fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jarosław Kuisz: Szczepionka na e-rzeczywistość

Fotorzepa, Darek Golik
– Z raportu Instytutu Technologicznego w Massachusetts (MIT), opublikowanego w 2018 r., wynikało, że na jedną prawdziwą informację na Twitterze przypada sześć kłamstw. Może się okazać, że ci, którzy próbują sobie poradzić z jednym fake newsem, popełniają błąd. Oto dramat tej sytuacji – mówi dr Jarosław Kuisz, historyk państwa i prawa (WPiA UW), analityk polityki, twórca i redaktor naczelny „Kultury Liberalnej". W najbliższych dniach ukaże się jego książka o akcji „Propagandy prawa" w początkach Polski Ludowej.

Dlaczego jest ważne, aby opierać się na więcej niż jednym źródle informacji?

Stanisław Jerzy Lec zażartował: „By dojść do źródła, trzeba płynąć pod prąd". Wziąłbym ten aforyzm na serio. W 2020 r. próba opierania się na więcej niż jednym źródle informacji oznacza płynięcie pod prąd globalnych tendencji. Zamykanie się w medialnych bańkach czy wybieranie „newsów", które są dla nas przyjemne – to przecież rzeczywistość XXI wieku. Kto będzie zadawał sobie trud sprawdzania wiarygodności wpisu, któremu już z rozpędu dał „lajka"? Co ważne, nikt z nas nie jest przygotowany do poruszania się w nowym medialnym otoczeniu. Ono zaskoczyło nas wszystkich. Nagle okazało się, że muszą sobie z nim poradzić dziennikarze, politycy, jak i pracownicy nauki. Ku naszemu zaskoczeniu, czy może ku przerażeniu, jak dotąd najlepiej poradzili sobie w nowym otoczeniu medialnym ci, którzy wcześniej znajdowali się na marginesach debaty publicznej. Radykalni politycy mieli najmniej do stracenia. Okazali się najbardziej elastyczni w nowym środowisku medialnym. Wreszcie, oni pierwsi, nie wiedząc o tym, odwoływali się do prawidła, które dawno temu sformułował Marshall McLuhan, że w polityce wygrywa ten, kto najlepiej zrozumie środki masowego przekazu swoich czasów. Z krótkiej historii mediów kanadyjskiego teoretyka wynikało, że ten kto najlepiej wykorzysta środki masowego przekazu swego czasu, czyli prasę papierową, radio, telewizję itd., ten może wygrywać politycznie.

Teraz również to obserwujemy?

Jeżeli spojrzymy na wybór Donalda Trumpa w 2017 r., nie można mieć cienia wątpliwości, że obecny prezydent USA po prostu ominął tradycyjne media. Okazało się, że Twitter, który jest medium jednoosobowym, wystarcza, żeby obejść legendarne gazety i telewizje, ominąć wszystkie te „New York Times'y" czy CNN-y. Rok 2017 to była wielka lekcja dla demokracji w skali globalnej. Ale na Twitterze sprawa oczywiście się nie kończy. Dla demokracji jest jeszcze niemniej ważny inny technologiczny trend, którą uosabia chyba najlepiej skandal związany z „Cambridge Analytica". Ujawniono nowe sposoby wpływania na decyzje wyborców w skali świata. Okazało się, że to nie metafora, tylko rzeczywistość technologiczna. Zatem to, że Donald Trump mógł tweetować bez ustanku, to jedna kwestia. Ale to że nowe technologie umożliwiły stosowanie zabiegów, do których nie dorosło ani prawo wyborcze, ani mentalność większości z nas, tego nikt nie przewidział. Nawet Wielka Brytania „obudziła się z kacem" po głosowaniu w sprawie brexitu. A to kraj o standardach obywatelskich, które uchodzą za wzorcowe. Kiedy ujawniono skandal zwany „Cambridge Analytica", okazało się, że ten podmiot miał prawdopodobnie poważny wpływ na referendum w 2016 r. Następnie rok później na wybory amerykańskie. Okazało się, że można pokusić się o nakreślenie profilu charakterologicznego większości wyborców amerykańskich – i próbować wywierać na nich wpływ w sieci. To jest coś, czego historia ludzkości dotąd nie znała. Przeanalizowanie dziesięciu lat historii pobytu danego wyborcy w mediach społecznościowych daje nieporównywalną z niczym innym wiedzę o nim. Po takich analizach można na przykład skłonić wyborców danego kandydata do tego, żeby nie wyszedł z domu w dniu wyborów. Albo też do tego stopnia odczłowieczyć czy zohydzić przeciwnika, że wyborca z całą pewnością nigdy na danego kandydata nie zagłosuje. Krótko mówiąc, globalne technologie przyprawiają liberalnych demokratów o ból głowy. Z jednej strony, tym bardziej chciałoby się zachować sceptycyzm i powściągliwość w wydawaniu ocen. Tym bardziej odczuwa się potrzebę płynięcia pod prąd i sięgania do wielu źródeł. Z drugiej jednak strony, nasze możliwości poznawcze są ograniczone. My wiemy, że nie jesteśmy w stanie sprawdzić wszystkich źródeł. Luksusem jest już sięganie do trzech, czterech.

Skoro wiemy, że nie jesteśmy w stanie sięgać do wszystkich źródeł, to w jaki sposób selekcjonować źródła, by wybierać mądrze, zwłaszcza, że w internecie jest tak wiele treści?

Po pandemii Covid-19 należałoby raczej mówić, że istnieje internet – a reszta świata to dodatek do niego. Internet zmienił nasz sposób percepcji i postrzegania świata do tego stopnia, że politycy dostosowali przekazywanie wiadomości sanitarnych do reguł komunikowania się w sieci. Wszyscy przestawiliśmy się na pracę zdalną. Seriale i filmy fabularne także coraz bardziej korzystają z estetyki internetowej. Tymczasem my, osoby związane z profesjonalnym, tradycyjnym dziennikarstwem czujemy się tak, jakby w naszym kierunku zlatywała lawina, a my zastanawialibyśmy się czy ona w nas trafi. Błąd. Ona już nas rozjechała. My pod tą górą śniegu, pod zalewem wiadomości prawdziwych i nieprawdziwych, jeszcze się drapiemy w głowę, jak sobie z tym poradzić. Nie mówię tego bez powodu. W 2018 r. opublikowano w „Science" wstrząsający raport Instytutu Technologicznego w Massachusetts (MIT), który był głośny jedynie w pewnych kręgach, a powinien stać się przedmiotem edukacji szkolnej. To były bodaj najdłuższe i najdokładniejsze badania mediów społecznościowych od chwili ich powstania. Z raportu wynikało, że na jedną prawdziwą informację na Twitterze przypada sześć kłamstw, więc to nie są żarty. Propagowanie andronów i idiotyzmów odbywa się w stopniu lawinowym. I kiedy my próbujemy zastanawiać się nad jakąś kwestią, rozkładać ją na części pierwsze zgodnie z regułami sztuki dziennikarskiej czy naukowej, w międzyczasie wyprodukowano już tysiące czy miliony innych głupstw, kto wie, czy nie o poważniejszym znaczeniu. Wniosek? Może się okazać, że ci, którzy próbują sobie poradzić z jednym fake newsem, być może popełniają błąd. Oto jest dramat tej sytuacji.

W takim razie jaka metoda byłaby dobra?

Żyjemy w medialnym pośpiechu już nawet nie tym 24-godzinnym wyznaczanym przez telewizje informacyjne, ale sekundowym – z rytmem mediów społecznościowych. Dlatego powinniśmy znaleźć rozwiązanie tu i teraz. I to natychmiast. Badania MIT są dobrym zaczątkiem do tego, by wziąć trzy głębokie wdechy i powiedzieć, że robimy, co możemy – w sytuacji, gdy dopiero rozpoznajemy konsekwencje nowych mediów dla demokracji. Na dodatek nowe media to stworzenie, które każdego dnia się zmienia. Z punktu widzenia obywatelskiego, należałoby wprowadzić poważne – niemniej ważne niż lekcje języka polskiego – lekcje na temat nowych mediów. Od najmłodszych lat edukacji, nie ma wyboru. To by oznaczało, że trzeba przygotować coś w rodzaju dynamicznego przedmiotu. To nie może być czymś groteskowym, jak lekcje informatyki w niektórych szkołach średnich. Ten przedmiot musiałby być dynamiczny, skoro narzędzia się zmieniają, to musimy uczyć się je rozpoznawać. Jeżeli gromadzimy pewną wiedzę na temat tych narzędzi i prowadzimy mnóstwo badań socjologicznych dotyczących mediów społecznościowych, to dzieciaki powinny wiedzieć to, co my wiemy w miarę rzetelnie na temat tych narzędzi. Jeśli z wielu poważnych opracowań dowiadujemy się, że w krajach o słabszej tradycji demokratycznej Facebook może po prostu zniszczyć tę demokrację – trzeba z tego wyciągać wnioski natychmiast. To nie są futurologiczne spekulacje, ponieważ to już się dzieje. Spróbujmy zaoferować polskim obywatelom pewnego rodzaju szczepionkę na e-rzeczywistość. I podkreślmy, że ten wirus rozciąga się szeroko – od zagrożeń dla demokracji aż po samobójstwa wśród młodzieży z powodu tego, że coś się wydarzyło w mediach społecznościowych. Oczywiście od razu pojawia się odwieczny problem: kto nauczy nauczycieli, jak tego uczyć. Ale tu nikt na świecie nie jest mądry. Trzeba zmienić optykę i nauczyciele musieliby wspólnie z dzieciakami pracować nad kolejnymi tematami, choćby nad tym, jak weryfikować daną informację w wielu źródłach. Z pewnością można uczyć powściągliwości w wydawaniu ocen, sceptycyzmu, głównych reguł zachowania się w dżungli fake newsowej.

Co zrobić, gdy do odbiorcy docierają informacje sprzeczne?

Pytanie, do którego pokolenia należy odbiorca. Młode osoby nierzadko oswoiły się z tym, że co chwilę ktoś próbuje im wcisnąć kit w sieci, ktoś kogoś udaje itd. Paradoksalnie niektórzy młodzi Polacy są nastawieni podejrzliwie do sieci o wiele bardziej niż starsze pokolenie, które wciąż ekscytuje się tym, jak można kłamać. Niemniej niezależnie od wieku odbiorcy ważna pozostaje wiarygodność danego nadawcy.

Czy Polacy, jako naród, który doświadczył cenzury w PRL-u są bardziej ostrożni?

Szczerze mówiąc, nie wiem. To, co pani pytanie sugeruje, to jest miła dla naszego ucha interpretacja. Oznaczałoby to, że w czasach cenzury PRL-owskiej wyrobił się w Polakach taki nawyk, który można by spożytkować w nowych warunkach technologicznych. Nieufność do cenzury na ul. Mysiej 2 w Warszawie przełożylibyśmy zatem na nieufność do świata 2.0. Zbyt piękne, by było prawdziwe? W każdym razie pojawiają się interpretacje niemiłe dla naszego ucha. Ostatnio przy okazji trzydziestolecia upadku muru berlińskiego redaktor naczelny legendarnej gazety „Neue Zürcher Zeitung", Eric Gujer, napisał, że doświadczenie komunizmu sprawia, iż postkomunistyczne kraje są bardziej podatne na fake newsy. Skoro przez ponad pół wieku ludy podlegały propagandzie komunistycznej, to się przyzwyczaiły – i nie łudźmy się, że jest inaczej. Jak pani widzi, doświadczenie lat 1944-1989 pan Gujer zinterpretował zupełnie inaczej. Wprawdzie on przede wszystkim pił do dawnego NRD. No, ale ostatecznie cały dawny blok Wschodni wpadł do jednego worka.

Zatem odporniejsi są Polacy urodzeni po 1989 roku?

Najpierw powiedzmy, co to za pokolenie. Oto jest pierwsze pokolenie, które urodziło się i wychowało w suwerennym państwie. To trzecia dekada we własnym państwie, tego nie było od rozbiorów. Od XVIII wieku. To jest pokolenie, które powinno zatem wykuć sobie nowe podejście do własnego kraju. Tyle teoria. Bo do dziś w naszych głowach „oprogramowanie" jest stare. Program nauczania w szkołach jest dokładnie taki sam, jak w czasach bez własnego państwa. Nasz kanon wygląda tak, jakbyśmy przygotowywali dzieciaki do powstań czy pracy organicznej w ukryciu. To mentalność okupacyjna, z której nie wyszliśmy. Software okupacyjny jest non stop reprodukowany w edukacji podstawowej i średniej. Potem mamy taką politykę, jaką mamy. Ale jednocześnie świat ostatnich 30 lat nie odpowiada temu softwarowi. Tu jest ogromny rozziew. Polska debata publiczna to jest fascynujące zadanie do odrobienia. Z jednej strony mamy pokolenie, które pamięta Polskę Ludową. Co to oznacza w 2020? Oto, gdy słyszy ono, że z powodu wirusa i pandemii będziemy zamykać obywateli w domu, to sobie w duchu mówi, że, jak ktoś przeżył stan wojenny, to mu pandemia niestraszna. Z drugiej strony, mamy młodego człowieka, dla którego to jest pierwsze ważne doświadczenie społeczne, pokazujące, że rzeczywistość, nawyki i zachowania można „zawiesić", wręcz zakwestionować. Ale na ten temat nie ma debaty. Dlatego od czasu wydania książki „Koniec pokoleń podległości" próbuję apelować o nowy software dla polskiej debaty publicznej – w której będziemy pracować nad tym, żeby nie kontestować swojego państwa. Jedną z najbardziej szkodliwych metafor w obiegu, i mówię to pomimo sympatii do Bartłomieja Sienkiewicza, jest owo „państwo teoretyczne". To jest dramat, jak to określenie zeszło „pod strzechy". Oczywiście padło na podatny grunt kontestowania państwa w ogóle, w ramach 200 lat naszej tradycji. W końcu państwo było obce czy pół obce, w każdym razie nie nasze. I z tak wyuczonym oprogramowaniem wszyscy przyklasnęli, że tak, nareszcie ktoś powiedział prawdę, to państwo jest teoretyczne. Serce boli. W ramach takiej narracji wszelkie skromne dokonania Polaków wydają się przecież śmiechu warte. Nikt nie poczuje satysfakcji, że coś mu się udało. Nikt nie umie nawet opowiedzieć o swoim drobnym dokonaniu w gminie czy dzielnicy, jak o sukcesie w ramach polskości, bo w ramach polskości to trzeba by wygrać powstanie czy tłuc „bibułę". Proszę zauważyć, że przy takich kodach kulturowych wiarygodna wiadomość pochodzi z drugiego obiegu. Nie oznacza to wcale sięgania do wielu źródeł informacji. Przeciwnie, oznaczać to może zaufanie do jednego źródła, tego uznawanego politycznie za swoje. To są właśnie „dysydenckie korzenie" obecnej debaty politycznej w Polsce.

Co zatem należy zrobić w takiej sytuacji?

Po pierwsze, koniec z myśleniem, że zalew fake newsów oraz nadużycia w mass mediach to jest rzecz, która sama się rozwiąże. Nie, ona się sama nie rozwiąże. To jest zadanie dla państwa. Na każdym etapie edukacji szkolnej powinniśmy mieć coś w rodzaju interaktywnych zajęć, podczas których nauczyciele ćwiczą z uczniami np. krytyczne podejście do otrzymywanych wiadomości, zajęcia z logiki, krytyki źródeł. To można robić niezależnie od przekonań partyjnych. Po drugie, ważna jest aktywność obywatelska. Sami obywatele powinni zrozumieć, że nic się samo nie załatwi. My, Polacy, mamy pewne nawyki, które przeszkadzają nam w rozwiązywaniu dużych problemów. Powiedzmy to jak najprościej: gdy w amerykańskim serialu pojawia się taki problem, to nikt nie mówi na wstępie, że żyje w „państwie teoretycznym". Pomimo że tam są naprawdę nieliche problemy, czy to z segregacją rasową czy przestępczością. Wtedy bohater próbuje brać sprawy w swoje ręce i do roboty. To jest kulturowy mindset, to jest oprogramowanie, nad którego zmianą u nas powinniśmy pracować. Wielkim optymizmem napawa mnie to, że na YouTubie piętnuje się błędy popełniane przez nauczycieli w ramach w telewizji edukacyjnej, która powstała w czasach Covid-19. To jest przykład walki z fałszywymi wiadomościami. Wobec lawiny fake newsów obywatele sami robią fact checking. I pro bono różne osoby wytykają błędy nauczycielom. Słusznie. Bo jak możemy robić takie rzeczy małym Polakom? Np. niepoprawnie uczyć ich języków obcych? Przecież chodzi o nasze przyszłe pokolenia. I to jest znakomity przejaw oddolnej działalności obywatelskiej. Dlatego warto zachęcać do aktywnej działalności. Trzeba dawać nagrody osobom, które są już aktywne, które prowadzą taki fact checking obywatelski. Bo przy sześciu kłamstwach na jedną prawdziwą informację na Twitterze, to nasze grono dziennikarzy z „Kultury Liberalnej" i „Rzeczpospolitej" razem wziętych, jest za małe, żeby zmierzyć się z lawiną kłamstw, która co minutę wylewa się z internetu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA