fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nauka latania na wysokim poziomie

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Kto nie ma moralności – chce, aby jego zachowanie wyznaczały odgórnie ustalone zasady, kto nie ma zasad – chce mieć normy prawa. Może więc w sprawie lotów marszałka Sejmu zabrakło nie przepisów prawa, ale sumienia, tak jak je pojmuje Katechizm? – pyta prawnik.

Sprawa byłego już marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, który odszedł ze stanowiska w atmosferze społecznej krytyki wykorzystywania przez niego statków powietrznych do celów niekoniecznie służbowych i przewożenia nimi osób nieuprawnionych, wywołała różnego rodzaju oceny. To znaczy, różnego rodzaju krytyczne oceny. Mieszczą się one w granicach twierdzenia, że nie wszystko, co dozwolone, jest godne, uczciwe. Znali je i poważali już legaliści rzymscy. Standard wyznaczony przekonaniem zawartym w tej maksymie leży u podstaw tradycyjnie rozumianej odpowiedzialności politycznej, w której dla zastosowania sankcji nie jest konieczne wykazanie działań contra legem – bezprawnych, godzących w prawo, naruszających obowiązujące przepisy.

Nie tylko w Polsce

Pewnie jest tak, jak to stwierdził prezes Prawa i Sprawiedliwości, że Marek Kuchciński nie złamał prawa – jeśli oczywiście pod pojęciem prawa rozumieć ustawy. Pewnie też jest tak, że zachowanie Marka Kuchcińskiego nie odbiegało specjalnie ani od zachowania niektórych innych osób z kręgu władzy w naszym kraju, ani od zachowania przedstawicieli władzy niektórych innych demokratycznych państw Europy.

Rita Sűssmuth – przewodnicząca niemieckiego Bundestagu ? latała wielokrotnie rządowym samolotem na trasie dłuższej niż z Warszawy do Rzeszowa, bo z Bonn do Zurychu, zawsze w weekendy, do swojej córki Claudii. Były to wczesne lata 90. – ale jednak. Jeszcze bardziej, i to już w XXI w., nadużywali niemieckich podatników członkowie rządu krajowego Nadrenii-Północnej Westfalii. Nie dość, że latali za darmo, to jeszcze w towarzystwie stewardes, którymi były... luksusowe prostytutki.

U naszych wschodnich, pozaunijnych, sąsiadów problem ten nie występuje. To znaczy, prawidłowość poczynań ludzi władzy Rosji, Białorusi czy Ukrainy nie jest kwestionowana w sposób znaczący, choć nadużywanie państwowej struktury komunikacyjnej (zwłaszcza lotniczej) jest tajemnicą poliszynela. Ujawniają je dopiero drastyczne przypadki wypadków, w których giną osoby zabrane na pokłady samolotów czy helikopterów na „zaproszenie" dysponenta czy „dla towarzystwa".

Wyższość normy prawnej?

Reakcją na poczynania marszałka Kuchcińskiego, który winien pamiętać, że historia ocenia człowieka nie po zajmowanych stanowiskach, ale po uczynkach – na co można przywołać stosowną łacińską paremię – jest zapowiedź wprowadzenia ustawodawstwa regulującego precyzyjnie warunki korzystania ze środków komunikacji lotniczej przez najważniejsze osoby w państwie. Tak też zrobiono w Niemczech 20 lat temu. Jest to ruch właściwy dla osób, które chcą mieć czarno na białym, czy to, co robią bądź chcą zrobić, jest dobre czy nie. Tak bywa w sytuacji mniemania o wyższości normy prawnej nad innymi wyznacznikami postępowania.

Kto nie ma moralności – chce, aby jego zachowanie wyznaczały jakieś odgórnie ustalone zasady, kto nie ma zasad – chce mieć normy prawa. Najlepiej jednoznaczne. A takich przecież nie ma. Kto się z tym nie zgadza, niech spróbuje ustalić regulamin dla całej rodziny korzystania z lodówki we własnym domu.

Nie może być wątpliwości – a przynajmniej nie mają ich osoby jako tako znające funkcjonowanie systemów społecznych i mechanizmów sprawowania władzy (nie mówiąc już o technicznej stronie zagadnienia), że nawet najlepiej skonstruowana norma prawna nie załatwi wszystkiego.

Katastrofa CASY

Nie ma raczej wątpliwości, że w lotnictwie wojskowym naszego kraju obowiązywały (i obowiązują) normy dostatecznie jasno określające przewożenie osób na pokładach samolotów. A jednak 23 stycznia 2008 roku o godzinie 19:07 wydarzyła się katastrofa lotnicza w Mirosławcu, kiedy podczas podchodzenia do lądowania rozbił się samolot wojskowy CASA C-295. Przez dłuższy czas nie było wiadomo, kto zginął w wypadku, bo – mimo jasnych przepisów – zabierano „po drodze" na pokład CASY kolejne osoby.

Jest oficjalna wersja wypadku, są i wersje nieoficjalne, różniące się od tej pierwszej. Mocno przeżywałem przed dziesięciu laty katastrofę w Mirosławcu, bo moim kolegą na pewnym uniwersyteckim wydziale prawa był ojciec jednego z pilotów CASY, wybitny znawca prawa cywilnego i rodzinnego. Nie jestem też pewien, czy (pomijając koncepcje zamachu) dałoby się uniknąć katastrofy w Smoleńsku, gdyby był bardziej szczegółowy regulamin lądowania lub instrukcja przelotu.

Może byłyby lepsze przepisy – tyle że bez utrwalonych, nienaruszalnych zasad (np. postępowania lotniczego) opartych o głęboki fundament moralności (np. nieingerowania w cudze kompetencje i ochrony życia ludzkiego ponad wszystko, bez względu na narodowość chronionego i własny status), nie gwarantowałyby one uniknięcia tragedii.

Kwestia sumienia

Dla katolika rzecz jest niby prosta. Powinien on w swoim postępowaniu kierować się sumieniem. „To w głębi sumienia człowiek odkrywa prawo, którego sam sobie nie nakłada, lecz któremu winien być posłuszny i którego głos wzywający go zawsze tam, gdzie potrzeba, do miłowania i czynienia dobra a unikania zła, rozbrzmiewa w sercu nakazem" – tak twierdzi Katechizm Kościoła Katolickiego [KKK 1776]. A jeśli ktoś ma wrażenie, że jest to dyrektywa nadto ogólna, której nie daje się odnieść do kwestii wyborów w sprawach szczegółowych, to twórcy KKK odpowiadają: „Sumienie moralne obecne we wnętrzu osoby nakazuje jej w odpowiedniej chwili pełnić dobro, a unikać zła. Osądza ono również konkretne wybory, aprobując te, które są dobre, i potępiając te, które są złe" [KKK 1777].

I dalej: „Sumienie moralne jest sądem rozumu, przez który osoba ludzka rozpoznaje jakość moralną konkretnego czynu, który zamierza wykonać, którego właśnie dokonuje lub którego dokonała. Człowiek we wszystkim tym, co mówi i co czyni, powinien wiernie iść za tym, o czym wie, że jest słuszne i prawe" [KKK 1778]. Może więc w sprawie marszałka Sejmu zabrakło nie przepisów prawa, ale sumienia – tak jak je pojmuje Katechizm?

Jest oczywiście problem rozpoznawania tego, co słuszne i prawe, co dobre, a co złe. Wedle profesora Juliana Aleksandrowicza, bo jemu – wśród wielu innych – przypisuje się to twierdzenie, człowiek zdrowy (na ciele i umyśle) wie, co dobre, a co złe. Po prostu wie. Bez żadnych prawnych i prawniczych instrukcji. Więc może to kwestia zdrowia? Jakiejś choroby (tu sensu stricto), która zalęga się w ciałach i umysłach ludzi władzy? Choroby, której – jak zresztą żadnej ? nie da się zwalczyć normą prawną?

Próba ucieczki od odpowiedzialności przez wykazywanie, że „inni też tak robili", albo że: „nie ja sam" – jest w tym przypadku dość ryzykowna dla Marka Kuchcińskiego i tych, którzy go w tych poczynaniach wspierali i wspierają. Bowiem ci „inni" może nie mają – bo może nie muszą mieć – w ogóle sumienia katolickiego czy sumienia przynależnego katolikom? Poza tym licytowanie się, „kto jest gorszy", nie przystoi tym, którzy chcą być prawi i sprawiedliwi.

Standardy i przyzwoitość

A przecież standardy deontologiczne i etyczne – czy, jak kto woli, moralne – w naszym kraju istnieją. Wyznacza je postępowanie ludzi prawych, wiedzących nie tylko to, czego prawo zakazuje czy dozwala, ale także to, co właściwe, godne czy po prostu przyzwoite.

Dam tego przykład. Przed laty organizowałem w Wyższej Szkole Biznesu w Pile Międzynarodową Konferencję Naukową dotyczącą funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego. Uczestniczył w niej, między innymi, profesor Leon Kieres. Przyjechał do prowincjonalnej Piły, mimo że kolidowało to z licznymi obowiązkami objętej właśnie funkcji ? jeśli się nie mylę ? prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Przyjechał, bo mi to obiecał, choć obiecał, zanim został wybrany na prezesa IPN. To też mogłoby wyznaczać granice standardów życia społecznego, w którym współcześnie tak łatwo usprawiedliwiamy niewykonywanie umów i przyrzeczeń.

Rano, w dzień zaplanowanego wystąpienia profesora Kieresa, nadeszła, chyba z Wrocławia, informacja wzywająca go do powrotu. Piła nie była i pewnie nadal nie jest dobrze skomunikowana z resztą kraju. Wpadłem na pomysł, żeby – mając wówczas takie możliwości – poprosić o pomoc Dowództwo Wojsk Lotniczych w Poznaniu. Ówczesny komendant, dowiedziawszy się, o kogo chodzi, zaproponował przelot z nieużywanego już wówczas lotniska wojskowego w Pile do Wrocławia czy Warszawy samolotem wojskowym najwyższej klasy, jaki miał w dyspozycji, co zapewne uzgodnił ze swoimi przełożonymi w stolicy.

Byłem uszczęśliwiony. Profesor Kieres mógł wygłosić swój wykład, a ja zapewniłem mu powrót tam, dokąd miał dotrzeć, w wygodny dla niego sposób. Natychmiast przekazałem tę radosną wiadomość. I natychmiast też zostałem przywołany do porządku. „Czy ty sobie wyobrażasz, że mógłbym wsiąść do samolotu, którego lot byłby opłacony z pieniędzy budżetowych, i zgodzić się, że poleci on specjalnie dla mnie z Poznania do Piły i z Piły dalej? Przecież to byłoby nadużycie publicznych pieniędzy i użycie samolotu niezgodnie z jego przeznaczeniem" – usłyszałem. Nic nie dało tłumaczenie, że profesor byłby osobą zaproszoną na pokład wojskowego samolotu przez dowódcę wojskowego, który też by leciał.

Nolens volens przekazałem decyzję profesora Kieresa władzom wojskowym, która została przyjęta tak, jak została przyjęta... Na szczęście wśród uczestników konferencji był też profesor Waldemar Ratajczak – wybitny specjalista geografii przestrzennej, a zarazem znacząca osoba w Aeroklubie RP. To za jego sprawą zorganizowany został przelot samolotu należącego do tej pozarządowej organizacji, który zawiózł profesora Kieresa tam, gdzie należało. Co do opłacenia kosztów to dokładnie nie pamiętam, ale były jakieś rozliczenia z organizatorem konferencji.

Lot zakończył się szczęśliwie, choć Dowództwo Wojsk Lotniczych i podległe mu służby wyznaczyły taki korytarz powietrzny lotu, że lecąca na bardzo niskim pułapie maszyna dowiozła profesora Kieresa do docelowego lotniska ledwo żywego. Może on już nie pamięta tej sprawy, ale ja pamiętam, i podaję ją za przykład tworzenia standardów, albo po prostu przykład zachowania przyzwoitego.

PS Przy tej okazji serdecznie raz jeszcze dziękuję profesorowi Waldemarowi Ratajczakowi i Aeroklubowi RP za pomoc.

Autor jest kierownikiem Katedry Prawa Administracyjnego w Europejskiej Wyższej Szkole

Prawa i Administracji w Warszawie

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA