Praca

Kij czy marchewka? Jak firmy próbują walczyć z palaczami

Fotolia
Palenie papierosów staje się coraz mniej popularne, a do społecznego nacisku piętnującego palaczy zaczynają dołączać pracodawcy. Część z nich stawia na restrykcje, ale przybywa też firm oferujących pomoc w rzuceniu nałogu.

Czasy niemiłosiernie zadymionych biur i kawiarni, korytarzy urzędów, pokoi nauczycielskich, pociągów czy nawet samolotów, mamy już szczęśliwie za sobą. Dzisiaj papieros w ustach jest passé, a po zakazie palenia w miejscu pracy poza wyznaczonymi strefami kolejne przestrzenie publiczne są czyszczone z tzw. dymku.

Palcie pod chmurką

Co nie znaczy, że palacze w pracy są bezwzględnie tępieni. Pracodawcy starają się raczej wyznaczyć jakieś miejsce dla swoich pracowników-nałogowców. Niektóre firmy inwestują w profesjonalne palarnie (choć to drogie przedsięwzięcie), najczęściej zaś dają możliwość palenia pod chmurką.

– W naszej firmie obowiązuje zakaz palenia w budynkach, poza terenem biura są wyznaczone miejsca dla osób palących – informuje giełdowa spółka LPP (właściciel m.in. Reserved). – W jednostkach organizacyjnych typu zamkniętego, jak np. sortownie, zostały wyznaczone na zewnątrz obiektu miejsca oznaczone z napisem: „Tu wolno palić" – podaje Poczta Polska. Szczególnych uregulowań w tym zakresie nie ma PKP SA. Miejsca dla palących są wyznaczone poza siedzibą spółki – twierdzi potentat kolejowy w Polsce.

Czytaj także: Producenci oburzeni nowymi przepisami. Slimy w grubej paczce 

W sumie można mówić o pewnej tolerancji dla palaczy i względnej równowadze pomiędzy ich potrzebami a interesem osób niepalących. Potwierdzają to badania przeprowadzone przez Gdański Uniwersytet Medyczny wśród pracodawców. Okazuje się, że ponad połowa firm uważa, że palenie to osobista sprawa pracownika a pracodawcy nic do tego.

To nastawienie może się jednak zmienić. Obok kampanii prozdrowotnych, wskazujących na szkodliwość palenia, przybywa badań na temat strat finansowych, jakie firmy ponoszą w efekcie nawyków palaczy. A strat firmy już nie będą tolerować...

Przykładowo: z badań agencja zatrudnienia Work Service wynika, że 24 proc. Polaków codziennie pali w miejscu pracy. Średnio wypalają po 8,7 papierosa, robiąc sobie kilka kilkuminutowych przerw. I choć w tym czasie nie pracują, to pobierają wynagrodzenie. Eksperci Work Service wyliczyli więc, że takie „płacenie" za bezproduktywnie spędzony czas kosztuje pracodawców ok. 30 mln złotych dziennie. W skali roku mamy już około 8 mld zł strat.

– Jeden papieros to tylko kilka minut, ale palacz przez 250 dni pracy w ciągu roku poświęci na palenie łącznie 160 godzin – zwraca uwagę Andrzej Malinowski, prezydent Pracodawców RP. – Dzieląc ten czas na 8-godzinne dni pracy, jest to 20 dni! Czyli de facto drugi urlop – alarmuje.

Odpracuj stracony czas

Wyliczenia strat sprawiły, że Pracodawcy RP ruszyli we wrześniu z kampanią „Firma wolna od tytoniu" (w ramach programu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego). – Palący pracownik jest mniej wydajny, bo przerywa pracę. Jest też bardziej podatny na choroby i absencje – podkreśla Malinowski. Chodzi o to, że palenie pod chmurką praktykuje się także jesienią i zimą, co sprawia, że nałogowcy są bardziej narażeni np. na przeziębienia.

Do tego grupa ludzi w oparach dymu i chodnik usłany niedopałkami przed wejściem do eleganckiego biurowca psuje wizerunek firmy (zgadza się z tym stwierdzeniem około połowa ankietowanych pracodawców). Eksperci przypominają też, że z kolei wśród osób niepalących może pojawić się poczucie niesprawiedliwości, bo skoro mają mniej przerw, to więcej pracują – z czym zgadza się mniej więcej połowa badanych.

Kampania „Firma wolna od tytoniu" ma się stać punktem zwrotnym w traktowaniu problemu palenia w pracy. – Nie chcemy stygmatyzować palaczy – zastrzega Andrzej Malinowski. – Kładziemy nacisk na koszty palenia dla firm po to, by przekonać pracodawców do wspierania pracowników w rzucaniu palenia. To wsparcie może przyjmować różne formy – wyjaśnia.

Jak pracodawca może pomóc w walce z paleniem? – Firmy podchodzą do tego bardzo różnie – przyznaje Andrzej Kubisiak, ekspert rynku pracy. Niektóre traktują nałóg dosyć restrykcyjnie – już na etapie rekrutacji. Choć pytanie kandydata o to, czy pali, nie jest dozwolone, lecz część firm stara się nie zatrudniać palaczy ze względu na związane z tym koszty (np. konieczność wydzielania specjalnych stref).

Sporo przedsiębiorstw, (zwłaszcza w sektorze produkcyjnym) decyduje się też na wdrożenie systemów kontroli czasu pracy. Popularne karty zbliżeniowe pozwalają dokładnie określić, ile trwała przerwa na dymek. Zwykle ma to wymuszać większą dyscyplinę pracy, a palacze niekiedy są „zmuszani" do odpracowania straconego czasu (o ile wyjście na papierosa przekracza czas przysługujący na odpoczynek w pracy.

Promocja niepalenia

– Firmy intensywnie szukają sposobów na poprawę wydajności pracy, zaczyna się liczyć każda minuta, więc kwestia podejścia do palaczy będzie nabierać znaczenia – przewiduje Andrzej Kubisiak. I ocenia, że lepiej niż restrykcje sprawdzają się narzędzia motywujące palaczy do ograniczenia nałogu. Szczególnie w branżach tzw. kreatywnych, gdzie – jak twierdzą palacze – przerwa na dymek to najlepszy sposób na skupienie myśli i rozwiązywanie problemów.

Pewien odsetek firm – co prawda na razie niewielki – już zresztą takie metody stosuje. Wprowadzają je w ramach programów well-being i promocji zdrowego trybu życia, które zachęcają m.in. do sportu i zdrowego odżywiania, albo wprost finansują palaczom terapię odwykową.

– Im więcej takich rozwiązań, tym lepiej. A moim zdaniem warto też wprowadzać jeszcze bardziej bezpośrednie zachęty dla niepalących – np. jeden czy dwa dni dodatkowego urlopu – proponuje Kubisiak.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL