fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Siedmiu posłów Partii Pracy zakłada nowe ugrupowanie

Chuka Umunna (w środku) od wielu miesięcy jest twarzą kampanii na rzecz powtórnego referendum. Teraz jest jednym z siedmiu deputowanych Partii Pracy, którzy założyli nowe ugrupowanie
AFP
Siedmiu posłów Partii Pracy zakłada nowe ugrupowanie. Załamuje się system dwupartyjny, kolejna ofiara brexitu.

Na konferencji zwołanej przez rebeliantów pierwsza zabrała głos Luciana Berger, deputowana z Liverpoolu będąca w dziewiątym miesiącu ciąży. Z trudem powstrzymując emocje, przypomniała, jak przywódca partii Jeremy Corbyn nie reagował na falę antysemickich ataków (w tym gróźb śmierci), które ją spotkały.

– To nie ja się zmieniłam, zmieniła się Partia Pracy – tłumaczyła swoją inicjatywę.

Znany z ataków na Izrael i wspierania sprawy palestyńskiej Corbyn rzeczywiście zmienił nie do poznania Labour w stosunku do czasów Tony'ego Blaira i Gordona Browna. W szczególności gdy idzie o politykę zagraniczną. Zwolennik jednostronnego rozbrojenia atomowego Wielkiej Brytanii, wielokrotnie podawał w wątpliwość sens dalszego istnienia NATO i do dziś wyraża sympatię dla przywódcy Wenezueli Nicolasa Maduro.

A jego „zrozumienie" dla Władimira Putina okazało się tak wielkie, że odmówił jednoznacznego skrytykowania Kremla, gdy w marcu ub.r. okazało się, iż Rosja stoi za próbą zabójstwa Siergieja Skripala. We wszystkich tych punktach rebelianci nie chcą dłużej iść za jego przywództwem.

Powtórne referendum

Ale to brexit okazał się bezpośrednim powodem wyjścia z Partii Pracy siedmiu deputowanych, którzy na razie nazywają nową strukturę w Izbie Gmin „niezależną grupą". Od miesięcy Corbyn odmawia bowiem jednoznacznego określenia stanowiska swojego ugrupowania wobec wyjścia kraju z Unii.

– Zdecydowana większość laburzystowskich deputowanych jest przeciwna brexitowi, ale jednocześnie zdecydowana większość wyborców z okręgów, gdzie wygrała Labour, głosowała w referendum z 2016 r. za rozwodem z Unią. Corbyn nigdy nie chciał jasno opowiedzieć się za żadną z tych stron. Jego strategią było doprowadzenie do przedterminowych wyborów – mówi „Rz" Joe Twyman, jeden z dyrektorów instytutu badania opinii publicznej YouGov w Londynie.

Chuka Umunna, deputowany pochodzenia nigeryjskiego z Streatham, już od wielu miesięcy był twarzą kampanii na rzecz organizacji powtórnego referendum w sprawie pozostania w Unii. Teraz to właśnie może się stać najważniejszym hasłem wyborczym nowego ugrupowania: podziela je każdy z siedmiu rebeliantów.

– Nasze badania wskazują na istotną zmianę nastawienia opinii publicznej do brexitu. 39 proc. ankietowanych wciąż popiera rozwód z Unią, ale 52 proc. jest temu przeciwnych. To już różnica 13 punktów procentowych – wskazuje Joe Twyman.

Do tej pory jednym z kluczowych argumentów przeciwników powtórnego głosowania było to, że w minionych dwóch i pół roku nastawienie opinii publicznej w sprawie integracji niewiele się zmieniło.

29 deputowanych

Innym argumentem, który może przysporzyć zwolenników rebeliantom, są bardzo słabe wyniki poparcia dla Labour. Mimo katastrofalnego przebiegu negocjacji z Brukselą pod kierunkiem Theresy May torysi wciąż mogą liczyć na 41 proc. poparcia wobec 34 proc. dla Partii Pracy i 10 proc. dla Liberalnych Demokratów – podaje YouGov. Wielu ekspertów nie ma wątpliwości, że gdyby na czele partii stał bardziej umiarkowany przywódca, miałaby ona o wiele lepsze wyniki w sondażach.

– Polityka brytyjska się załamała. Musimy ją naprawić. To jest nasz cel – mówi Chuka Umunna.

Na razie najważniejszym celem nowego ugrupowania jest przyciągnięcie magicznej liczby kolejnych 29 deputowanych. Wówczas miałoby ono łącznie 36 posłów, stając się trzecią siłą w Izbie Gmin, przed Szkocką Partią Narodową (SNP). To dawałoby jego przedstawicielom prawo do zabierania głosu szczególnie w czasie cotygodniowej sesji pytań do premier i promowania w ten sposób swojego proeuropejskiego programu.

Zdaniem „Daily Telegraph" nawet pięciu umiarkowanych deputowanych torysów, w tym Sarah Wollaston, Heidi Allen i Nick Boles, rozważa przyłączenie się do tej grupy. Być może na taki krok zdecydowałby się też wielokrotny minister w rządach Margaret Thatcher i Johna Majora Kenneth Clark, – z uwagi na swoje ogromne doświadczenie polityczne nazywany „bestią". Ale i bez tego bunt wśród torysów jeszcze bardziej utrudniłby May przeforsowanie w Izbie Gmin umowy z Unią. Już teraz konserwatystom brakuje do większości dziesięciu deputowanych – muszą polegać na Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP) z Ulsteru.

To jednak przede wszystkim deputowani Partii Pracy mogą zasilić szeregi rebeliantów. Zdaniem „Guardiana" u progu podjęcia takiej decyzji jest nawet 12 spośród 248 deputowanych, którzy na razie pozostali wierni Labour. Inną rozważaną opcją jest fuzja z dziesięcioosobowym klubem Liberalnych Demokratów, partią, która mimo znaczącego poparcia opinii publicznej ma z powodu większościowej ordynacji wyborczej bardzo ograniczoną liczbę posłów. Dopiero po wyjaśnieniu wszystkich tych roszad personalnych rebelianci zamierzają formalnie przyjąć nazwę partii, jej logo i program.

– Chcemy posuwać się z tym tak szybko, jak to możliwe. Z pewnością powołamy nowe ugrupowanie przed końcem roku. Musimy stworzyć dla ludzi alternatywę, także dla umiarkowanych konserwatystów, którzy są załamani z powodu ciążenia ich ugrupowania ku Partii Niepodległościowej Zjednoczonego Królestwa (UKIP) – uważa Chuka Umunna.

Przywódcy laburzystów inicjatywy rebeliantów spodziewali się od kilku dni. Ale mimo to ten ruch wywołał konsternację.

– Trzeba rozpocząć teraz konsultacje na ogromną, mamucią, skalę. Przekonać do nas ludzi, którzy się wahają – przyznał John McDonnell, minister finansów w gabinecie cieni Labour.

Ale decydująca jest reakcja samego Corbyna, który na razie uznał inicjatywę rebeliantów za zdradę, wypowiedzenie wojny. To zaś nie wróży dobrze porozumieniu z bardziej od niego umiarkowanymi deputowanymi Partii Pracy.

Jeremy Hunt, szef brytyjskiej dyplomacji, już wyciągnął z tego wniosek, że lewica nie stanowi poważnej alternatywy dla konserwatywnego rządu i Bruksela powinna wreszcie zrozumieć, że może się porozumieć tylko z gabinetem torysów. Problem jednak w tym, że także konserwatyści nie są w stanie uzgodnić scenariusza rozwodu, który zyskałby większość w brytyjskim parlamencie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA