fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Jak równy z równym

shutterstock
Zamiast przywoływać nierealną ideę armii europejskiej, powinniśmy przywrócić świetność naszych sił zbrojnych – pisze niemiecki ekspert ds. obronności i strategii.

Sednem sprawy w debacie o europejskiej polityce obronnościowej jest pytanie, jak należy kształtować europejski potencjał, aby doprowadzić do sprawiedliwego podziału zobowiązań między Europą a USA. Właśnie to ma na myśli prezydent Emmanuel Macron, a nie europejską obronę niezależną od USA, kiedy mówi o autonomii strategicznej Europy.

Należy jednak zgodzić się z Johnem Boltonem, gdy potępia niesprawiedliwy podział obciążeń między USA a UE, a także militarną niemoc Europejczyków. Łącznie budżet obronny wszystkich państw Unii wynosi ok. 50 proc. budżetu obronnego USA, podczas gdy ich skuteczność wojskowa i operacyjna stanowi około 20–30 proc. skuteczności USA.

Państwa UE mają do dyspozycji ponad milion żołnierzy, z których jednak większość nie jest przydatna ani w obronie sojuszniczej i narodowej, ani w misjach zagranicznych. Nawet w mniejszych misjach wojskowych konieczny jest udział Amerykanów.

Egoizm i brak synergii

Nie jest tajemnicą, że siły zbrojne państw członkowskich Unii – przede wszystkim Niemiec – są w kiepskiej kondycji. Od 2004 r. dysponujemy „grupami bojowymi" jako instrumentem wojskowym UE, jak również Eurokorpusem czy brygadą francusko-niemiecką. Jednostki te nigdy nie zostały jednocześnie zmobilizowane. Próba samodzielnej, niezależnej od USA, rozbudowy militarnej wymagałaby co najmniej podwojenia budżetu obronnego. Zakładając, że Europejczycy zrozumieją, co to oznacza, nie wydaje mi się, by miała zaistnieć polityczna wola realizacji podobnego postulatu. Mimo deklaracji Unia nigdy nie była bardziej niż obecnie zależna od USA w zakresie bezpieczeństwa i siły militarnej.

Mimo to Europejczycy wydają dużo pieniędzy na obronę. Wszystkie państwa UE dysponują imponującym łącznym budżetem obronnym w wysokości ponad 200 mld euro. To około trzykrotnie więcej niż budżet Rosji i prawie tyle samo co Chin. A jednak w dziedzinie wojskowości nikt nie traktuje Europy poważnie. Dlaczego?

Po pierwsze, państwa Unii w sektorze obronnym marnują ogromne nakłady ze względu na dublowanie linii produkcyjnych, programów zbrojeniowych, narodowych certyfikacji oraz z powodu egoizmu i braku synergii. Brakuje ujednolicenia zasobów, wspólnej logistyki i współpracy zbrojeniowej.

Europa musi zatem zrobić więcej dla obrony i podziału obciążenia w ramach NATO. Nie potrzebujemy „lojalności", ale prawdziwego europejskiego partnerstwa strategicznego z USA, na równych prawach. Oprócz naszych zobowiązań sojuszniczych powinniśmy skoncentrować się na celach strategicznych w naszym europejskim sąsiedztwie i ulepszyć naszą pozycję w tych obszarach, w których Amerykanie nie pomogą nam w przyszłości.

Jasno określić cele

Zamiast ciągle przywoływać nierealistyczną ideę armii europejskiej, my, Europejczycy, powinniśmy sprawić, by nasze siły zbrojne odzyskały swoją świetność. Musimy zbliżyć się do USA z naszym własnym skoordynowanym programem strategicznym i przyjąć większą odpowiedzialność, w sytuacjach gdy nasza pomoc jest pożądana. Tyczy się to przede wszystkim Paryża i Berlina.

USA chcą, abyśmy my, Europejczycy, jasno i jednoznacznie określili nasze strategiczne interesy w odniesieniu do Rosji i Chin, międzynarodowego terroryzmu, niekontrolowanej migracji do Europy, bieżących zmian w międzynarodowej polityce bezpieczeństwa w regionie śródziemnomorskim, wzdłuż wybrzeża Afryki Północnej, w Afryce i na Bliskim Wschodzie, a także w odniesieniu do nowej orientacji NATO jako globalnego sojuszu wolnego świata zachodniego. Zadaniem USA nie jest ochrona strategicznych granic Europy.

W tym kontekście wartą rozważenia propozycją jest wypracowana w grupie parlamentarnej SPD idea „28. Armii", która pozwoliłaby na szybkie osiągnięcie wojskowej zdolności do działania w Europie.

Byłyby to wojskowe siły szybkiego reagowania o liczebności do 8–10 tys. ochotników ze wszystkich państw UE, pod bezpośrednim ogólnym dowództwem Komisji Europejskiej. Taki jest kontekst wysuniętego przez Radosława Sikorskiego pomysłu utworzenia, wzorowanego na Legii Cudzoziemskiej, Legionu Europejskiego w oparciu o ochotników z państw UE.

Zamiast bezsensownej mantry o armii UE, która w takiej formie nigdy nie powstanie, uważam, że powyższe propozycje dają większe szanse na skuteczny rozwój europejskich zdolności wojskowych.

Tylko wspólnie z USA

W przyszłości będziemy musieli stawić czoła konfliktom i wojnom „hybrydowym", czyli „konfliktom o niskiej intensywności", w połączeniu z podmiotami zewnętrznymi, elementami konwencjonalnymi i nietypowymi, z operacjami cybernetycznymi i wywiadowczymi oraz z kampaniami dezinformacyjnymi. Również NATO musi się do tego dostosować. Właśnie to wymaga adekwatnego europejskiego wkładu wojskowego.

Z powodu cyfryzacji, wzrostu pojemności i szybkości informacji, przełomowych kroków w zakresie rozpoznawania, robotyki, bioniki i nanotechnologii powstają nowe rodzaje broni, a tym samym nowe problemy w obrębie bezpieczeństwa. Jeżeli chcemy dotrzymać kroku militarnym potęgom, musimy osiągnąć technologiczne przywództwo w powietrzu, na wodzie i pod wodą, na ziemi, w przestrzeni kosmicznej, a przede wszystkim w cyberprzestrzeni. Uda nam się to tylko wspólnie z USA.

Nie jest wykluczone, że nowe technologie sprawią, iż dotychczasowe zdolności wojskowe staną się bezużyteczne. W tym kontekście cyberprzestrzeń przenika wszystkie inne obszary i łączy je ze sobą. Decydujące znaczenie będzie miało przywództwo technologiczne w zakresie sieci digitalizacji. My, Europejczycy, możemy to osiągnąć jedynie wspólnie z USA.

W gruncie rzeczy chodzi o to, abyśmy byli poważnie traktowani jako partner Amerykanów. Jako Europejczycy musimy być na równi z USA, ale także z Chinami, które są największym wyzwaniem dla Zachodu. To ostatnie można osiągnąć tylko w ramach silnego sojuszu transatlantyckiego i zreformowanego NATO. A Niemcy powinny wykazać się większym „partnerstwem" we wspólnym z USA przywództwie na kontynencie. To bardzo pomogłoby Europie.

Autor jest konsultatem ds. obronności i strategii. W przeszłości był generałem Bundeswehry oraz doradcą kanclerz Angeli Merkel

Pełna wersja tekstu ukazała się pierwotnie na portalu Forum.eu

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA