fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Włochy: Stracone pokolenie

Lider populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd Beppe Grillo naciska na wcześniejsze wybory. To pozwoli mu jeszcze skuteczniej blokować reformy.
PAP/EPA, Luca Zennaro
Kraj będzie potrzebował 18 lat, aby odzyskać dochód narodowy sprzed kryzysu – mówi szef banku centralnego.

Na początku maja mieszkańcy Wiecznego Miasta przecierali oczy ze zdumienia, zjeżdżając do nowo otwartej stacji San Giovanni trzeciej linii metra. To była prawdziwa podróż w czasie, bo przed pasażerami ukazało się niezwykłe podziemne muzeum z 40 tysiącami eksponatów pochodzącymi z dawnych koszar Hadriana z drugiego wieku naszej ery, ale też wielu innych stanowisk archeologicznych, na jakie natknęli się budowniczowie podziemnej kolejki.

Polska goni Włochy

Ale ten niezwykły skarb jest też przekleństwem Rzymu. To on powoduje, że stolica ma fatalną infrastrukturę komunikacyjną a opóźnienie w budowie jakże potrzebnej nowej linii metra niedługo nie będą już liczone w latach tylko dziesięcioleciach.

– Z naszym krajem jest podobnie: zwolennicy przeprowadzenia reform co chwilę napotykają interesy tej czy innej grupy społeczeństwa i nie są w stanie posuwać zmian do przodu – mówi „Rzeczpospolitej" proszący o zachowania anonimowości włoski dyplomata w Brukseli.

Kilka dni temu prezes banku centralnego Włoch Ignazio Visco wystawił rachunek za takie zaniechania.

– Dochód narodowy Włoch wróci do poziomu z 2007 roku w połowie przyszłej dekady – oświadczył.

To powoduje, że kraj spada w Unii do zupełnie innej ligi. Jeszcze przed wybuchem kryzysu poziom rozwoju Włoch był porównywalny z Francją, ale teraz coraz bardziej zbliża się do tego, jaki notuje Polska. Jak podaje MFW, w tym roku przy uwzględnieniu realnej mocy nabywczej walut narodowych dochód na mieszkańca wyniesie 37,9 tys. USD (w naszym kraju 29,3 tys. USD), ale już za pięć lat będzie to 43,9 tys. USD, nie tak znowu więcej, niż w Polsce (37,7 tys USD).

W tym roku, jak przewiduje Komisja Europejska, włoska gospodarka będzie się rozwijała trzykrotnie wolniej niż polska. Tak jest od lat.

– Już przez dwie dekady przed wybuchem kryzysu Włochy rozwijały się najwolniej ze wszystkich krajów rozwiniętych. Potem mieliśmy wyjątkowo silne załamanie w 2009 r. i jeszcze jedną recesję w 2012 r., czego nie przeżyły inne kraje Unii. Stąd tyle czasu zajmie powrót do poziomu gospodarczego sprzed kryzysu – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Ettore Greco, wiceszef Instytutu Spraw Międzynarodowych (IAI) w Rzymie.

Zadłużony po uszy (tylko Grecja ma w UE większe zobowiązania w stosunku do PKB) kraj musi od kilku lat ciąć wydatki publiczne, aby zapobiec bankructwu. Ale inwestować nie chcą także firmy prywatne.

– Mamy bardzo niewydolną administrację publiczną, wymiar sprawiedliwości nie jest w stanie egzekwować prawo, koszty pracy są tak wysokie, że obce firmy wolą produkować gdzie indziej – uważa Ettore Greco.

W grudniu zeszłego roku lewicowy premier Matteo Renzi podał się do dymisji po klęsce referendum, które miało usprawnić pracę parlamentu. Od tego czasu Włosi mogą się w każdej chwili spodziewać rozpisania przedterminowych wyborów. Najpóźniejszy termin głosowania to maj przyszłego roku.

– Nie spodziewam się, aby w wyniku tych wyborów została wyłoniona większość popierająca reformy. Przeciwnie, skład parlamentu okaże się jeszcze bardziej rozdrobniony, bo nowa ordynacja będzie jeszcze sprzyjała małym ugrupowaniom politycznym – uważa Greco.

Zagrożony plan Macrona

Po wojnie włoska scena polityczna była podzielona na dwie części, najpierw chadecję i komunistów, później lewicową Partię Demokratyczną (PD) i centroprawicę Forza Italia Silvio Berluscioniego. Ten pejzaż polityczny został jednak zaburzony po kryzysie, gdy niemal równie duże poparcie co PD uzyskał populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd byłego komika Beppe Grillo oraz dążąca do głębokiej decentralizacji kraju Liga Północna.

– W takim układzie zbudowanie większości dla przeprowadzenia jakichkolwiek reform jest niemal niemożliwe. Po wyborach spodziewam się powstania wielkiej koalicji PD i prawicy, ale to są ugrupowania o zupełnie innym programie. Berlusconi nie chce żadnych reform, dba tylko o ochronę interesów branżowych, wielokrotnie to udowodnił. Tylko Partia Demokratyczna jest jeszcze gotowa do przeprowadzenia zmian, ale ma za małe poparcie – mówi Ettore Greco.

Brak reform to niejedyny problem, który wstrzymuje rozwój gospodarki. Miesiąc temu premier Paolo Gentiloni zorganizował szczyt przywódców G7 w urokliwej miejscowości Taormina na Sycylii, ledwie 300 km od wybrzeży Afryki. Chciał zwrócić uwagę społeczności międzynarodowej na narastający problem imigrantów. Ale bez skutku: do tej pory kraje Unii przyjęły w ramach programu realokacji ledwie 6 tys. uchodźców z Włoch, 11 proc. tego, co obiecały. Od początku roku na półwysep dotarło już z Libii 59 tys. uciekinierów, o jedną trzecią więcej niż w zeszłym roku. Jeśli to tempo nadal się utrzyma, w całym 2017 roku przybędzie 230 tys. imigrantów, co przełoży się na przynajmniej 5 mld euro dodatkowych kosztów dla włoskiego budżetu.

Jak przyznaje minister finansów Pier Carlo Padoan, kraj będzie też potrzebował poważnych środków, aby ustabilizować kondycję czołowych banków kraju: UniCredit i Intesa Sanpaolo. Rekordowy udział złych długów w sektorze finansowym to jeszcze jeden efekt niedającej się zreformować gospodarki.

– Problemy Włochy mają szerszy, europejski wymiar. Bez ich rozwiązania nie jest możliwa reforma strefy euro, do jakiej dąży Emmanuel Macron. Niemcy się na nią nie zgodzą, zanim Włochy nie staną się wiarygodnym partnerem. A bez udziału Włochów budowa nowej unii walutowej też nie jest możliwa: nasze gospodarki są zbyt zintegrowane – mówi Ettore Greco. ©?

masz pytanie, wyślij e-mail do autora: jedrzej.bielecki@rp.pl

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA