fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Hongkong skazany na „chińskich patriotów”

AFP
Pekin wbił ostatni gwóźdź do trumny hongkońskiej demokracji. Najbliższe wybory pod dyktando Partii Komunistycznej odbędą się już w grudniu.

We wtorek Pekin wprowadził w życie zapowiadaną wcześniej kontrowersyjną reformę systemu wyborczego w Hongkongu. Z relacji lokalnych mediów wynika, że Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (OZPL) podjął „jednogłośną decyzję". Liczbę miejsc w hongkońskim parlamencie zwiększono z 70 do 90, ale zmniejszono jednocześnie liczbę mandatów z 35 do 20, które będą przyznawane w wyborach powszechnych. Reszta już nie będzie wybierana przez mieszkańców miasta, lecz przez lojalne wobec Pekinu komitety elektorskie i branżowe (odpowiednie komitety w fabrykach i zakładach pracy).

Chińskie władze utrzymują, że chodzi wyłącznie o to, by regionem zarządzali „patrioci" i że w lokalnych wyborach będą mogli uczestniczyć przedstawiciele wszystkich warstw społecznych, od robotników fabryk do profesorów uczeni wyższych i biznesmenów. Ale kluczem ma być lojalność wobec Komunistycznej Partii Chin.

– Decyzja władz w Pekinie nie pozostawia już przestrzeni do wolności. O tym, kto będzie kandydował, zadecyduje specjalna komisja, która będzie obradowała tajnie i jej decyzje nie będą podlegały rewizji sądowej. A to oznacza, że władze w sposób potajemny od początku do końca będą sterować procesem wyborczym – mówi „Rzeczpospolitej" sinolog Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich i redaktor portalu zawielkimmurem.net.

Przyznaje, że do całkowitego dokręcenia śruby w regionie pozostało już bardzo niewiele. – Pozostają jedynie dwie niezależne strefy: media i sądownictwo. Formalnie w Hongkongu wciąż nie ma cenzury i istnieją wolne media, ale już stosują autocenzurę. Następnym krokiem władz Chin może być wyeliminowanie pozostałych w regionie niezależnych sędziów i całkowite podporządkowanie sądownictwa. Nie ma wątpliwości, że władze w Pekinie podejmą te kroki, to już tylko kwestia czasu – dodaje.

Znany polski sinolog i wykładowca akademicki prof. Bogdan Góralczyk twierdzi, że władze chińskie od początku ograniczały wolność w regionie, odkąd został przekazany przez Wielką Brytanię pod jurysdykcję Chin w 1997 r. na zasadzie „jeden kraj, dwa systemy". W świetle zawartych wtedy pomiędzy Londynem a Pekinem porozumień region miał działać na specjalnych zasadach autonomicznych do 2047 r. – Tyle że sprytna dyplomacja chińska nie sprecyzowała, co będzie z demokracją w Hongkongu. Była wolność gospodarcza i podstawowe wolności obywatelskie, ale nie było jasne, jak ma wyglądać system polityczny, bo w dokumentach tego nie uwzględniono – mówi „Rzeczpospolitej" Góralczyk.

Dodaje, że działania Chin w Hongkongu budzą poważnie zaniepokojenie na Tajwanie. – Tajwan już zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma „jednego kraju i dwóch systemów", tylko jeden kraj, jedna flaga i jeden system. Sondaże pokazują, że zaufanie i chęć do forsowanego przez Pekin pokojowego zjednoczenia z Chinami są tam zdecydowanie mniejsze niż rok temu – twierdzi polski sinolog. Nie wiadomo na razie, jak sytuacja polityczna przełoży się na gospodarkę Hongkongu. – To będzie zależało od tego, czy biznes zachodni przymknie na to oko – twierdzi Góralczyk.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA