Wobec zagrożenia rosyjską inwazją znów się okazało, że tylko Amerykanie mają środki i odwagę, aby stawić czoła Kremlowi. Tuż przed pierwszą turą wyborów w nie do końca jasnych okolicznościach kontrakt wygrał Raytheon i jego patrioty. Francuzi musieli się zadowolić helikopterami.

Europejska inicjatywa obronna Komorowskiego miała zresztą tę słabość, że sprowadzała się do samej Francji. Wielka Brytania była zbyt zajęta referendum niepodległościowym w Szkocji, a potem referendum w sprawie wyjścia z Unii, aby negocjować z Polską. A z Berlinem takie rozmowy hamował niemiecki pacyfizm, tym trudniejszy do przełamania dla Komorowskiego, że jego partnerem był prezydent Joachim Gauck mający tylko symboliczne uprawnienia.

Pozostaje Ameryka. Tu największy sukces odchodzącego prezydenta ma wymiar symboliczny. Zdołał przyciągnąć 4 czerwca 2014 r. do Warszawy Baracka Obamę i przekonać świat, że to nie obalenie berlińskiego muru, ale wybory w Polsce zapoczątkowały rozpad komunistycznego imperium. Jednak Ameryka nie dała się już namówić ani na budowę stałych baz w Polsce, ani zniesienie wiz dla Polaków. Tu Andrzej Duda będzie miał równie nikłe szanse na sukces co jego poprzednik.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL