fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Ambasador Brazylii: Bolsonaro nie obali demokracji

AFP
Nowy prezydent będzie wierny Biblii i konstytucji - zapewnia Alfredo Leoni, ambasador Brazylii w Polsce.

Jair Bolsonaro objął 1 stycznia władzę w Brazylii. Obawia się pan o przyszłość kraju?

Cóż to za pytanie? Na Bolsonaro głosowało 56 mln osób! Odkąd żyję, a mam już 62 lata, nigdy nie widziałem polityka, który miałby tak duże poparcie. Kiedy był jeszcze kandydatem, który – jak się zdawało – nie ma większych szans na wygraną, wystarczyło, że się pojawiał w miejscu publicznym, np. na lotnisku, a tłumy zbierały się wokół niego, wszystko przestawało działać.

 

Czym to tłumaczyć?

Bolsonaro mówi to, co nasz naród chciał usłyszeć. Podnosimy się z katastrofy gospodarczej. Partia Pracujących (PT), w szczególności Dilma Rousseff, zniszczyła kraj! Kiedy została odsunięta od władzy przez Kongres, mieliśmy 13 mln bezrobotnych. A przecież gdy w 2003 r. Inacio Lula da Silva (założyciel PT – red.) został prezydentem, bez pracy były 4 mln osób. Gospodarka wpadła w głęboką, 5,5-proc. recesję. Co prawda, korupcja istniała w Brazylii zawsze, politycy dostawali od przedsiębiorców pieniądze na pokrycie kampanii wyborczej, ale dopiero Lula stworzył wokół siebie system przekupstwa, który obejmował cały kraj. Korupcja była wszędzie, na poziomie chyba każdego departamentu. To dzieło PT!

Ale PT nie jest jedynym winnym. Następca Rousseff, prezydent Michel Temer, też powszechnie jest oskarżany o korupcję, a zamiast trafić do więzienia jak Lula, jest typowany na ambasadora w Rzymie, bo jest z prawicy, a nie lewicy.

Powtarzam: nigdy w naszej historii nie zbudowano takiego systemu korupcyjnego jak za PT! On zniszczył nawet Petrobras, jeden z największych koncernów naftowych świata. Brazylia to ogromny kraj, 210 mln mieszkańców, który zdołał zbudować stabilne instytucje państwa. Mamy więc całkowicie niezależny wymiar sprawiedliwości: właśnie dlatego Lula, choć był prezydentem, jest w więzieniu. I jego los podziela wielu innych ważnych polityków, którzy wcale nie wywodzili się z PT. Jednym z nich jest Eduardo Cunha, były przewodniczący izby deputowanych, człowiek niezwykle błyskotliwy, który też miał wszelkie warunki, aby zostać prezydentem, a skończył za kratkami z powodu korupcji. Inny Sergio Cabral Filho, były gubernator prowincji Rio de Janeiro, też zakończył wielką karierę w więzieniu. Nie sądzę, aby większość skazanych za korupcję wywodziła się z PT.

Jednego Luli nie można odmówić: wyrwania z nędzy 35–40 mln Brazylijczyków. Państwo po raz pierwszy dostrzegło potrzeby ludzi z marginesu.

To nieprawda! Metodologia ONZ zakłada, że przestaje żyć w nędzy ten, który zarabia 110 dol. miesięcznie. Ale w Brazylii to wciąż skrajna nędza. Program socjalny Luli miał głównie zapewnić kontrolę nad krajem, to nie miało nic wspólnego z rządzeniem w interesie wszystkich. Celebryci, którzy atakują Bolsonaro, nie mają pojęcia, jak wygląda życie normalnego Brazylijczyka, który na każdym kroku, jadąc do pracy czy idąc po zakupy, żyje w strachu. Krytycy nowego prezydenta mieszkają za murami, mają swój świat.

Brazylijskie społeczeństwo jest dziś bardzo spolaryzowane, umiarkowani politycy wywodzący się z partii wybitnego prezydenta Fernanda Henrique’a Cardoso zostali zmarginalizowani. Dla przyszłości kraju nie byłoby lepiej, aby błędy PT naprawił bardziej centrowy polityk, jak Geraldo Alckmin, były gubernator Sao Paulo?

Bez wątpienia w ostatnich wyborach bardzo wielu Brazylijczyków głosowało nie tyle na Bolsonaro, ile przeciw PT. Ale jedna rzecz to świat idealny, inna – realny. A w świecie realnym stało się to, że od pierwszego dnia prezydentury najpierw Lula, a potem Dilma podzielili społeczeństwo na tych, co są z nami, i tych, co przeciw nam, dobrych i złych. To zapoczątkowało polaryzację.

Demokracja jest wielkim osiągnięciem Brazylii. Rosja i Chiny, kraje o porównywalnej wielkości i znacznie dłuższej historii, mogą tylko o tym marzyć. Jednak Bolsonaro wielokrotnie chwalił rządy wojskowej junty w latach 1964–1985, a dziś wprowadza do rządu wielu wojskowych.

Wojskowi nie wejdą do rządu tworzonego przez Bolsonaro, co najwyżej kilku byłych wojskowych. A to duża różnica. Gdy włączam BBC, inne zachodnie media, słyszę, że Bolsonaro jest dawnym kapitanem. Ale przecież z armii odszedł 29 lat temu i był od tego czasu deputowanym. 29 lat! Skąd się bierze takie spojrzenie? W świecie mediów, ale także w świecie akademickim, które są zdominowane przez lewicę, powszechnie uważa się, że kandydat prawicy nie ma prawa przejąć władzy. Więcej: przed naszymi wyborami do Kongresu i na prezydenta w październiku sekretariat ONZ wydał oświadczenie, w którym wyraził obawy, czy głosowanie przejdzie poprawnie. Tylko na jakiej podstawie? Bo kiedy głosy oddało 100 mln osób, nie było żadnych istotnych incydentów, a wyniki ogłoszono po trzech godzinach, już ONZ się nie odezwał, aby skorygować swoją ocenę. Znam dobrze tę instytucję, bo pracowałem w Nowym Jorku. To jest absolutny skandal! Udzielając pierwszego po wyborach wywiadu, Bolsonaro miał na stole dwie księgi – Biblię i konstytucję. I zapowiedział, że obu pozostanie wierny. Ale nawet gdyby takiego oświadczenia nie złożył, i tak nie miałby możliwości odstąpienia od konstytucji, bo system polityczny kraju by na to nie pozwolił. Retoryka kampanii wyborczej to jedno, a prezydentura to coś zupełnie innego. Żyjemy w nowych czasach. Do tej pory w Brazylii wygrywał wybory ten kandydat, który miał zapewniony najlepszy dostęp do telewizji. Ale Alckmin dostał 30 razy więcej czasu antenowego niż Bolsonaro, a głosowało na niego 6 proc. Brazylijczyków!

W 2017 r. było w Brazylii 70 tys. morderstw. Bolsonaro chce ukrócić przestępczość, liberalizując zasady zakupu broni i jej użycia przez policję. Będzie nowy Dziki Zachód?

Bolsonaro przynajmniej próbuje rozwiązać ten problem, ale znowu: skoro jest z prawicy, to dla mediów jego pomysły muszą być z założenia złe. Mogę powiedzieć jedno: jeśli po nowym roku poziom bezpieczeństwa nie zacznie szybko się poprawiać, prezydent będzie miał poważny problem, bo to jest podstawowe kryterium oceny jego rządów przez naród.

Innym kryterium będzie stan gospodarki. Dziś produkcja aut w Brazylii jest dwukrotnie droższa niż w Meksyku, tak bardzo przedsiębiorcy mają związane ręce regulacjami i podatkami. Bolsonaro ma pomysł, jak to zmienić?

Gospodarka brazylijska jest nadmiernie chroniona. Po odsunięciu Rousseff w 2016 r. Temer próbował to zmienić, ale nie miał wystarczającego wsparcia w Kongresie. Przynajmniej wyrwał kraj z recesji i zapewnił mu niewielki wzrost, a także obniżył inflację z 11 do 5 proc. W ekipie Bolsonaro odpowiedzialnym za finanse będzie Paulo Guedes, który chce zgodnie z zaleceniami szkoły chicagowskiej szeroko otworzyć kraj na międzynarodową konkurencję. To oznacza także zbliżenie z USA, a większy dystans do rządzonych przez lewicę krajów latynoskich, jak Wenezuela i Boliwia.

To stwarza nowe perspektywy rozwoju działalności w Brazylii dla polskich przedsiębiorstw? Do tej pory, aby rozpocząć działalność, musiały udowodnić, że nie stanowią konkurencji dla lokalnych firm z danego regionu i dwóch sąsiednich regionów…

Wychodzimy z okresu, w którym ideologia miała prymat nad wymogami gospodarki, a jak pokazuje przykład ZSRR, Chin czy Wenezueli, to nie prowadzi do niczego dobrego. Nowy prezydent chce maksymalnie obniżyć podatki, odbiurokratyzować warunki prowadzenia biznesu. A to otwiera nowe perspektywy także dla polskich firm. Na razie działa ich w Brazylii około dziesięciu, obroty handlowe między naszymi krajami są warte ok. 1,7 mld USD rocznie, ale mogłyby bez trudu być dwa–trzy razy większe. Wciąż jednak z obu stron dominują stare uprzedzenia. Większość Brazylijczyków postrzega Polskę jak w czasach, gdy była zależna od ZSRR. Teraz jednak zbliżeniu między naszymi krajami powinno służyć podobieństwo ideologiczne naszych rządów, przywiązanie do wartości chrześcijańskich. Bolsonaro rozważał przyjazd do Katowic na COP24, ale okazało się to niemożliwe z uwagi na operację chirurgiczną, jaką musiał przejść po zamachu w czasie kampanii wyborczej, z którego tylko cudem udało mu się wyjść z życiem. W 2015 r. do Polski przyjechał Michel Temer, wówczas jako wiceprezydent, więc teraz kolej na wizytę w Brazylii prezydenta Dudy. Brazylia uznało niepodległość Polski już w sierpniu 1918 r., w 1921 otworzyliśmy w Warszawie ambasadę. Stosunki między naszymi krajami zawsze były bardzo dobre, około dwóch milionów Brazylijczyków przyznaje się do polskich korzeni. Rozwija się też turystyka, na razie głównie czarterowa. Ale mam nadzieję, że przyjdzie czas, gdy Lot otworzy regularną linię, jeśli nie do Rio, to do Recife lub Fortalezy. To o trzy godziny krótsza podróż, woda w oceanie jest cieplejsza niż bardziej na południu, a plaże i przyroda – bajeczne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA