fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Krzysztof Turowski: Europejskie paradoksy

goldenline.pl
Obecne zawirowania populistyczno-nacjonalistyczne wcześniej czy później przeminą. Trzeba jednak zrobić wszystko, by koszty, jakie spowodują, były jak najmniejsze – twierdzi publicysta.

Śledzenie bieżącej polityki europejskiej i światowej może doprowadzić do kompletnej schizofrenii. Z jednej strony mamy rozsądną wydawałoby się większość, która broni istniejącego ładu społeczno-politycznego, godząc się, za cenę spokoju, na pewne fanaberie obyczajowe. Z drugiej natomiast nastąpił niebywały wysyp różnej maści populistycznych pomysłów, zarówno o komunizującym, jak i faszyzującym charakterze.

Moim zdaniem kluczem do zrozumienia tej paranoi jest historia, którą, niestety, mamy, w coraz większej pogardzie. W najlepszym razie wykorzystujemy ją instrumentalnie do bieżących celów politycznych, kastrując ją przy tym i okrutnie fałszując.

Mam na myśli Wielką Rewolucję Październikową. Rewolucję, która – podobnie jak narodziny nacjonalizmu, dojście Hitlera do władzy i w konsekwencji II wojna światowa – zmieniła oblicze świata, nasze podejście do życia, religii, wyznawanych wartości i na kilkadziesiąt lat ustanowiła (w konsekwencji) obecny ład społeczny.

„Nigdy więcej wojny" było hasłem z równą mocą wypowiadanym po obu stronach żelaznej kurtyny, nawet jeśli rozumienie tych słów było różne. Zmęczenie wojną, strach, rozpacz po stratach, rozmiary ludobójstwa były tak wielkie, że większość społeczeństw gotowa była zgodzić się na wszystko, nawet na rządy komunistów, za cenę spokoju.

Na Zachodzie zresztą owa zgoda oznaczała gospodarczy rozwój i stale rosnący dobrobyt. Spokój został nieco zakłócony najpierw ruchami wyzwoleńczymi w koloniach, głównie francuskich i brytyjskich, a następnie rewolucją obyczajową 1968 roku, ale zawirowania te nie powstrzymały rozwoju zachodniego świata.

Jednak w maju 1968 roku we Francji nastąpiły wydarzenia, które bardzo poważnie zachwiały ładem społecznym. Od tego momentu datuje się upadek uświęconych tradycji rodzinnych, chrześcijańskich i społecznych. Jednakże przywódcy ówczesnej rewolty, z Danielem Cohn-Benditem na czele, dawno porzucili idee wyznawane w młodości. Mało kto pamięta, że wielu obecnie szanowanych polityków i ludzi kultury zachłysnęło się trockizmem i maoizmem. Słynny filozof Andre Glucksmann od czasu swojego udziału w rewolcie '68 roku przeszedł zupełną przemianę ideową, a Bernard Kouchner po wspaniałej przygodzie z Lekarzami bez Granic stał się człowiekiem politycznego establishmentu. A to tylko niektóre przykłady na dowód tego, że podniecające idee dość szybko się zużywają, a niegdysiejsi rewolucjoniści stają się obrońcami status quo.

Czy zatem dzisiejsze zawirowania populistyczno-nacjonalistyczne też niebawem przeminą? Zapewne tak, ale na razie należy robić wszystko, aby negatywne skutki współczesnego populizmu były jak najmniejsze.

Populizm ten – bez względu na jego polityczny kolor – jawi się w dwóch odsłonach. Jedna ma twarz dobrego wujka - we Francji Melanchona, w Polsce Kaczyńskiego , a we włoszech komika, Beppe Grillo. Podobnie jak przywódcy dawnych rewolucji przedstawiają oni siebie jako wyrazicieli woli ludu lub narodu. Przykładem populistów drugiego rodzaju są przywódcy Katalonii czy Flandrii, którzy starają się dowieść, że tylko oddzielenie się od rzekomych państwowych wyzyskiwaczy da mniejszym narodom dobrobyt i szczęście.

Odnoszę jednak wrażenie – i obym miał rację – że te populistyczne idee i hasła najbardziej podobają się dziennikarzom, zwłaszcza telewizyjnym. Coś się dzieje, jest rozróba, jest news. Natomiast przeciętny Europejczyk ma już chyba powoli tego wszystkiego dość.

Mój optymizm, na razie bardzo ostrożny, wywodzę z postawy Hiszpanów i samych Katalończyków wobec pomysłów ich separatystycznego wodza. Przede wszystkim jednak z systematycznej realizacji zapowiadanych przez Emmanuela Macrona reform.

Rząd Macrona–Philippe'a zamierza przeprowadzić sześć fundamentalnych reform w ciągu 18 miesięcy, a pierwsza z nich, dotycząca prawa pracy, ujrzała światło dzienne we wrześniu. Niezwykle spokojnie podchodzą do planowanych zmian zawiązki zawodowe, opozycja co prawda grzmi, ale argumenty ma słabe. I nawet jeśli się weźmie pod uwagę spadek popularności prezydenta Francji, nie zmienia to faktu, że reformy można przeprowadzać bez politycznej zadymy i populistycznych kłamstw.

Populizm, w jakiejkolwiek by był postaci, wcześniej czy później wyląduje na śmietniku historii.

Autor jest dziennikarzem, byłym działaczem Solidarności. Współpracował m.in. z „Le Figaro" i paryską „Kulturą"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA