fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Spór o Trybunał Konstytucyjny: Polityka zwycięży w sporze o praworządność

Frans Timmermans nie jest ani antypolski, ani prolewicowy
AFP
Polski rząd dostrzegł bezsilność Brukseli w konflikcie wokół Trybunału Konstytucyjnego i zaostrzył retorykę.

Polska odpowiedziała na rekomendacje Komisji Europejskiej w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z oczekiwaniami minister spraw zagranicznych napisał, że praworządność w Polsce ma się dobrze, a zarzuty KE – oparte na analizie Komisji Weneckiej – są bezpodstawne. Witold Waszczykowski wykorzystał też okazję, żeby skrytykować komisarza Fransa Timmermansa, który odpowiada za procedurę przeciw Polsce.

Timmermans w środę na cotygodniowym posiedzeniu KE poinformuje pozostałych komisarzy o rozwoju tego trwającego ponad rok postępowania. Ale na ewentualne decyzje trzeba będzie jeszcze poczekać.

W sprawie samego Timmermansa stosowano różne argumenty. Najpierw słyszeliśmy, że jest antypolski. Szybko udało się wykazać, że temu holenderskiemu politykowi można zarzucić wiele, ale na pewno nie brak sympatii do naszego kraju. Do znudzenia opowiadał on historię swojego ojca, któremu żołnierze z dywizji generała Maczka w Bredzie uszyli mały mundur i który karmił swojego syna opowieściami o polskich wyzwolicielach.

Zarzucono mu więc, że przyjął odznaczenie od prezydenta Komorowskiego, nie może być więc obiektywny. Okazało się jednak, że polskie odznaczenia dostał nawet dwa, z czego jedno od prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Był też jednym z dwóch holenderskich deputowanych, których upór doprowadził do pośmiertnego uhonorowania generała Sosabowskiego i jego żołnierzy. Ich udział w zwycięstwie pod Arnhem był przez lata pomijany i właśnie inicjatywa Timmermansa i Hansa van Baalena spowodowała, że Holandia przypomniała sobie o polskich bohaterach. Za to właśnie Lech Kaczyński odznaczył ich Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP.

Teraz słyszmy z PiS nową narrację: Timmermans walczy z rządem PiS, bo pochodzi z lewicowej partii (PvdA) i jest wściekły, że w Polsce lewicy nie ma w Sejmie. Gdyby takie intencje mu przypisywać, to jak wyjaśnić jego nadzwyczaj krytyczną ofensywę wobec rumuńskiego, lewicowego przecież rządu, gdy ten postanowił złagodzić przepisy antykorupcyjne, narażając się tym samym na gniew dziesiątków tysięcy demonstrantów?

Zatem nie, Timmermans nie jest ani antypolski jako polityk, ani prolewicowy jako komisarz. W tym konkretnym wypadku rację ma rzecznik Komisji Europejskiej, który mówi o „politycznym daltonizmie", czyli nieczułości na kolory partyjne partii sprawującej władze. I nie należy się doszukiwać żadnych ukrytych intencji, wystarczą te, które są okazywane publicznie.

Timmermans naprawdę uważa, że w Polsce łamana jest praworządność. Jeśli w jakikolwiek sposób jego reakcja na sytuację w naszym kraju jest nadmierna, to nie dlatego, że jest antypolski, ale wręcz przeciwnie. Uważa Polskę za kraj duży i ważny, za ojczyznę „Solidarności" i dlatego wydarzenia u nas uznaje za bardziej niepokojące.

Rząd próbował przekonywać, że Timmermans jest w konflikcie z Junckerem i forsuje procedurę przeciwko Polsce wbrew przewodniczącemu KE. – Jean-Claude Juncker i cała Komisja stoją murem za wiceprzewodniczącym Timmermansem – mówił rzecznik KE.

Ale nie do końca jest to prawda. Na pewno Juncker podziela opinię Timmermansa i uważa, że w Polsce praworządność jest łamana. Ale co słychać w Brukseli coraz częściej, nie jest zwolennikiem karania Polski. Bo uważa, że w obecnej sytuacji politycznej, gdy w różnych krajach na popularności zyskują eurosceptycy, takie ingerowanie w suwerenność państwa członkowskiego nie będzie dobrze odebrane. Tym bardziej że Rada Europejska raczej nie poprze jednomyślnie takiego wniosku. Być może więc ten bezowocny dialog między Brukselą a Warszawą będzie kontynuowany, bez żadnych następnych procedur.

Choć ostatni list ministra Waszczykowskiego, w którym oskarża samego Timmermansa o stronniczość i uprzedzenia, bardzo utrudnia taki scenariusz. Paradoksem jest, że Waszczykowski zarzuca Komisji działania polityczne motywowane. Tymczasem, gdyby Komisja chciała zachować się neutralnie, musiałaby skierować sprawę do Rady o ukaranie Polski. Ponieważ jednak ta Komisja, co wielokrotnie podkreślał Juncker, jest polityczna i w swoich działaniach bierze pod uwagę uwarunkowania polityczne w państwach członkowskich, może z takiego wniosku zrezygnować.

Przypomnijmy, że to nie dla Polski wymyślono instrument ochrony praworządności. Rzeczywiście Timmermans był jednym z jego współautorów jeszcze jako minister spraw zagranicznych Holandii w 2012 r. Zalecenie to znalazło się w raporcie poświęconym przyszłości Europy, sygnowanym przez ministrów Niemiec, Francji, Włoch, Holandii, Belgii, Luksemburga, Danii, Austrii, Hiszpanii, Portugalii i Polski. Chodziło o danie Komisji Europejskiej możliwości wywierania nacisku na państwa nieprzestrzegające praworządności, tak żeby nie trzeba było od razu odwoływać się do opcji nuklearnej, jaką są sankcje przewidziane w artykule 7 traktatu UE.

W założeniu miała to być lżejsza forma presji, taki dialog, w którego efekcie państwo modyfikowałoby swoje postępowanie. Polska jest pierwszym krajem, wobec którego taką procedurę uruchomiono. Swojego zachowania nie modyfikowała, wracamy więc do punktu wyjścia, czyli do opcji nuklearnej. KE musi się teraz zastanowić, czy skierować wniosek do Rady Europejskiej o uznanie, że Polska nie przestrzega praworządności, a – co za tym idzie – o ukaranie jej. Czy to przez zawieszenie prawa głosu, czy przez zamrożenie unijnych funduszy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA