fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Protest w Sejmie: Czy PiS odetnie paliwo opozycji

Fotorzepa, Robert Gardziński
Manifestują już obie strony, emocje buzują, ale to raczej nie na ulicy rozstrzygnie się wynik politycznego sporu.

Kryzys. Parlamentarny, konstytucyjny, ustrojowy. Od kilkunastu dni opozycja atakuje na ulicy władzę i kreuje obraz Polski zniewolonej i pogrążonej w chaosie. Rządzący nie pozostają dłużni.

Czy opinia publiczna śledzi ten spektakl? Czy opozycja osiągnie swój cel? Do czego może doprowadzić zapowiadana na styczeń manifestacja zwolenników PiS?

Podzieleni w rocznicę

„Dzisiaj nasza władza (...) atakuje nas, odbiera nam wolności nasze, chce odebrać wolności pracownikom". Jest 13 grudnia. Nie 1981, lecz 2016 r. Tych słów nie wypowiedział Lech Wałęsa w Polsce Ludowej, lecz Mateusz Kijowski w III RP.

Na ulicach Warszawy pojawili się jednocześnie przedstawiciele dwóch przeciwstawnych obozów. Hasło „Stop dewastacji Polski" zjednoczyło 5 tys. osób, o 3 tys. więcej niż stanęło u boku Jarosława Kaczyńskiego, Beaty Szydło i Andrzeja Gwiazdy (dane stołecznej policji).

Opozycja wykorzystała 13 grudnia do ofensywy przeciwko rządzącym. Było symbolicznie. Manifestacja KOD wyruszyła spod dawnej siedziby władz partii komunistycznej. Zakończył ją wiec przed siedzibą PiS. Mocno wybrzmiały słowa Radomira Szumełdy z KOD: „Jarosławie »Demolko« Kaczyński odwal się wreszcie od Polski raz na zawsze". Zapowiadano protesty przeciwko obchodom miesięcznic smoleńskich, domagano się zatrzymania „deformy edukacji", a feministka prof. Monika Płatek mówiła o zamachu na konstytucję. Na banerach królowały hasła takie jak „Generał Kaczyzelski" czy „Trybunał stanu dla pislamu".

Na placu Trzech Krzyży, gdzie zwolenników zgromadził PiS, była modlitwa za ofiary stanu wojennego i apel pamięci. Ale i tam pojawiły się transparenty z hasłami jak „Wolna Polska kontra Czerska mać" czy „PO, Nowoczesna, KOD = Targowica".

Co mówi odtworzenie przebiegu tych manifestacji? W warstwie emocjonalnej i różnorodności przekazu przedstawiciele opozycji pobili oponentów na głowę. Interes polityczny wziął zarazem górę nad refleksją historyczną. Starano się uwypuklić analogie między wydarzeniami oddalonymi od siebie o 35 lat. To próba zbicia kapitału na strachu, przypisania cech komunistycznych władców przedstawicielom obecnej władzy.

Na ulicach także innych miast, z inspiracji lokalnych sympatyków KOD, rekonstruowano grozę minionej epoki. W Gdyni zaaranżowano miasteczko strajkowe. Były postulaty na tekturowej tablicy i koksowniki. W Łodzi przed siedzibą PiS ok. 2 tys. osób pikietowało pod hasłem „Pełzający stan wojenny".

Demonizowanie przedstawicieli władzy, negowanie działań rządu, wreszcie przyprawienie młodej polskiej demokracji gęby komunistycznej i dyktatorskiej. Na ulicach miast mieliśmy pokaz siły opozycji totalnej, dla której nie ma żadnych świętości. Wielu z tych ludzi pojawiło się po kilku dniach przed gmachem parlamentu.

Napięcie wytworzone na ulicach stolicy we wtorkowy wieczór przetrwało bowiem do piątku. 16 grudnia złe emocje zawładnęły Sejmem (spór o mównicę, o legalność budżetu uchwalonego w Sali Kolumnowej) i wylały się przed gmach parlamentu.

– W kryzysie parlamentarnym dostrzegam ducha stanu wojennego. Tak wtedy, jak i dziś obserwujemy podział na dwa wrogie obozy. Interes państwa schodzi na drugi plan. W czasach PRL celem był demontaż systemu komunistycznego. Zastosowanie dziś podobnej strategii przez opozycję może doprowadzić do upadku państwa demokratycznego – przestrzega prof. Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Jego zdaniem obserwujemy kolejny etap trwającej od lat wyniszczającej walki między PiS a PO. Dziś wzmocniona aktywnością KOD i pozostałych środowisk opozycyjnych nabrała ostrzejszej formy. Zwarcie było nieuniknione.

O ile w postulatach opozycji zawartych w piśmie do marszałka Sejmu odnajdujemy język parlamentarny („oczekujemy zaprzestania stałego łamania konstytucji", „chcemy przywrócenia możliwości wykonywania przez media ich konstytucyjnego prawa informowania opinii publicznej o prawach parlamentu RP"), o tyle już całkiem inny zdominował wystąpienia przed parlamentem. Tam do sympatyków KOD dołączyli byli i obecni politycy, publicyści. W słowach nie przebierali Radosław Sikorski, Stefan Niesiołowski czy Tomasz Lis.

W sieci rozgorzała dyskusja pod powielanymi zdjęciami Jarosława Kaczyńskiego, który z Sejmu wyjeżdżał z uśmiechem na ustach. Bohaterem „Wiadomości" został „symulant" i „prowokator" Wojciech Diduszko, który w teatralnym geście „poległ" na jezdni przed Sejmem.

A to był dopiero początek teatru na ulicy. W kolejnych dniach na Krakowskim Przedmieściu gromadzili się zarówno sympatycy KOD, jak i wspierający władzę członkowie Klubów „Gazety Polskiej". Głos zabrała premier, prezydent wydał oświadczenie, potem odbył serię rozmów z liderami opozycji. Z przedstawicielami mediów negocjował marszałek Senatu Stanisław Karczewski. Ludzie gromadzili się zarówno przed Trybunałem Konstytucyjnym, jak i lokalnymi biurami PiS.

A pozytywny program?

W gąszczu oskarżeń, pojednawczych bądź quasi-pojednawczych gestów, okrzyków demonstrantów i bijących po oczach haseł na transparentach przepadła szansa na kompromis. Nie dają jej oferta Jarosława Kaczyńskiego złożona kilka dni temu opozycji ani niesłabnąca determinacja polityków PO i Nowoczesnej w okupowaniu sali plenarnej Sejmu. Na pewno światełkiem w tunelu nie jest też zapowiadana na styczeń duża kontrmanifestacja zwolenników obozu władzy, a zarazem zagorzałych przeciwników opozycji.

– To będzie próba sił. Naturalna odpowiedź na wzmożoną aktywność opozycji – zauważa prof. Jan Garlicki, politolog z UW.

– PiS w kontrze do przekazu środowisk opozycyjnych będzie chciało pokazać, że ma poparcie społeczeństwa, a opozycję wspiera tylko część wielkomiejskiego elektoratu – dodaje prof. Norbert Maliszewski, ekspert od marketingu politycznego z UKSW.

Z kolei zdaniem prof. Kika partii Jarosława Kaczyńskiego zależy na przywróceniu równowagi w mediach, zwłaszcza zagranicznych, w których w ostatnich dniach przeważa wrażenie wypowiedzenia przez obywateli posłuszeństwa władzy.

Według ekspertów do demonstracji z udziałem związkowców Solidarności, rolniczego OPZZ i sympatyków „Gazety Polskiej" może nie dojść pod jednym warunkiem. – PiS po konferencji z udziałem Jarosława Kaczyńskiego stworzyło wrażenie, że jest stroną skorą do kompromisu. Pojednawcze gesty, dialog z dziennikarzami podają w wątpliwość część postulatów opozycji. Jeśli taki przekaz trafi do społeczeństwa, manifestacja będzie zbędna – uważa prof. Maliszewski.

Kluczowe mogą zatem okazać się badania nastrojów Polaków. Eksperci, z którymi rozmawiała „Rzeczpospolita", są podzieleni w ocenie znaczenia frekwencji dotychczasowych manifestacji i tej zapowiadanej na styczeń.

– Nie przywiązuję wagi do liczb. To kwestia drugorzędna. Kluczowe jest to, że opozycji w ogóle udało się zmobilizować ludzi. Dziś może protestować 100 osób, jutro 50 tys. – przekonuje prof. Garlicki.

Maliszewski zauważa, że „trudno jest skłonić Polaków do wyjścia na ulicę". – KOD ta sztuka się udała, choć frekwencja nie powala na kolana. Prawdziwej skali mobilizacji społeczeństwa nie pokazują dziś jednak ludzie na ulicy, ale ich aktywność w mediach społecznościowych. Tam wielu internautów zamanifestowało swoje oburzenie – podkreśla.

Według prof. Kika przed Sejmem pojawił się ułamek elektoratu wielkomiejskiego. – Ten konflikt kończy się 300 metrów od budynku Sejmu. Mieszkańcy prowincji nie rozumieją sporu o budżet – uważa politolog.

Wpływ na dynamikę wydarzeń w Polsce może mieć zmiana układu sił w TK i odejście prof. Andrzeja Rzeplińskiego. Zdaniem prof. Garlickiego opozycja bazująca na krytyce władzy może stracić polityczne paliwo. – Aby być alternatywą dla władzy, nie wystarczy jej atakować. Trzeba znaleźć adresata swej oferty i dotrzeć do niego z pozytywnym programem – dodaje.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA