fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Warzecha: Anatomia klęski

Fotorzepa/Jerzy Dudek
Za rezultat PO odpowiedzialność ponosi głównie Donald Tusk. To on namaścił na swoją następczynię Ewę Kopacz – liderkę tak niezdarną i tak słabą intelektualnie, że byłoby dziwne, gdyby poradziła sobie z wyznaczonym jej zadaniem – pisze publicysta.

W wieczór wyborczy szczerze podziwiałem wicepremiera Tomasza Siemoniaka, który z kamienną twarzą dowodził, że Ewa Kopacz jest znakomitym przywódcą i zmiana na czele Platformy Obywatelskiej nie jest potrzebna. Wygłaszanie publicznie jawnych niedorzeczności bez mrugnięcia powieką wymaga wyższego kunsztu.

Bo przecież dla każdego przytomnego obserwatora musi być oczywiste, że porażka PO jest całkowita: Platforma przegrała z PiS nie tylko procentowo, ale także we wszystkich grupach wiekowych – wśród najmłodszych była dopiero czwarta! Przegrała też w większych ośrodkach, dotychczas stojących murem za Platformą, oraz wśród osób z wyższym wykształceniem. Fraza „młodzi, wykształceni, z większych ośrodków", opisująca dotąd klasycznego leminga, czyli bezmyślnego wyborcę PO, musi chyba odejść do lamusa.

Dla każdego przytomnego obserwatora jest oczywiste, że osobista odpowiedzialność za taki stan rzeczy spada na dwie osoby: Donalda Tuska i Ewę Kopacz. A może nawet bardziej na tego pierwszego, bo to on namaścił na swoją następczynię liderkę tak niezdarną i tak słabą intelektualnie, że byłoby dziwne, gdyby poradziła sobie z wyznaczonym jej zadaniem.

Lecz – jak to zwykle bywa – można uznać, że szklanka jest do połowy pusta, ale może być też do połowy pełna. Czy bowiem faktycznie wynik PO jest tak fatalny, wziąwszy pod uwagę okoliczności? Zsumujmy czynniki, które działały przeciwko rządzącej partii –  w skrócie, bo na pełną listę nie starczyłoby całej gazety.

Wszystkie afery Platformy

Mamy zatem za sobą osiem lat fatalnych rządów, podczas których PO nie tylko nie spełniła wyborczych obietnic – w tym najważniejszych, takich jak obniżka podatków czy redukcja aparatu urzędniczego – ale nierzadko działała wręcz przeciwko własnym wyborcom. Twórcy stracili 50 proc. kosztów uzyskania przychodu, przedsiębiorcy byli szczuci urzędami skarbowymi (słynna narada wiceministra Jacka Kapicy z naczelnikami urzędów skarbowych), raczkująca klasa średnia nie dostała żadnej pomocy w związku z kryzysem kredytów denominowanych we franku, za to zafundowano jej wyższy VAT i skasowano ulgi podatkowe. Kierowcom przykręcono śrubę jak nigdy dotąd, nie zrealizowano planów informatyzacji administracji, państwo nie stało się przyjazne. Władza odnosiła się ze skrajną arogancją do przejawów obywatelskiej aktywności, mających swoje źródło wśród ludzi będących jej potencjalnymi wyborcami – bo tak przecież było z akcją „Ratuj maluchy" sprzeciwiającą się posyłaniu sześciolatków do szkół.

Dodajmy do tego wszystkie afery odchodzącej władzy: hazardową, podsłuchową, zegarkową, związaną z Amber Gold czy katarskim inwestorem dla polskich stoczni. A dalej arogancką, niedbałą i chaotyczną kampanię Bronisława Komorowskiego, która stała się wstępem do porażki w wyborach parlamentarnych. Potem rosnącą liczbę wpadek, potknięć, wtop będących udziałem polityków PO – szczególnie po wyjeździe Donalda Tuska – znajdujących odbicie w dziesiątkach tysięcy złośliwych memów krążących po sieci. Wreszcie niezliczoną liczbę niedźwiedzich przysług, jakie Platformie zrobili jej ochoczy pomocnicy w rodzaju Tomasza Lisa czy Tomasza Karolaka.

Podsumujmy to wszystko i dorzućmy jeszcze wiele innych elementów, tworzących obraz minionych ośmiu lat, a wówczas możemy sobie zadać pytanie: jak to możliwe, że po tym wszystkim partia Ewy Kopacz dostała około 23 proc. głosów? Jak to możliwe, że udało jej się przekroczyć magiczną granicę 20 proc. i że nie wylądowała na poziomie 19, 17, a może i 15 proc.?

Nawarstwione kompleksy

Powody głosowania na PO w ostatnich wyborach można podzielić na dwie grupy. Pierwsza mieści w sobie przyczyny irracjonalne i emocjonalne. To wciąż trwający w niektórych Polakach dobrze wyćwiczony odruch strachu przed najważniejszymi rywalami i bezzasadne przekonanie, że dopuszczenie do władzy kogokolwiek innego musi oznaczać katastrofę wziętą wprost z wizji Jarosława Kurskiego i Adama Michnika. To także nawarstwione kompleksy leczone głosowaniem na PO jako partię „europejską" lub wynikający z życiorysu sentyment do formacji mających odległe korzenie w Unii Demokratycznej. Takich wyborców nie wiążą z elitą władzy interesy, tylko emocje. To grupa, która głosuje właśnie emocjami, umiejętnie podsycanymi przez prorządowe media. Choć wpływ takiej narracji bardzo osłabł, to przecież nie zniknął.

Do drugiej grupy należą ci, których z układem władzy łączy szeroko pojmowany biznes lub prywatny interes. Nie chodzi tylko o urzędników – ich jest już w Polsce niemal pół miliona – ale także o ludzi w najrozmaitszy sposób podczepionych pod rządzących – od spółek Skarbu Państwa począwszy, poprzez ich podwykonawców i partnerów handlowych czy wygrywających publiczne przetargi, na pracownikach mediów uzależnionych od ogłoszeń ministerialnych oraz reklam spółek należących do państwa skończywszy.

Wydawałoby się, że wobec wyraźnej już od jakiegoś czasu przewagi PiS głosowanie na konkurentów mija się z celem. Z punktu widzenia wspomnianej grupy jest ono jednak wyborem całkiem racjonalnym. Na dogadywanie się z nową władzą nie wpływa przecież w żaden sposób to, jaki oddało się głos. To sprawa prywatna. Można głosować na PO i zacząć natychmiast łasić się do PiS.

Pajęczyna interesów

Natomiast wzmocnienie PO jako opozycji daje – z punktu widzenia osób związanych z tą partią osobistym interesem – kilka możliwości. Niektórzy mogli liczyć na zawiązanie się koalicji wszystkich przeciw PiS, choć raczej nie dotyczy to tych będących bliżej centrum władzy. Ten wariant był bowiem dość konsekwentnie wykluczany nie tylko przez polityków PO, ale też jej potencjalnych koalicjantów.

Jednak PO jako silna opozycja, w atakach na PiS sprzymierzona z Nowoczesną, PSL (mało kto zakładał, że ludowcy nie dostaną się do Sejmu), lewicą (jej niewejście także nie wydawało się do niedawna bardzo prawdopodobne), a może i czasami z ludźmi Kukiza, mogłaby utrudnić na tyle mocno rządy Prawa i Sprawiedliwości, że nie tylko nie byłoby ono w stanie dokonać najważniejszej systemowej zmiany – zmiany ustawy zasadniczej – ale też miałoby problem z bieżącym kierowaniem państwem. Szczególnie gdyby nie udało mu się uzyskać samodzielnej większości i zostałoby zmuszone do zawarcia koalicji. Głosujący na PO z powodu własnych interesów mogli zatem mieć nadzieję, że dzięki nim rządy PiS będą na tyle niestabilne, że nie przetrwają całej kadencji, na kolejnych wyborach wahadło wychyli się ponownie w korzystną dla nich stronę. A do tego czasu jakoś sobie poradzą.

Wyborcy z pierwszej grupy prawdopodobnie pozostaną wierni antypisowskiemu przesłaniu – przynajmniej tak długo, jak długo PO będzie istniała w obecnej postaci, a przekaz przychylnych jej mediów będzie względnie spójny. Mówimy tutaj o głęboko zakorzenionych uwarunkowaniach psychologicznych, do których racjonalne rozumowanie nie ma przystępu.

Inaczej wygląda sprawa z drugą grupą. Pajęczynę interesów można rozbić, pozbawiając tych wyborców motywacji dla wspierania ugrupowania, dzięki któremu czerpali nienależne korzyści z systemu. Aby to jednak uczynić, trzeba mieć niezakłóconą kontrolę nad państwem i komfortowe warunki rządzenia przez przynajmniej jedną kadencję. A temu klienci pajęczyny starali się właśnie przeszkodzić – niewykluczone, że skutecznie, bo wyniki wyborów w poniedziałkowe popołudnie wiszą na włosku.

Jako memento warto zaś nowym rządzącym przypomnieć, że sposobem na rozbicie jednego układu klienckiego, zapewniającego względnie stabilny zasób głosów, nie jest stworzenie w jego miejsce innego. Na głosy wyborców należy pracować inaczej.

Autor jest publicystą tygodnika „W Sieci"

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA