Rzecz o polityce

Szułdrzyński: Prezydent Andrzej Duda wbija szpilki w PiS

Andrzej Duda krytykuje rząd i polską dyplomację
Fotorzepa, Jerzy Dudek
Andrzej Duda w roli recenzenta rządu

Ostatnie wystąpienia prezydenta Andrzeja Dudy to próba ponownego zdystansowania się do Prawa i Sprawiedliwości i umocnienia się na pozycji recenzenta działań rządu i lidera bardziej umiarkowanego skrzydła na prawicy. Może się to wydawać paradoksalne, bo to przecież Mateusz Morawiecki obejmował trzy miesiące temu stanowisko szefa rządu, by ocieplać wizerunek dobrej zmiany w kraju i za granicą – o czym zresztą oficjalnie mówili przedstawiciele PiS. W obozie władzy coraz powszechniejsza jest opinia, że zamiast przynieść nową jakość, premier pogubił się w próbach gaszenia kolejnych wizerunkowych pożarów. A niekiedy sam podlewał je benzyną – jak w przypadku jego wypowiedzi w Monachium, gdy mówił o żydowskich sprawcach Holokaustu.

Za tę wypowiedź zresztą Andrzej Duda skrytykował szefa rządu w ostatnim wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej". Dwukrotnie nazwał ją niezręcznością, zwracając uwagę na wyjątkowość zagłady Żydów i wynikającą z tego konieczność zachowywania należytej delikatności w podejmowaniu tej tematyki. Zresztą to niejedyna krytyka pod adresem obozu rządzącego. Prezydent skrytykował zarówno okoliczności, w jakich uchwalano nowelizację ustawy o IPN, jak również sam dokument. „Źle się stało, że ta ustawa została przyjęta w takim właśnie momencie i w takiej formie. W przeddzień Dnia Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Ale i w czasie kampanii wyborczej w Izraelu" – powiedział „DGP" Andrzej Duda. Dodał też, że on by tę ustawę przygotował inaczej, na przykład wykluczając karanie za nieumyślne obarczanie Polski lub narodu polskiego winą za zbrodnie nazistów.

Ale na tym nie koniec. Oberwało się również rządowi, a przede wszystkim dyplomacji, która nie była wystarczająco przygotowana na reakcję ze strony Izraela czy USA. – Chcąc prowadzić sprawy kraju w sposób profesjonalny, trzeba te czynniki uwzględniać – powiedział prezydent wprost, zarzucając ekipie rządzącej brak profesjonalizmu.

Prezydent potępił też jeszcze raz antysemityzm, który nazwał czymś wstrętnym i podłym. „Boleję nad tym, że sytuacja podsyciła takie zachowania" – dodał, co z kolei nie wprost oznacza oskarżenie rządzących o to, że ich działania doprowadziły do wzrostu nastrojów antysemickich.

I choć prezydent asekurował się przy okazji zapewnieniem o konieczności ochrony dobrego imienia Polski, choć mówił o suwerenności, która sprawia, że to Polacy będą stanowić w Polsce prawo, nie poddając się żadnym naciskom z zewnątrz, nie sposób nie odnieść wrażenia, że to swego rodzaju zasłona dymna, potrzebna do wbicia kilku szpil rządowi.

Ale też nie był to pierwszy raz, gdy głos prezydenta brzmiał zupełnie inaczej niż premiera Mateusza Morawieckiego. Zupełnie inaczej brzmiały też ich wystąpienia z okazji 50. rocznicy wydarzeń marcowych. Morawiecki kierował się zdecydowanie do twardego elektoratu prawicy, podkreślając odwagę tych, którzy wówczas protestowali przeciwko komunistycznym władzom. Stwierdził też, że zamiast przepraszać za Marzec '68, wszyscy, którzy walczyli o wolność, powinni być z protestujących dumni.

W zupełnie innym tonie wypowiedział się Duda, który – choć podkreślił, że dzisiejsza Polska nie jest winna antysemickim czystkom – poprosił wygnanych wówczas z Polski o to, by wybaczyli, by wiedzieli, że Polska dziś żałuje, że ich tu nie ma.

W efekcie tworzy się zupełnie paradoksalna sytuacja. Nie licząc wystąpienia z okazji miesięcznicy smoleńskiej, Jarosław Kaczyński ostatnio milczy. Premier Morawiecki zaś tłumaczy się z kolejnych kłopotów – od dialogu z UE, przez wyjaśnianie nagród, które otrzymali ministrowie, aż po kryzys wywołany ustawą o IPN.

Z kolei prezydent kontynuuje swoją strategię, obraną jakiś czas temu: punktuje potknięcia rządu, zachęca do narodowej jedności i buduje swoją pozycję. Z pewnością będzie to najwygodniejsza dla niego pozycja.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL