fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Kostrzewa: Crowdfunding. Jak rząd może go wykorzystać

AdobeStock
Czemu nie zastosować tego modelu do transparentnego, a jednocześnie skutecznego wspierania innowacyjności? – pyta ekspert w dziedzinie cyberbezpieczeństwa Jan Kostrzewa.

Innowacyjność, kreatywność oraz przedsiębiorczość – to cechy, które sprawiają, że niektóre państwa mogą się pochwalić licznymi startupami. Tego Polakom, co potwierdzają badania, nie brakuje. Stary slogan reklamowy głosił: „Trzeba mieć fantazję i pieniądze, synku!". Fantazje mamy, ale co z pieniędzmi?

Rząd wiedząc o tym problemie, systematycznie, za pośrednictwem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) oraz innych instytucji, przeznacza miliardy złotych na innowacyjność. Czy jednak w pełni skutecznie? Ma miejsce pewien konflikt interesów. Urzędnicy, przyznający granty, nie chcą ryzykować, ale chcą mieć pewność, że nikt nie oskarży ich o defraudacje środków publicznych. W tym celu tworzą skomplikowane wymagania grantowe, co skutkuje tym, że zamiast startupów preferowane są duże, stabilne firmy. Zdolni, inteligentni ludzie zamiast realizować przyszłościowe i efektywne projekty, rozpisują granty, które i tak są skazane na przegraną w konfrontacji z dużymi koncernami. Praktycznymi beneficjentami wspierania innowacyjności zostają duże firmy, które zatrudniają młodych ludzi, wrzucając ich w korporacyjną hierarchię i obdzierając z początkowego zapału i kreatywności.

Miliony drobnych

Nie można grać na loterii startupów, nie podejmując ryzyka. Z drugiej strony, nie można też pozwolić urzędnikom bezkarnie ryzykować za nasze pieniądze. Choćby dlatego, że rodzi to prawdopodobieństwo tak kontrowersyjnych decyzji, jak ta z 2009 r., gdy 672 tys. zł dofinansowania zostało przeznaczone na... stronę internetową o kotach. Można by jednak pogodzić transparentność z ryzykiem, np. przenosząc odpowiedzialności za decyzje grantowe z urzędników na obywateli.

Najpierw się zastanówmy, czy istnieją już działające w praktyce i sprawdzone metody obywatelskiego wspierania innowacyjności. Są np. tzw. anioły biznesu. Grupa biznesmenów, którzy za udział w zysku zobowiązują się zainwestować prywatny kapitał w startup. Chociaż metoda jest sprawdzona, to na pewno nie można ją nazwać „obywatelską". Jeden człowiek, kierując się sobie znanymi motywami, podejmuje decyzje o zainwestowaniu prywatnych pieniędzy. Wyjątkowo trudne do przeniesienia na grunt publiczny. Dodatkowo młodzi przedsiębiorcy obawiają się wsparcia silnego inwestora, bo nie chcą w przyszłości stracić kontroli nad własną firmą.

Czy istnieje alternatywa? Tak, i jest nią crowdfunding (z ang.: crowd – tłum, funding – finansowanie). W przeciwieństwie do aniołów biznesu, którzy ze względu na istotny kapitał inwestycyjny oczekują zwrotu w postaci części zysków firmy, tu startupy zdobywają pieniądze od tysięcy drobnych ofiarodawców.

Jak działają platformy crowdfundingowe? Startup ogłasza, że na stworzenie nowego produktu potrzebuje np. 100 tys. zł. Następnie drobni ofiarodawcy zrzucają się po 50–100 zł. Jeżeli uda się uzbierać oczekiwaną kwotę, to jest ona przelana na konto startupu. Jeżeli nie – wraca do ofiarodawców. Dlaczego osoby decydują się wesprzeć prywatnymi pieniędzmi cudzy biznes? Po pierwsze, aby wspomóc ciekawy pomysł, ideę i dzięki temu poczuć się lepiej. Po drugie, w zamian dostają mały prezent. Czasami jest on symboliczny (np. kartka z podziękowaniami od autorów), a czasami bardzo wymierny (gotowy produkt w przedsprzedaży). Co ważne, w takim modelu nie ma możliwości ofiarowania części zysków czy akcji w ramach „prezentu". Dzięki temu unika się gigantycznych inwestorów, a finansowanie pozostaje niezależne i obywatelskie.

Kolejną zaletą takiego finansowania jest de facto przetestowanie zdolności marketingowych młodej firmy. Ileż znamy przypadków firm, które zaprezentowały wspaniały pomysł na papierze, grant został im przyznany, projekt zrealizowany, ale gdy doszło do komercjalizacji – miała miejsce spektakularna porażka? W przypadku finansowania obywatelskiego, jeżeli firma ma bardzo innowacyjny pomysł, ale nie potrafi go ładnie opakować i zebrać potrzebnych pieniędzy, to znaczy, że tym bardziej nie odnajdzie się na prawdziwym rynku.

Crowdfunding odniósł gigantyczny sukces na świecie. Przykładowo portal Kickstarter.com z sukcesem zakończył już 23 623 projekty techniczne, na które uzbierał w sumie imponującą kwotę 1 870 516 000 zł. To właśnie tam zostały zebrane środki na produkcję filmu „Twój Vincent", polskiego kandydata do Oscara. To tam pomysłodawca gry planszowej „Scythe" z grafikami Jakuba Różalskiego ogłosił, że poszukuje 33 tys. dol., a w efekcie uzyskał wsparcie... prawie 2 mln dol. od 17 tys. drobnych ofiarodawców! Taki start zapewnił grze nie tylko potrzebne pieniądze, ale też tak potrzebnych pierwszych nabywców. Warto dodać, że portal utrzymuje się i rozwija bez żadnej pomocy rządowej. Polacy przenieśli to zagraniczne rozwiązanie również na nasz grunt, tworząc takie portale jak np. Polakpotrafi.pl czy Wspieram.to.

Czemu nie wykorzystać tego modelu do transparentnego, a jednocześnie skutecznego wspierania innowacyjności przez rząd? Wystarczyłoby, by fundusz powołany przez państwo zobowiązywał się do połowicznego współfinansowania projektu, ale tylko w przypadku udanej zbiórki pieniędzy na platformie crowdfundingowej. Rola urzędników zostałaby ograniczona np. do decyzji, że zbiórka obywatelska ma dotyczyć projektu technicznego (a nie akcji charytatywnej).

Nie zamiast, ale obok

Decyzję, czy przyznać komuś pieniądze, podejmowaliby obywatele – głosując własnymi portfelami. Cała akcja zbiórki byłaby jawna, każdy mógłby spróbować w niej sił. Mało tego, możliwe, że taki prosty, a jednocześnie efektywny, model wspierania innowacyjności przekonałby zagraniczne startupy do rejestracji firm w Polsce. W efekcie najbardziej rzutkie umysły będą wspierać innowacyjność w Polsce tak, jak od dziesiątków lat wspierają ją np. w USA. Dodatkowo, ponieważ akcje byłyby jawne i każdy mógłby wpłacać pieniądze, osoby z różnych stron świata mogłyby naszą innowacyjność współfinansować.

Opisana powyżej forma finansowania startupów ma powszechnie znaną wadę. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że z crowdfundingu korzystają w zdecydowanej większości małe startupy. Nie jest możliwe uzbieranie z obywatelskich darowizn kilkuset milionów na nowy samochód elektryczny czy miliardów na Centralny Port Lotniczy. Jednak kwoty kilkudziesięciu czy kilkuset tysięcy złotych na produkcję aplikacji są już jak najbardziej realne.

Oznacza to, że przedstawiona koncepcja nie jest przeciwstawna wobec tradycyjnego finansowania przez NCBiR, ale uzupełnia je, trafiając do innej grupy docelowych inwestycji. Duże firmy z wielkimi projektami wciąż wnioskowałby do NCBiR, ale małe firmy „garażowe" miałyby szanse uzyskać dofinansowanie w sposób jawny, transparentny, opierając się na własnych siłach i jakości swojego produktu.

Smaczku dodaje fakt, że system finansowania obywatelskiego ma największe sukcesy w branży gier wideo. A Polska jest dziś rozpoznawalna na świecie właśnie dzięki takim grom, jak „Wiedźmin", „Dying Light", „Call of Juarez" czy „Frostpunk". Może innowacyjny sposób wspierania nowych gier pozwoli w pełni rozwinąć skrzydła polskim twórcom i uwolnić drzemiący w naszym narodzie potencjał?

Autor jest współtwórcą pierwszego polskiego sztucznego satelity PW-Sat

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA