Publicystyka

Ks. Kazimierz Sowa: Zostanie po nas amen!

Przygotowania do Wielkanocy w mieście Irbil, stolicy Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego w północnym Iraku
AFP, Safin Hamed
Zanika najstarsza kultura chrześcijańska budowana od 2 tys. lat w dorzeczu Tygrysa i Eufratu. W Iraku realizowany jest plan eksterminacji lub ostatecznego wypędzenia chrześcijan – pisze duchowny i publicysta.

Posługują się językiem Jezusa, są „u siebie" od zawsze, nikomu nie przeszkadzali przez 2 tys. lat, a dziś stali się mniejszością na wymarciu. Jak żyją dziś chrześcijanie w Iraku? Co czeka ich w najbliższej przyszłości? Przeżyli upadek Saddama Husajna, a nawet terror ISIS, ale czy przeżyją czas tzw. irackiej demokracji?

Katolicki chaldejski arcybiskup Basry w Iraku, Habib Hormuz al-Naufali, większość czasu spędza w rozjazdach. I bynajmniej nie chodzi o biblijną Mezopotamię na terenach dzisiejszego Iraku i wschodniej Syrii, gdzie do niedawna żyli wyznawcy tej wspólnoty. Przez ostatnie kilkanaście lat większość z nich rozproszyła się, najczęściej wbrew swojej woli, nie tylko po całym Bliskim Wschodzie, ale dosłownie po całym świecie. Niestety, wciąż dziesiątki tysięcy naszych braci w wierze przebywa w obozach dla uchodźców w Turcji czy Jordanii. Ci, którzy mieli trochę więcej szczęścia, dotarli do Libanu albo zasilili wspólnoty asyryjskie w Europie.

Życie w cieniu śmierci

Historia najnowszych prześladowań chrześcijan w Iraku jest tak przerażająca, aż nie chce się uwierzyć, że to wszystko dzieje się w dzisiejszych czasach i często na oczach całego świata.

Słucham przerażającej opowieści: – Kiedy to się zaczęło? Niedawno, ale dużo wcześniej, niż powstało Państwo Islamskie. Pierwszy raz zrozumiałem, że coś się zmienia, kiedy w październiku 2006 r. w Bagdadzie w dzielnicy zamieszkanej przez chrześcijan porwane zostało dwumiesięczne niemowlę. Porywacze zażądali okupu, ale rodzice byli biedni. Nie stać ich było na zapłacenie żądanej sumy i po jakimś czasie porywacze najpierw zamilkli, a potem podrzucili zwłoki porwanego dziecka. Miało obciętą głowę. Akty terroru zaczęły się nasilać – mówi biskup Basry.

Al-Naufali odsyła do doniesień o zbrodniach na swoich wiernych. Większość z nich przywołuje na myśl obrazy i historie jak z najdawniejszych i najbardziej okrutnych czasów. W internecie kolejne przykłady są coraz bardziej przerażające: ludzie giną na potęgę w niewyjaśnionych okolicznościach, przypadki gwałtów czy bestialskich ataków stają się codziennością. Czasem, aby chrześcijan bardziej przerazić, bezcześci się zwłoki ofiar.

Arcybiskup pamięta też chwile grozy, kiedy w 2008 r. został porwany najwyższy rangą duchowny katolicki, arcybiskup Mosulu Paulos Faraj Rahho. On sam – wtedy już od dziesięciu lat pracował jako katolicki duchowny – razem z innymi wiernymi modlił się o uwolnienie biskupa. Niestety, jak dziś uważa, w Iraku przygotowywano już plan eksterminacji lub ostatecznego wypędzenia chrześcijan, i śmierć biskupa była jego ważnym elementem.

Zbrodniarze obcinają mu głowę, bezczeszczą ciało, a jego fragmenty wyrzucają ostatecznie na śmietnik. Chrześcijanie są w szoku, zwłaszcza że nie jest to jedyny przypadek tak drastycznych zbrodni. Kilka dni wcześniej chrześcijański chłopiec zostaje dosłownie ukrzyżowany w dzielnicy Al-Basra w Bagdadzie; dzielnicy, która za Saddama słynęła z tego, że mieszkała tam większość irackich chrześcijan. Świat zajęty innymi sprawami prawie nie zauważa, że zanim pojawiło się Państwo Islamskie, zginęło lub zostało wypędzonych blisko 300 tys. chrześcijan.

Dziś w jego diecezji mieszka mniej niż tysiąc wiernych, poza biskupem na stałe pracuje tylko jeden ksiądz diecezjalny obsługujący dwie parafie. Kiedy biskup chodził do szkoły chrześcijan, w samym mieście było jeszcze około 20 tys. wiernych, potem liczba ta zaczęła gwałtownie spadać. Przez długi czas, między 2006 a 2014 r., diecezja pozostawała bez biskupa.

Obecny pochodzi z okolic Bagdadu. W stolicy Iraku był proboszczem jednej z parafii oraz blisko współpracował z chaldejskim patriarchą. Zanim został mianowany biskupem, już po upadku Saddama przez parę lat prowadził duszpasterstwo dla chaldejskich katolików w Londynie, co zaowocowało kilkoma dobrymi kontaktami ułatwiającymi mu dziś szukanie wsparcia i pomocy.

O polityce biskup Habib Hormuz al-Naufali nie lubi mówić, ale chętnie przytacza przykłady tego, co się działo z chrześcijanami w Iraku. Arcybiskup opowiada, jak wyglądały kolejne odsłony prześladowania: – Pierwszy etap zemsty na chrześcijanach to wysadzenie w powietrze blisko 40 kościołów i wypędzenie setek tysięcy ludzi. Jednym z najbardziej brutalnych antychrześcijańskich aktów przemocy był atak na katedrę Kościoła katolickiego obrządku syryjskiego w Bagdadzie, dokonany 31 października 2010 r. Islamscy terroryści zastrzelili wtedy 58 osób i ranili co najmniej 60. Na porządku dziennym były także porwania młodych chrześcijanek, które następnie zbiorowo gwałcono.

Kiedy pojawiło się ISIS, dorzuciło do tego nowe formy niszczenia „niewiernych". To prześladowanie ekonomiczne. – Jeśli ktoś nie chce uciekać ani nie przeszedł na islam, musi płacić specjalny podatek. Tzw. fiskalny terror prowadził na podbitym terenie do zniszczenia chrześcijańskich sklepów i firm. Presja szybko przyniosła oczekiwane efekty: tam, gdzie pojawili się bojownicy spod znaku czarnej flagi, de facto 95 proc. sklepów prowadzonych przez chrześcijan zostało zniszczonych lub przejętych. Ale – przypomina arcybiskup – podobne działania miały miejsce także wcześniej, np. we wrześniu 2005 r. muzułmanie spalili wszystkie chrześcijańskie stragany na bagdadzkim bazarze Dora. Chrześcijanie zmuszani są i dziś do rezygnacji z własności, pozbawiani prawa do posiadania domów i ziemi. A to oznacza biedę, brak środków do życia i wegetację.

Historia współczesnego prześladowania irackich chrześcijan przywołuje obrazy z okresu najazdu Arabów na te ziemie w wiekach średnich. I tak już regułą staje się nakładanie na chrześcijan specjalnego podatku. Np. w Bagdadzie muzułmanie żądają od chrześcijan płacenia regularnego miesięcznego okupu w wysokości minimum 200 dolarów. Co czekało tych, którzy nie chcieli lub nie mogli zapłacić? Najczęściej rodzina najpierw była przekonywana do przejścia na islam, a kiedy odmawiała, dostawała 24 godziny na opuszczenie domu. Nie wolno jej było przy tym niczego zabrać, co powodowało, że uchodźcy zostawali bez jakichkolwiek środków do życia.

Nad rzekami Babilonu

Tereny Iraku, Syrii czy Kurdystanu to nie są dla chrześcijan jakieś przypadkowe miejsca na mapie świata. To kolebka wiary i najstarsze wspólnoty wierzących w Jezusa. Wielu z nich, jak abp Habib Hormuz al-Naufali, do tej pory w liturgii posługuje się językiem aramejskim, tym samym, w którym „Ojcze nasz" apostołów uczył Jezus. Mają świadomość, że są członkami jednego z najstarszych chrześcijańskich Kościołów na świecie.

Dawniej liczyli się także w samym Iraku, gdzie stanowili 8 proc. ludności i chlubili się nawet „swoimi" ludźmi w rządzie Saddama. Tarik Aziz, pochodzący z Mosulu iracki dyplomata i polityk, tak naprawdę nazywał się Michail Juhanna. Urodził się w chrześcijańskiej, chaldejskiej rodzinie, do czego już po upadku reżimu parę razy się odwoływał, a za czasów Saddama był gwarantem ich spokoju i pokojowego współżycia pośród muzułmańskiej większości. To on miał osobiście przekonywać Jana Pawła II do zdecydowanego potępienia amerykańskiej agresji na Irak.

Wtedy liczbę wszystkich chrześcijan w całym kraju szacowano na półtora miliona. Tak jak dziś mieli w Bagdadzie swojego patriarchę chaldejskiego, a w całym kraju ośmiu biskupów. Podobnie prężnie działały także inne Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza asyryjski Kościół prawosławny i Kościół ormiański. Dziś wszystkich chrześcijan zostało w kraju łącznie nie więcej niż 200–300 tys. Od roku 2003, kiedy w kraju wprowadzono prawne rozwiązania wzorowane na modelu państwa demokratycznego, dwie trzecie chrześcijan uciekło, i choćby teraz niektórzy chcieli wrócić, to najczęściej nie mają dokąd. Tysiące oddało za wiarę życie, setki tysięcy błąkają się po obozach dla uchodźców w Turcji, Jordanii czy Libanie.

Wraz z ich wypędzeniem zanika najstarsza kultura chrześcijańska, jaka od 2 tys. lat była budowana w dorzeczu Tygrysa i Eufratu. Jak sami o sobie mówią – są najstarszą wspólnotą wiary na terenach biblijnego Babilonu, bo taki oficjalny tytuł nosi ich zwierzchnik po dziś dzień.

Niestety, ostatnie lata pokazują, że kolejne święta nie są dla irackich chrześcijan czasem radości. W wielu kościołach zlokalizowanych na terenie opisanej w Piśmie Świętym Niniwy w 2016 r. po raz pierwszy od ponad 1500 lat nie odprawiono w święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy uroczystych mszy świętych. Brakuje księży, wierni są rozproszeni. W niektórych miejscach ostatni chrześcijanie, jacy tam zostali, zeszli do podziemia.

Arcybiskup Habib Hormuz al-Naufali pytany o to, jak wygląda jego praca, opowiada o życiu „w drodze", nie tylko dlatego, że wiernych jest w samej Basrze niewielu. – Mam dziś swoich wiernych w Turcji, Syrii, Iraku i Jordanii – wylicza. – Niektórzy zdołali szczęśliwie dotrzeć do Libanu, nieliczni przedostali się do Europy. Rodziny są rozbite, dzieci osierocone, rodziców rozdzieliła czasem polityka imigracyjna, czasem zwyczajnie twarda rzeczywistość. Szukam ich i próbuję łączyć, sklejać te rodziny, zaglądam od obozu do obozu, od kraju do kraju. Pomaga nasza diaspora i pieniądze, jakie przysyłają dobrzy ludzie. Także niektóre środowiska, a nawet politycy, głównie z Europy Zachodniej i Ameryki – opowiada

Grudniową podróż arcybiskupa po Europie (nie tylko zachodniej, gdzie znajduje się mniejszość chaldejska; był również np. w Chorwacji) sfinansowali chadecy z EPP w Parlamencie Europejskim. Arcybiskup nie ukrywa, że każdy z takich wyjazdów traktuje jako szansę na zainteresowanie losem swoich wiernych ludzi żyjących w bogatszej i spokojniejszej części świata. Chętnie opowiada o swojej „rozrzuconej" po całym Bliskim Wschodzie wspólnocie, a przy okazji zbiera też pieniądze na pomoc humanitarną. Rozda je potem co do grosza, kiedy w drodze powrotnej odwiedzi obozy w Turcji i Jordanii. W Boże Narodzenie odprawił z garstką swoich wiernych uroczystą liturgię w chaldejskiej katolickiej katedrze pod wezwaniem Matki Bożej, głównej świątyni swojej archidiecezji, która jest spadkobierczynią założonej w 280 r. diecezji Perâth Maishân. W czasie tej liturgii wierni znowu modlili się w języku aramejskim, języku Jezusa Chrystusa.

Na koniec biskup Habib Hormuz al-Naufali chwyta swój biskupi krzyż i mówi: – Kiedy spotykam się z ludźmi Zachodu, często spotkanie kończę błogosławieństwem, które wypowiadam po aramejsku. To tak jakby mówił do was sam Jezus. Słuchajcie uważnie tych słów.

Dźwięczną aramejską mowę kończy jedyne słowo, jakie rozumieją wszyscy: – Amen!

– Dzięki tylko temu jednemu słowu nigdy o nas nie zapomnicie. Nawet jak nas już kiedyś nie będzie nad Tygrysem i Eufratem. ©?

Autor był w latach 2007–2015 dyrektorem stacji Religia.tv

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL