fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski: Bezpieczniaki kontra wolnościowcy

Wygrana Donalda Trumpa pokazuje, że jest coraz więcej tych, dla których liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo
AFP
Fundamentaliści to zazwyczaj margines - pisze politolog Marek Migalski.

Wszyscy staramy się uchwycić główny spór polityczny przebiegający przez systemy polityczne świata. Politolodzy, filozofowie i publicyści chcą znaleźć jakąś zasadniczą linię podziału, wzdłuż której toczą się najpoważniejsze spory w krajach demokratycznych. Czy może nią być spór między miłośnikami wolności ze zwolennikami bezpieczeństwa?

Większość podziałów, zaproponowanych dotychczas przez społecznych obserwatorów, nie zadowala. Bo dystynkcje dokonane za pomocą takich przeciwieństw jak: otwarci kontra zamknięci, globalni kontra lokalni czy też wolnościowcy kontra zamordyści, nie spełniają jednego kryterium – chłodnej deskryptywności. Są raczej biczem na tych, których się nie lubi i których chce się napiętnować. Któż z nas bowiem chciałby być zaliczony do grona „zamkniętych", „lokalnych" czy też „zamordystycznych"? Tego typu koncepcje przypominają nieco dawną koncepcję Leszka Kołakowskiego, który intelektualistów poszeregował na „kapłanów" i „błaznów", co skutkowało tym, że nikt rozsądny nie chciał być zaliczony do tej pierwszej grupy, natomiast zapisy do drugiej przybrały charakter masowy.

Podobnie jest z powyższymi podziałami – raczej etykietują one tych, którym jesteśmy przeciwni, a nam nadają pozytywne cechy, niżli trafnie opisują to, co dzieje się ze współczesnymi społeczeństwami demokratycznymi. Bo, że dzieje się coś dziwnego, widzimy wszyscy. Zwycięstwo Trumpa za Atlantykiem, wzrost notowań skrajnej prawicy w Europie, powszechna akceptacja autorytaryzmu w Rosji czy Chinach – wszystkie te zjawiska muszą niepokoić i skłaniać do refleksji nad tym, co dzieje się z wyborcami na całym świecie, a przynajmniej w dużej jego części.

Bezpieczeństwo dla rodzin

Wydaje mi się, że najtrafniej może to zjawisko wyjaśniać podział na wolnościowców i bezpieczniaków. Pod pierwszym pojęciem rozumiem tych, którzy za najważniejszą wartość w swoim życiu, ale także w życiu społecznym, uważają wolność. Wolność osobistą, polityczną, gospodarczą. Po prostu wolność i jej pochodne. Tego typu ludzie są otwarci na inne kultury, doznania, emocje, ludzi, aksjologie. Nie boją się ich i konfrontacji z nimi – pod warunkiem właśnie, że nie ograniczy to ich swobód. Za największe zagrożenie będą uważać ograniczenia swojej wolności i możliwości wyboru.

Kim z kolei są bezpieczniacy? To ludzie, którzy za najwyższą wartość uważają swoje osobiste bezpieczeństwo, ale także bezpieczeństwo swojej rodziny oraz większych wspólnot, takich jak naród czy państwo. W swej aksjologii na najwyższym piętrze umieścili właśnie bezpieczeństwo, uważając, że we współczesnym świecie to ono jest najbardziej zagrożone i w jego imię można nieco ograniczyć inne wartości.

Wyższość tego podziału nad innymi zawiera się między innymi w tym, że nie jest on na samym początku wartościujący, bowiem trudno powiedzieć, czy ważniejsza i bardziej warta obrony jest wolność czy też jednak bezpieczeństwo. Do w pełni godnej egzystencji człowiek potrzebuje ich obu, choć od naszych indywidualnych wyborów zależy, która z nich będzie dla każdego z nas istotniejsza. Co ważne – obie są niejako w dialektycznej relacji: im więcej wolności, tym mniej bezpieczeństwa, a im więcej bezpieczeństwa, tym mniej wolności. To dylemat znany już starożytnym filozofom, ale nigdy – w zasadzie – nierozwiązany. Nie ma bowiem obiektywnych kryteriów, na podstawie których można by stwierdzić, która z nich jest bardziej godna ochrony i czci. To wybór zależny od indywidualnych preferencji oraz, po części, kulturowych i cywilizacyjnych uwarunkowań, a nawet mód. Tak czy owak, nie ma sposobu na to, by rozstrzygnąć spór o to, czy ważniejsza jest wolność czy bezpieczeństwo.

Ale każdy z nas codziennie dokonuje tego typu rozstrzygnięć i to one ostatecznie wpływają na polityczne preferencje. I tak, według zaproponowanej typologii, moglibyśmy zakwalifikować wyborców Trumpa do bezpieczniaków, a elektorat Clinton do wolnościowców. Ci pierwsi boją się napływu imigrantów, chcą ochrony swoich miejsc pracy, świat postrzegają jako niebezpieczny i zły (dlatego muszą mieć broń w domu). Najwyższą wartością dla nich jest bezpieczeństwo ich rodzin i Ameryki, która musi być znów wielka. Nawet jeśli będzie to wymagało wybudowania muru na granicy z Meksykiem, zaatakowania Korei Północnej czy też zakazu propagandy gejowskiej i idiotycznych twierdzeń, jakoby człowiek pochodził od małpy, a nie był dziełem Boga, który stworzył świat w ciągu tygodnia jakieś sześć tysięcy lat temu.

Kim zatem jest elektorat Clinton? Wolnościowcami – to znaczy, że opowiada się za globalizacją, otwarciem na imigrantów, eksperymentowaniem zarówno z modelem rodziny, jak i genami. Jest otwarty na różnego rodzaju transgresje i dziwactwa, nawet jeśli mogą one być groźne dla nich i dla społeczeństwa. Byleby tylko nie ograniczały ich osobistych wolności oraz wolności innych obywateli. Analogicznie jest w Europie oraz w naszym kraju. Bezpieczniacy chcą nas ochronić przed zagrożeniami płynącymi z napływu imigrantów, propagandy homoseksualnej, procesów globalizacyjnych, rozwoju islamu oraz międzynarodowego terroryzmu. W tym celu gotowi są ograniczyć niektóre nasze prawa – na przykład do podróżowania bez kontroli czy głoszenia pewnych poglądów lub religii. Nie mają nic przeciwko temu, by skuteczniej państwo mogło sprawdzać nasze mejle lub by służby specjalne miały większe uprawnienia. Chcą także, by rząd bardziej wydajnie dbał o poziom zatrudnienia, by regulował życie gospodarcze, a także by jego agendy były rozbudowane. Wszystko to po to, by zapewnić nam bezpieczeństwo – te rozumiane wprost, ale także bezpieczeństwo socjalne czy nawet etyczne.

Dokładnie taki komunikat mają dla swoich wyborców Le Pen, Orbán, Putin, Wilders czy Kaczyński. Przy oczywistych różnicach między nimi (niemałych przecież) wszyscy oni właśnie na bezpieczeństwo swoich obywateli kładą nacisk. Zapewniają wyborców, że obronią ich przed imigrantami, bezrobociem, napływem obcego kapitału, Amerykanami, terrorystami, islamistami itp. Każdy z tych polityków ma osobny repertuar, ale wszyscy tak naprawdę śpiewają tę samą śpiewkę. Z bezpieczeństwem w refrenie.

Nie dla prób ograniczenia wolności

Wolnościowcy są zaś tymi, których liderzy przede wszystkim zapewniają, że obronią ich wolności – zarówno przed uzurpatorami z zewnątrz, jak i z wewnątrz. Czasami zdarza się im bronić idei i zjawisk głupich czy niegodnych (jakiegoś niesmacznego spektaklu, prawa gangstera do rzetelnej obrony, eutanazji czy aborcji na życzenie, otwarcia granic dla wszystkich itp.), ale wolą to, niż pozwolić na ograniczenie wolności jako takiej. Będą więc nade wszystko stawać do boju, gdy uznają, że właśnie swobody obywatelskie i ludzkie są zagrożone.

Rzadko zdarza się spotkać całkowicie integralnych przedstawicieli obu stanowisk. Zazwyczaj ludzie prezentują mix postawy nastawionej na bezpieczeństwo oraz typu wolnościowego, mieszając je w różnych proporcjach. Fundamentaliści są marginesem, choć – jak to zwykle bywa – najgłośniejszym. Warto jednak pamiętać o tym, że być może właśnie zaproponowany powyżej podział społeczny jest dziś najistotniejszy i najtrafniej opisuje spór toczący się w demokratycznych społeczeństwach. Spór, który choć nierozstrzygalny, musi jednak być akceptowany. Najlepiej przez marginalizację ekstremistów i uwzględnienie w systemach politycznych zarówno postulatów wolnościowców, jak i bezpieczniaków.

Bo tak naprawdę obie strony tej ideologicznej wojny mają rację. Życie bez wolności byłoby bowiem tak samo nieznośne jak życie bez bezpieczeństwa. Dla dobra nas wszystkich winniśmy przestać się nawzajem oskarżać o głupotę i złą wolę i zaakceptować, że po prostu mamy różne skale wartości i nie są one uszeregowane pionowo. Powinniśmy też my – ludzie szukający sposobów przetrwania systemu demokratycznego, wspólnie eliminować z życia społecznego radykałów wolnościowych i bezpieczniackich. Wbrew bowiem swoim opiniom sprowadzają oni na współobywateli jedynie problemy i kłopoty. I nie rozwiązują stojących przed nowoczesnymi demokracjami problemów. Problemów zapewnienia obywatelom zarówno wolności, jak i bezpieczeństwa.

Autor jest politologiem, byłym europosłem PiS i PJN

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA