fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Prawo dla Ciebie

Stanisław Gurgul: jak patriota rozumie Boga

AFP
Władzo, jakiekolwiek twe imię, zapobiegaj początkom!

Mam nadzieję, że olśnienie, którego ostatnio doznałem, pozwoli wygasić spór o to, czy w ostatnim Marszu Niepodległości szli sami nacjonaliści, naziści, ksenofobi etc., czy też wspaniali ludzie (w tym wywołujące rozczulenie dziatki), ogarnięci wyłącznie myślą o odzyskaniu niepodległości i korzystaniu z jej owoców. Otóż, prawda jest taka, że był to pochód światłych obywateli (tylko przez przypadek rozświetlony źle kojarzącymi się pochodniami i racami), a owi – jak twierdzą nasi wrogowie z Brukseli – nacjonaliści, naziści i ksenofobi to w gruncie rzeczy poligloci, władający szlachetnymi klasycznymi językami (łacińskie „Deus Vult" i grecki „Holocaust") oraz językami nam współczesnymi (arabski „islam" i niemieckie „Heil"). Rozumie się przy tym samo przez się, że jednoczesna znajomość tylu języków (zwłaszcza klasycznych, zwanych też martwymi) każe przyjąć jako „oczywistą oczywistość", że ich użytkownicy stanowili „margines marginesu" patriotycznego pochodu z 11 listopada (przy okazji: zachwyca mnie wyszukana stylistyka tych wyrażeń, zwłaszcza zaś ich głębia intelektualna).

Jeden okrzyk w różnych językach

Wróćmy jednak do naszych baranów, co rodzi przede wszystkim potrzebę wyjaśnienia, jaka jest geneza hasła „Deus vult" i jakie były skutki „zarażenia" nim umysłów jego odbiorców.

Hasło to pierwotnie brzmiało „Deus sic vult" (Bóg tak chce), a kierował je papież Urban II na synodzie w listopadzie 1095 r. do kwiatu rycerstwa całej katolickiej Europy, zgromadzonego na błoniach Clermont we francuskiej Owernii. Papież apelował do wszystkich chrześcijan, aby podjęli walkę o oswobodzenie Jerozolimy z rąk niewiernych, zgromadzeni zaś książęta, hrabiowie, baronowie etc. odpowiedzieli gromko – każdy w swoim języku: Bóg tak chce! Zagrzewając się tym okrzykiem uczestnicy I krucjaty (lata 1096–1099) dokonywali następnie pogromów ludności żydowskiej w miastach Nadrenii, dopuszczali się okrutnej masakry całej ludności w zdobytych miastach Ziemi Świętej, a po zdobyciu Jerozolimy urządzili jej mieszkańcom jatkę, którą pewien średniowieczny historyk chrześcijański, Raimund d'Aguilers, opisał tak oto: „Zaledwie nasi ludzie znaleźli się na murach i wieżach miasta, zaczęły się dziać straszne rzeczy: niektórym z jego mieszkańców poucinano głowy, inni mieli gorszą śmierć – spadali z murów podziurawieni grotami strzał, bardzo wielu spłonęło żywcem.

Na ulicach i placach widać było stosy odciętych głów, dłoni i stóp; ludzie i konie stąpali po trupach. Ale to jeszcze nic: opowiedzmy o świątyni Salomona, gdzie Saracenowie zwykli świętować swe uroczystości religijne. Cóż tam się zdarzyło? Gdybyśmy opowiedzieli całą prawdę, nikt by nam nie uwierzył; powiedzmy więc tylko, że w świątyni Salomona i w jej portyku brodzono we krwi po kolana i sięgała ona wysokości końskiego munsztuku. Słuszne wyroki Boskie sprawiły, że to miejsce, gdzie tak długo bluźniono Bogu, teraz zostało obmyte we krwi" (zob. co do tego: „Historia Europy", red. Frederic Delouche, Warszawa 1994, s. 149). Inny zaś historyk, już współczesny, napisał: „Straszną śmierć ponieśli jerozolimscy Żydzi. Schronili się oni w głównej synagodze miejskiej. Ponieważ wśród Krzyżowców powszechna była opinia (zupełnie fałszywa), że pomagali muzułmanom, podzielili ich los. Budynek synagogi podpalono i wszyscy zginęli w płomieniach" (tak Rafał Jaworski, Rzeczpospolita, 12 maja 2007 r., dodatek: „Bitwy świata. Zdobycie Jerozolimy 15 lipca 1099 r.", Zeszyt 9, s. 13)

Jeszcze bardziej przerażający obraz wszystkich tych wydarzeń namalowała Zofia Kossak–Szczucka w swoim cyklu powieściowym „Krzyżowcy", którego pierwszy tom opatrzyła – uwaga – tytułem „Bóg tak chce" (dalsze tomy to „Fides Graeca, Wieża Trzech Sióstr i Jerozolima wyzwolona"). Co ważne, obraz ten nie jest zapewne wytworem wybujałej wyobraźni pisarki, ponieważ swoje dzieła historyczne tworzyła ona – według notki encyklopedycznej – „z perspektywy katolickiej", a więc najprawdopodobniej w przekonaniu, że – co najmniej – nie należy szargać dobrego imienia bojowników o interesy Kościoła (swoje indywidualne też).

Hasło „Deus vult" (bez wyrazu „sic") stało się następnie dewizą Rycerskiego Zakonu Grobu Bożego w Jerozolimie (Bożogrobców), założonego w 1099 r. przez pierwszego władcę Królestwa Jerozolimskiego, Gotfryda de Bouillon, dla sprawowania opieki nad grobem Chrystusa. W 1128 r. papież zatwierdził regułę tego Zakonu, nadając mu nazwę Fratres Militia Templi (Rycerze Świątyni), używaną później powszechnie w wersji templariusze (warto tu wyjaśnić, że odłam tego zakonu funkcjonował również do XIX w. w Polsce pod nazwą Miechowitów, utworzoną od nazwy siedziby w Miechowie).

To są ponadczasowe prawdy

Historia uczy zatem (Historia wszak, jak powiedział wielki Marcus Tullius Cicero, to krynica prawdy i nauczycielka życia), że to samo hasło, głoszone w tym samym miejscu i czasie może inspirować „zwykłego, szarego człowieka" do skrajnie różnego zachowania: tak do popełniania przerażających zbrodni, jak i do aktów poświęcania swego życia dla bliźniego.

Nie mnie dokonywać analizy, jakie mechanizmy polityczne, ideologiczne, socjologiczne i psychologiczne powodują, że „zwykły, szary człowiek" może stać się świętym (jak ojciec franciszkanin Maksymilian Kolbe) albo np. Tamerlanem, który budował piramidy z czaszek mordowanych na jego rozkaz ludzi. Chcę tylko przypomnieć pewne ponadczasowe prawdy/postulaty, które – choć sformułowane przez „pełnokrwistych" pogan – dziwnie jakoś kojarzą się z zachowaniem naszych prawdziwych polskich, a zarazem chrześcijańskich elit. Szczególną wartość mają tu następujące sentencje/zasady:

1) nie znać historii i nie uczyć się na niej, to zawsze być dzieckiem (Marcus Tullius Cycero); od siebie tu dodam: być takim, złotoustym skądinąd ministrem, który nie widział i nie słyszał niczego zdrożnego w Marszu Niepodległości z 11 listopada, w szczególności, że niesiono tam płonące pochodnie, przywołujące na myśl nie tak odległe w czasie i przestrzeni „Fackelzuge";

2) zapobiegaj/przeszkadzaj początkom (Publius Ovidius Naso), czyli zwalczaj zło w zarodku, nim się zakorzeni i stanie się zbyt mocne, by je usunąć (cały ruch nazistowski mieścił się przecież początkowo w jednej Braukeller w Monachium);

3) władca, który nie karze/karci przestępców, podżega – Caius Suetonius Tranqillus);

4) kto nie zabrania dokonywać przestępstw kiedy może, nakazuje ich dokonywanie – Lucius Annaeus Seneca).

Co wypełzło z tych głów

W konkluzji pytam dramatycznie, czy Historia nauczyła nas, że zło należy niszczyć w zarodku, czy też dalej jesteśmy ślepymi dziećmi? W tym kontekście warto jeszcze przypomnieć niektóre fakty z odległej i niedawnej przeszłości oraz z teraźniejszości; mianowicie: W auto da fé, dokonanym w XI w. w świątyni Salomona w Jerozolimie uczestniczyli prekursorzy etosu chrześcijańskiego rycerstwa, w którym pokaźną liczbę stanowili hrabiowie, grafowie, baronowie etc. W spaleniu Żydów w XX w. w stodole w Jedwabnem brali udział statystyczni synowie miejscowego „ciemnego ludu": rolnik Półchłopek, rzemieślnik Rymarz, sklepikarz Kupiec itd. Obie te, jakże różne społeczności, kierowały się jednak tym samym przekonaniem, że tylko wymierzają palonym Żydom sprawiedliwość, bo wcześniej współpracowali oni z wrogami (w pierwszym przypadku z Saracenami, w drugim – z Rosjanami) prawdziwych chrześcijan i prawdziwych Polaków. Co się tyczy wydarzeń w Jedwabnem, należy przy tym, gwoli ścisłości naukowej, podkreślić, że a) opis zajścia, o którym mowa, nie jest wiarygodny, ponieważ jego źródłem są zeznania złożone przez osoby torturowane, b) narodowa tożsamość bezpośrednich sprawców spalenia stodoły nie jest znana, wiemy natomiast, kto pociągał za sznurki poruszające pacynki ryglujące i podpalające stodołę i kto był rzeczywistym kreatorem tych wydarzeń (kreator to oczywiście ktoś inny niż kreatura, np. ta bredząca o wymuszeniu torturami określonej wersji wydarzeń w Jedwabnem).

Nad twierdzeniami tymi – mówię to z całą powagą – „trzeba się pochylić", bo wyszły z głów osób, które otacza nimb piastowanego stanowiska, z czym wiąże się domniemanie wszechwiedzy, prawdomówności i sterylnej uczciwości. Myślę też, że na autorów tych odkrywczych interpretacji powinien spaść w nagrodę rzęsisty deszcz nieważkich konfetti i bardziej ważących szeleszczących banknotów, o wartości wyższej nawet niż ostatnie nagrody rządowych ministrów.

Kwestia wyobrażeń

Jestem pewny, że pacynki występujące na scenie w Jedwabnem nie zagrzewały się okrzykiem Deus (sic) vult, nie miały bowiem klasycznego wykształcenia; przeraża mnie jednak samo przypuszczenie, że tak właśnie mogły myśleć całkiem po polsku.

I na koniec. Trawestując tytuł powieści Pierre'a la Mure „Miłość niejedno ma imię" (opartej na motywach biografii kompozytora Feliksa Mendelssohna-Bartholdy'ego) powiem, że hasło Deus vult niejedno ma znaczenie. Jest to zaś wynikiem tego, że Bóg sam z siebie nie mówi, czego chce , lecz „zwykły, szary człowiek" przypisuje mu swoje własne wyobrażenia o tym, co jest dobre i co może i powinien uczynić tu i teraz (analogicznie, to nie Bóg wyrył na tablicach przykazania dekalogu lecz Wielki Prawodawca imieniem Mojżesz). Takie też przekonanie żywili zapewne ci, którzy w Katowicach wykonali wyrok śmierci przez powieszenie in effigie na sześciu europosłach.

Chciałbym odgadnąć, co kryje się za hasłem Deus vult niesionym – przypomnę – przez poliglotów tworzących czołówkę Marszu Niepodległości z 2017 r. Przerażona pamięć podsuwa mi obraz banera rozpiętego w 2015 r. na moście w Poznaniu, z napisem "Módlmy się o islamski holokaust" (po co jednak trudzić moce nadprzyrodzone; po prostu: „zróbmy sami islamski holokaust"). Wołam więc gromko ex profundis cordis: władzo, jakiekolwiek masz imię, zapobiegaj początkom!

Autor jest sędzią w stanie spoczynku

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA