fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jacek Raciborski: Kiedy rządzący tracą legitymację

Fotorzepa, Robert Gardziński
Jeżeli wybory odbędą się przy absencji wielu obywateli i naruszeniu standardów, nad Polską zawiśnie wielkie niebezpieczeństwo – przekonuje socjolog Jacek Raciborski.

W debacie publicznej ostatnich dni wypowiedziane zostały chyba wszystkie argumenty przeciwko głosowaniu w wyborach prezydenckich 10 maja. Wśród nich najmocniej wybrzmiał argument, że głosowanie zwiększy zagrożenie epidemiczne wyborców i kilkusetysięcznej rzeszy ludzi tworzących aparat wyborczy i że byłoby to igranie z ich zdrowiem, a nawet życiem.

Jednak ja chciałbym wyeksponować inne niebezpieczeństwo: wybrania prezydenta pozbawionego od początku rzeczywistego społecznego mandatu, nieprawomocnego – w socjologicznym sensie pojęcia prawomocności. Taki wybór może wstrząsnąć podstawami systemu politycznego i prowadzić do rewolty.

Deficyt potrójny

Wpierw muszę wyłożyć skrótowo problem legitymizacji władzy. Władza jest legitymizowana, czyli społecznie uprawomocniona, jeżeli, po pierwsze, została nabyta i jest sprawowana zgodnie z ustalonymi regułami. Po drugie, te reguły muszą znajdować oparcie w przekonaniach stron związanych stosunkiem władczym, muszą być w jakiś sposób usprawiedliwione, musi istnieć między rządzonymi a rządzącymi choćby niewielki zasób wspólnych wartości. Po trzecie, władza jest legitymizowana, jeżeli obywatele swoimi zachowaniami potwierdzają istniejące zależności władcze, wyrażają uznanie dla reguł nabywania władzy, wypełniają obywatelskie obowiązki i aktywnie korzystają ze swoich praw obywatelskich.

Uprawomocnienie władzy dokonuje się więc na trzech poziomach: a) reguł, b) wartości i przekonań, c) zachowań. Na każdym z tych poziomów może pojawić się brak prawomocności. Przykład oczywistego deficytu na poziomie reguł to zdobycie władzy poprzez zamach stanu. Na poziomie wartości za deficyt będzie uznane, że reguła jest niesprawiedliwa, np. dziedziczenie urzędu głowy państwa zamiast wyborów powszechnych, a na poziomie zachowań przykład deficytu to całkowita pasywność obywateli, podporządkowywanie się władzy pod przymusem.

A teraz skonkretyzuję te rozważania, odnosząc się do wyborów prezydenckich w Polsce, które właśnie trwają. Jaką szansę na prawomocność będzie miał kandydat, który uzyska mandat 10 maja lub dwa tygodnie później w II turze? Znikomą. Prezydenta RP wybiera się w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym. To formuła prawna, której politologiczne rozwinięcie znajduje w postulacie wolnych wyborów. A wybory wolne są konkurencyjne, czyli muszą istnieć realne alternatywy wyboru.

Jeśli prezydent Duda będzie konkurował jedynie z jakimś figurantem, wcześniej szerzej nieznanym, jeżeli inni kandydaci nie mają szansy na popularyzację swojej osoby i programu, bo epidemia jest oczywistą przeszkodą, to trudno uznawać te wybory za konkurencyjne.

Majdan i Milošević

Wolne wybory muszą odbywać się bez ograniczeń czynnego prawa wyborczego, bez stosowania form przymusu w stosunku do wyborców i kandydatów, w szczególności przymusu administracyjnego. Czyż kwarantanna obejmująca setki tysięcy osób nie jest przymusem administracyjnym, czy presja administracyjna nie pojawi się w formowaniu aparatów wyborczych? A czyż powszechności wyborów nie zagrozi absencja z powodu uzasadnionej obawy przed zarażeniem koronawirusem?

Następny warunek to takie samo prawo wyborcze dla wszystkich, czyli nieuprzywilejowujące żadnego kandydata. Tu formalnie wszystko w porządku. Ale brak prawnego uprzywilejowania to m.in. równy dostęp do mediów publicznych wszystkich zarejestrowanych komitetów i ich kandydatów. On jest drastycznie nierówny. Wreszcie ostatni podstawowy warunek wolnych wyborów to uczciwe policzenie wyników. Wielkim osiągnięciem 30 lat polskiej demokracji jest, że nigdy nie doszło do fałszowania wyników wyborów w masowej skali. Podejrzenia jednak rzucano i niezasadnie czyniła to formacja stojąca za Andrzejem Dudą. A o podejrzenia nie będzie trudno w warunkach zdekompletowanych komisji obwodowych z powodu obaw przed zarażeniem, w warunkach przejęcia kontroli przez PiS nad prawie całym aparatem wyborczym.

Wiosną 2020 r. wytworzyły się warunki, które uniemożliwiają odbycie wolnych wyborów prezydenckich w Polsce. Jeżeli jednak wybory się odbędą, przy absencji zdecydowanej większości obywateli, przy naruszeniu tych wszystkich wymienionych standardów wolnych wyborów i Andrzej Duda zostanie ogłoszony ich zwycięzcą, to wielkie niebezpieczeństwo zawiśnie nad Polską: będzie miała prezydenta w masowej skali kontestowanego, uważanego za nieprawowitego, wybranego nieuczciwie.

Nie sądzę, aby doprowadziło to natychmiast do społecznego buntu w tej skali co na Ukrainie w 2004 r., gdy kontestowano wybór Janukowycza, czy gdy w Serbii w 2000 r. obalano Miloševicia. Wszystko to były właśnie wydarzenia powiązane z prezydenckimi wyborami. Niebezpieczeństwo buntu, rewolty jednak będzie poważne. A każdy taki bunt to regres demokracji. Uparte podążanie obozu władzy w stronę głosowania w maju jest tym dziwniejsze, że Andrzej Duda nie jest skazany na porażkę w wyborach, które odbyłyby się jesienią czy nawet wiosną 2021 r.

Autor pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA