fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

USA: Chaos podąża razem z migrantami

AFP
Do meksykańskiej Tijuany, położonej na samej granicy z USA, dotarła karawana 5000 uchodźców. Po amerykańskiej stronie czeka na nich 6000 żołnierzy.

Korespondencja z Nowego Jorku

Wśród tłumu migrantów są mężczyźni oraz kobiety z dziećmi. Znaleźli schronienie w kompleksie sportowym, które władze Tijuany przekształciły w schronisko.

Za sobą mają około trzy tysiące mil, które przebyli pieszo w ciągu ostatnich kilku tygodni. Uciekają przed prześladowaniami, biedą, zagrożeniem ze strony gangów oraz przemocą w Hondurasie, Gwatemali czy Salwadorze. Wyruszyli na północ z nadzieją, że przedostaną się do USA i poproszą o azyl. Na razie jednak koczują w przygranicznej Tijuanie i czekają na możliwość przedostania się przez granicę.

Pojawienie się prawie pięciu tysięcy przybyszy sparaliżowało miasto. Burmistrz Juan Manuel Gastelum ogłosił stan kryzysu humanitarnego, odmawia jednak przeznaczenia środków miejskich na zajęcie się migrantami i prosi ONZ o pomoc w opanowaniu chaosu. – Rząd federalny Meksyku umywa ręce. Musieliśmy się zwrócić do międzynarodowych instytucji – powiedział Manuel Figueroa, szef departamentu pomocy społecznej, który próbuje zorganizować dla migrantów wszystko: od jedzenia, pościeli, mydła i szamponu po przenośne ubikacje. Z pomocą przychodzą mieszkańcy, Kościoły i miejscowe organizacje.

Mieszkańcy 1,6-milionowej Tijuany mają żal do władz w Meksyku. – Nie mam nic przeciw migrantom, bo tak naprawdę to oni tu cierpią najbardziej. Ale władze federalne nie zrobiły nic, aby ich zatrzymać albo pomóc po drodze, a teraz my płacimy za to cenę – powiedział jeden z wolontariuszy.

Burmistrz Gastelum krytykuje też meksykańskie władze za to, że nie traktują poważnie ostrzeżeń prezydenta Donalda Trumpa, który zapowiedział, że zupełnie zamknie granicę, jeżeli uzna, że Meksyk stracił kontrolę nad sytuacją. Granica zaś ciągnie się przez 3,2 tys. km od San Diego w Kalifornii do Brownsville w Teksasie. Zupełne jej zamknięcie negatywnie wpłynęłoby nie tylko na gospodarkę czterech przygranicznych stanów USA, ale i obu krajów. Według szacunków Departamentu Stanu dziennie przepływają przez nią towary i usługi warte 1,7 miliardów dolarów oraz legalnie przekraczają ją się setki tysięcy ludzi.

Mieszkańcy Ameryki Środkowej od lat opuszczają swoje ojczyzny, by szukać lepszych warunków życia w USA. Zazwyczaj w niewielkich grupach albo w pojedynkę przekradali się nielegalnie przez granicę, często przy pomocy opłaconych przemytników. Wielu nie przetrwało trudów przeprawy albo padło ofiarami gangów, które porywają ludzi i zmuszają ich do niewolniczej pracy.

Marsz na północ w tak zwanej karawanie to nowe zjawisko. Daje migrantom bezpieczeństwo, ale też rozgłos, dzięki któremu mogli liczyć na pomoc w drodze.

Karawana wyruszyła z Hondurasu w połowie października. Po drodze lokalne społeczności witały idących jedzeniem i oferowały miejsca do spania. Migranci zatrzymywali się tam na dzień albo dwa; w Tijuanie mogą koczować miesiącami, czekając na możliwość rozmowy z przedstawicielami amerykańskiego urzędu imigracyjnego.

Czas ten wydłuży się jeszcze bardziej, jeżeli nowy rząd meksykański sfinalizuje obecnie tylko rozważany układ z rządem amerykańskim, w ramach którego migranci ubiegający się o azyl w USA, czekaliby na decyzję po stronie meksykańskiej, a nie amerykańskiej.

Pod koniec ubiegłego tygodnia grupa kilkuset migrantów odłączyła się od karawany i zaczęła podchodzić pod granicę amerykańską – podała „San Diego Union – Tribune". Niosąc białe flagi, dotarli do przejścia granicznego i próbowali negocjować pozwolenie na przekroczenie granicy.

Prezydent Trump od dawna ostrzega przed „inwazją migrantów", strasząc, że w karawanie są kryminaliści, członkowie gangów, a nawet terroryści. Chciał zablokować możliwość ubiegania się o azyl, ale sąd federalny odrzucił jego wniosek. W ubiegłym tygodniu prezydent wysłał na południe kraju prawie 6000 żołnierzy, w celu „wzmocnienia granicy".

Decyzja ta spotkała się z falą krytyki. „To niespotykane marnotrawstwo środków" – twierdzą oponenci. Koszty bowiem mogą sięgnąć setek milionów dolarów. Uważają, że zamiast wojska lepiej na południową granicę wysłać kilkuset sędziów imigracyjnych. Tych 350, którzy obecnie rozpatruje prośby o azyl, toną pod stosami podań, a imigranci czekają miesiącami na rozpatrzenie wniosków.

Eksperci tacy jak np. były sekretarz stanu George P. Shultz twierdzą, że skuteczniejsze, niż wysyłanie tysięcy funkcjonariuszy na południową granicę, byłoby powstrzymanie działalności gangów oraz poprawienie sytuacji gospodarczej w Salwadorze, Gwatemali i Hondurasie – krajach, z których pochodzą migranci. „Może się to odbyć bez żadnych środków z USA, a ze środków Inter-American Development Bank" – mówi Shultz w wywiadzie dla „Washington Post".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA