fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Stankiewicz: Smoleńsk testem dla prezydenta

PAP, Adam Warżawa
Czy mówiąc o przebaczeniu, Andrzej Duda jest wiarygodny? To się okaże, gdy prezes PiS zacznie rozliczenia za tragedię.

Zdeklarowani stronnicy PiS, którzy w niedzielę przyjechali na pierwszą po zdobyciu władzy przez tę partię rocznicę smoleńską, byli wyraźnie skonfundowani, gdy usłyszeli słowa prezydenta Andrzeja Dudy przed Pałacem Prezydenckim.

– Było tu wiele dramatycznych zdarzeń. Zdarzeń często gorszących, do jakich nigdy nie powinno dojść w Rzeczypospolitej. A te wydarzenia wlały w serca, w wiele serc, dodatkową gorycz, dodatkowe rozżalenie, czasem wiele gniewu. Dlatego zwracam się dziś do wszystkich z apelem: wybaczmy. Wybaczmy to wszystko sobie wzajemnie. Apeluję o to wybaczenie, bo ono jest dzisiaj i nam, i Polsce, której przyszłość musimy budować wspólnie, ogromnie potrzebne, niezbędne – stwierdził Andrzej Duda.

Napięcie rośnie

Gdy jednak na scenę wieczorem wkroczył Jarosław Kaczyński, padły słowa zgoła inne, bliższe oczekiwaniom smoleńskiego elektoratu. – Za tę tragedię, niezależnie od tego, jakie były jej przyczyny, ktoś odpowiada, przynajmniej moralnie. I odpowiadał za to poprzedni rząd – Donalda Tuska – oświadczył. I wyraźnie krytycznie odniósł się do słów Dudy. – Tak, przebaczenie jest potrzebne, ale przebaczenie po przyznaniu się do winy i po wymierzeniu odpowiedniej kary. Polacy wielokrotnie mylili się, kiedy przebaczali zbyt łatwo.

Ten dysonans to nie przypadek. Według informacji „Rzeczpospolitej" między prezydentem a prezesem PiS od dłuższego czasu iskrzy. Jak wynika z pogłosek dobiegających z Pałacu Prezydenckiego, w Dudzie narasta przekonanie, że PiS od wyborów popełnił serię błędów politycznych i personalnych. Prezydent ma wątpliwości, czy – jak zapewnia lider PiS – lipcowy szczyt NATO zakończy się sukcesem. Za dramatyczną prezydent uważa sytuację w stadninach koni, która uderza w wizerunek Polski. Zaczyna także inaczej patrzeć na katastrofę smoleńską, czego niedzielne wystąpienie jest najlepszym dowodem.

Równocześnie Jarosław Kaczyński – mówiąc najoględniej – nie traktuje Andrzeja Dudy jak odrębnego gracza politycznego. Potrafi się o nim wypowiadać lekceważąco nie tylko wśród najbliższych współpracowników, ale nawet w szerszym gronie. Paradoksalnie – prezes PiS obwinia prezydenta za sporą część awantury o TK. Czemu? Bo z kalendarza i z konstytucji wynika, że gdyby Andrzej Duda zarządził pierwsze posiedzenie nowego Sejmu przed 7 listopada, to PiS miałby pełne prawo do wprowadzenia do TK pięciu sędziów w miejsce prawników wybranych przez Platformę. Prezydent zarządził posiedzenie 12 listopada, stąd w konsekwencji spór o status sędziów Platformy.

Prezes spotyka się z prezydentem sporadycznie, ostatnio głównie na pogrzebach – byłej wicepremier Zyty Gilowskiej i posła PiS Artura Górskiego. Kaczyński nie informuje Dudy o swych planach politycznych i nie konsultuje decyzji personalnych. Oczekuje za to pełnego podporządkowania i kolejnych automatycznych podpisów pod ustawami PiS. Pomysły prezydenta całkowicie lekceważy. Od wyborów nie został wprowadzony ani jeden projekt Andrzeja Dudy – ani obniżenie wieku emerytalnego, ani podniesienie kwoty wolnej od podatku, ani przewalutowanie kredytów frankowych.

Ewolucja Dudy

W kwestii Smoleńska Andrzejowi Dudzie wiarygodności odmówić nie można. W momencie katastrofy 10 kwietnia 2010 r. był prawnikiem Lecha Kaczyńskiego, jednym z niewielu prezydenckich ministrów, którzy pozostali przy życiu. To on domagał się od wkraczających tego dnia do Kancelarii Prezydenta przedstawicieli PO na czele z Bronisławem Komorowskim dokumentów potwierdzających śmierć Lecha Kaczyńskiego. Przejęcie władzy przez nich nazywał wówczas „zamachem stanu".

Był lojalnym członkiem smoleńskiego zespołu Antoniego Macierewicza i jednym z nielicznych posłów PiS młodego pokolenia zakładających, że w Smoleńsku mogło dojść do zamachu.

Gdy trzy lata temu w „Rzeczpospolitej" pisaliśmy na ten temat, tak nam mówił: – Nie mogę wykluczyć, że ludzie z polskiego rządu mają z tym coś wspólnego.

Niedzielna przemowa wskazuje na jego ewolucję. – Tragedia smoleńska, to, co się przed nią działo i po niej, była wielkim, dramatycznym świadectwem bylejakości naszego państwa, złego rządzenia, błędów – stwierdził.

Jeśli jednak na przykładzie Smoleńska prezydent chciał pokazać swą niezależność od Kaczyńskiego, to sporo ryzykuje. Bo – co pokazał dobitnie finał niedzielnych obchodów smoleńskich – dla Jarosława Kaczyńskiego w tej kwestii nie ma miejsca na kompromisy. Wręcz przeciwnie – lider PiS zapowiedział stosowanie w rozliczeniach za Smoleńsk kodeksu karnego. Zatem prawdziwy test dla prezydenta nadejdzie, jeśli Jarosław Kaczyński rzeczywiście rozpocznie prawne i karne rozliczanie tych, o których odpowiedzialności za Smoleńsk sam jest od lat przekonany.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA