fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jarosław Flis: Jesienią czeka nas równa walka

Fotorzepa/ Robert Gardziński
- Gdzie są wyborcy Kukiz'15? - analizuje Jarosław Flis w rozmowie z Wiktorem Ferfeckim.

Skala zwycięstwa zaskoczyła nawet polityków PiS. Dlaczego poszło im tak dobrze?

Ta sałatka jest wieloskładnikowa, a jednym ze składników jest mobilizacja. Frekwencja przypominała raczej tę z wyborów parlamentarnych niż europejskich. I co zaskakujące, mobilizacja była relatywnie większa w mniejszych miejscowościach. Im mniejsza miejscowość, tym był większy przyrost frekwencji w stosunku do wyborów europejskich z 2014 roku.

Jak to rozumieć?

Dla uproszczenia podzielmy Polskę na trzy części: miasta na prawach powiatu, średnie gminy i mniejsze gminy. Każda z tych części obejmuje mniej więcej jedną trzecią wyborców. Wiadomo, że miasta-powiaty głosują częściej w wyborach ogólnokrajowych niż średnie gminny, a te trochę częściej niż mniejsze gminy. I jeżeli w miastach na prawach powiatu w poprzednich wyborach europejskich frekwencja wyniosła 30 proc., w najmniejszych gminach 19 proc., a teraz wszędzie przyrosła o 22 proc., oznacza to, że istotnie zmieniły się proporcje. Zestawienie frekwencji miasto–wieś wynosiło 3:2, a teraz jest na poziomie 5:4. Działało to oczywiście na korzyść PiS, które jest mocniejsze na wsi.

Jakie są kolejne składniki wyborczej sałatki?

Drugim jest poparcie ludowców. Tylko jedna trzecia wyborców PSL zagłosowała na Koalicję Europejską. Część została w domach, a pozostali najwyraźniej zagłosowali na PiS. Wreszcie trzecim składnikiem sałatki jest wynik Wiosny Biedronia. Przejęła połowę elektoratu Nowoczesnej i co piątego wyborcę lewicy. Podsumowując: PiS dostało w miastach mniej więcej tyle, ile miało w 2015 r., natomiast na wsi zdobyło o jedną piątą głosów więcej. Koalicja Europejska zgarnęła połowę elektoratu Nowoczesnej, trzy czwarte wyborców lewicy, jedną trzecią PSL i oczywiście sympatyków PO. Co się stało z wyborcami Kukiz'15? Trudno powiedzieć. W rozkładzie elektoratów widać wyraźną wyrwę po Kukizie. Był to elektorat niecharakterystyczny, wyrównany, więc trudny do odnalezienia.

Wyborców Kukiz'15 nie przejęła po prostu Konfederacja?

Wyborców Konfederacji jest tylu, ilu było wyborców Janusza Korwin-Mikkego i Ruchu Narodowego pięć lat temu, czyli około 600 tys. Natomiast wyborców Kukiza w 2015 roku było 1,3 mln. Nie widać więc uzasadnienia dla przypuszczeń, że znaczna część wyborców Kukiza przepłynęła do Konfederacji. Raczej skłaniałbym się do tezy, że grupa zwolenników Korwin-Mikkego jest na tyle charakterystyczna i łowiona tak specyficznymi kanałami, że może nie przenikać się z innymi elektoratami.

Wróćmy do mobilizacji poszczególnych grup. Jakie zadziałały tu mechanizmy?

Gdy porównywałem sondaże z ostatnich miesięcy, prowadzone równolegle w wyborach sejmowych i europejskich, dostrzegłem, że z elektoratu opozycyjnego najmniejszy entuzjazm w stosunku do Koalicji Europejskiej przejawiali wyborcy PSL i prawego skrzydła PO. A wiemy, że zaangażowanie w wyborach jest związane z entuzjazmem grup, które ja osobiście nazywam wyborcami alfa. To wyborcy, którzy są zainteresowani sprawami publicznymi i zawsze idą głosować. Z nimi konsultują się wyborcy beta, którzy wiedzą, że wypada głosować, ale niespecjalnie wiedzą, na kogo. Jednym z elementów takiej konsultacji jest poziom entuzjazmu wyborców alfa. Gdy mówią: „jasne, oczywiście, to najlepszy kandydat", wówczas konsultacje mają wymierny efekt. Natomiast przy braku entuzjazmu trudno jest kogokolwiek przekonać. Widoczny w badaniach dystans do KE wyborców PSL i prawego skrzydła PO przełożył się na dużo mniejszą mobilizację poszczególnych grup.

Zgadza się więc pan z tezą Romana Giertycha i Władysława Kosiniaka-Kamysza, że KE za bardzo przechyliła się w lewo?

Przypomnijmy sobie Platformę i Donalda Tuska z 2007 roku. Do lewicy nie wysyłał przekazu: „głosujcie na mnie, bo jestem do was podobny", ale raczej – „głosujcie na mnie, bo zrealizuję waszą potrzebę odsunięcia PiS od władzy". ?W swoim exposé z 2011 roku, wygłoszonym tuż po pierwszych rozróbach na Marszu Niepodległości, powiedział, że rząd będzie bronił Polaków przed ekstremizmami z lewa i prawa. Pozwalało to szeroko rozłożyć skrzydła. Obecnie PO mówi: „popatrzcie, my też jesteśmy lewicowi", co podcina Roberta Biedronia, ale nie wywołuje entuzjazmu na prawym skrzydle. A w czasach najlepszej świetności Platformy połowa jej wyborców określała swoje poglądy jako prawicowe.

Czy coś jeszcze demobilizowało wyborców PO?

Na listach KE lepiej widoczne były osoby, które stanowiły polityczne zaplecze rządu Leszka Millera, niż te, które były w tamtym czasie w Platformie. A przecież bycie opozycją względem Millera to nawóz, na którym Platforma urosła z 12 do 24 proc. Poza tym wybory rzadko wygrywa się przegranymi kandydatami. A na czołowych miejscach w KE znaleźli się tacy ludzie jak Włodzimierz Cimoszewicz, były lider partii, która zjechała ze sceny politycznej, albo Ewa Kopacz, która przegrała wybory z Beatą Szydło.

Dlaczego dużo lepiej zmobilizowali się wyborcy PiS?

Na część wyborców działa dramatyczna wręcz nachalność telewizji publicznej. Na pewno PiS zbudowało też istotną więź ze swoimi wyborcami. Oparło się wyraźnie na ich tożsamości, która zdaniem części wyborców jest zagrożona. Dobrze to komponowało się z innymi elementami kampanii. Obrona rodziny pasuje do 500+. Choć trzeba też zauważyć, że duży udział w mobilizacji swoich przeciwników miała Koalicja Europejska.

Co pan ma na myśli?

Chodzi o traktowanie ich z góry i przekaz mediów niechętnych PiS, że na Koalicję Europejską głosują młodzi wykształceni mieszkańcy dużych miast. Trudno to traktować inaczej niż jako zachętę dla mieszkańców mniejszych miejscowości, by poszukali sobie innej partii. Pamiętajmy, że gdy Tusk odniósł wielki sukces w 2007 roku, włożył wiele wysiłku w to, by m.in. w debacie telewizyjnej pokazać, że jest zwykłym Polakiem w odróżnieniu od ważniaka Jarosława Kaczyńskiego. Gdy ktoś obecnie stara się pokazać, że wszyscy ważniacy głosują na nas, to powinien się w ogóle dziwić, że ma 38 proc.

Czy jest już pozamiatane przed wyborami parlamentarnymi, a jedyne, co może zrobić opozycja, to ustrzec Polskę przed większością konstytucyjną PiS, jak piszą niektórzy publicyści?

Oczywiście, że nie. Jeśli wyniki z wyborów europejskich przeliczy się na sejmowe, PiS miałoby 242 mandaty, co jest dalekie od większości konstytucyjnej. PiS zyskałoby możliwości zmiany konstytucji tylko wtedy, gdyby opozycja poszła w drobne drzazgi. Polska to nie Węgry, które marzą się politykom PiS. Tam Viktor Orban ma 52 proc., a kolejna partia zdobyła tylko 16 proc. To zupełnie inna rzeczywistość niż w Polsce, gdzie różnice nie są wcale tak duże. Na przykład w eurowyborach w 2009 roku PO miała 44 proc., a PiS 27. W czasach apogeum powodzenia PO dystans dzielący ją od opozycji był więc dużo większy. Rozumiem, że ktoś, kto spodziewał się zwycięstwa KE, może czuć się wstrząśnięty. Natomiast patrząc na chłodno, gdyby opozycja schyliła się po wyborców Kukiza, z jakiegoś powodu niegłosujących na PiS, przeważyłoby to szalę na jej stronę. Pamiętajmy, że duża część wyborców KE mimo wszystko nie poszła głosować. Jesienią czeka nas więc wyrównany pojedynek, w którym zdecyduje suma błędów. Teraz zrobiła je Koalicja Europejska, ale przecież nie możemy wykluczyć, że jesienią nie popełni ich PiS.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA