fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Jim Jarmusch: Nie muszę kręcić filmów za wielkie pieniądze

Adam Driver jako Paterson i Golshifteh Farahani w roli jego ekscentrycznej żony Laury.
Gutek
Jim Jarmusch, reżyser, scenarzysta: Jestem nastawiony bardzo pacyfistycznie. Nie znoszę prowojennej polityki ani w Ameryce, ani gdziekolwiek indziej. Ale to nie znaczy, że mam gardzić żołnierzami.

Rz: W każdym drzemie poezja?

Jeśli potrafimy ją pielęgnować... Co oczywiście nie znaczy, że wszyscy jesteśmy poetami.

To prawda, że w młodości pisał pan wiersze?

Byłbym profanem, gdybym powiedział, że tak. Raczej notowałem sobie pewne myśli i spostrzeżenia. Ale mnóstwo czytałem. Jako nastolatek odkryłem dla siebie francuskich poetów przeklętych – Baudelaire'a, Rimbauda. A potem Amerykanów – przede wszystkim Walta Whitmana. Kiedy uciekłem z rodzinnego Akron w stanie Ohio do Nowego Jorku, moim wykładowcą na uczelni był David Shapiro. To on, razem z Ronem Padgettem jest redaktorem „Antologii poetów nowojorskich", jaka ukazała się w 1970 roku. Trafiłem na nią dopiero w połowie lat 70., ale natychmiast stała się dla mnie niemal Biblią. Filozofia życiowa poetów nowojorskich, ale też ich poczucie humoru, są mi bardzo bliskie. Frank O'Hara pisał: „Nowy Jorku, jakiż jesteś piękny! Jak Ginger Rogers w Swing Time". A w jego manifeście można przeczytać: „Nie pisz wiersza dla świata. Pisz go dla jednej osoby. Jak list albo jak notatkę". Kiedy zacząłem kręcić filmy, bardzo chciałem stać się w kimś, kto w kinie byłby odpowiednikiem poetów nowojorskich.

Pana filmy rzeczywiście są bardzo osobiste. Jak intymna rozmowa. Właśnie jak wiersze pisane dla jednej osoby.

Często to słyszę. Zwłaszcza po „Patersonie", ale i po poprzednich filmach. Po „Tylko kochankowie przeżyją" czy po „Broken Flowers". A ja nie wiem, czy to są filmy osobiste. Nie potrafię ich porównywać ani analizować. Nie wiem, do licha, co one znaczą. Idę za instynktem. Podświadomie wyłapuję ze świata rozmaite sygnały, odpowiadam na to, co mnie poruszy, przestraszy, wzruszy.

Miasteczko Paterson istnieje naprawdę?

Dziennikarze często mnie o to pytają. Istnieje. W New Jersey, pod Nowym Jorkiem. I jest to miejsce niezwykłe. Trochę zapomniane, żyjące własnym życiem. Ludzie tam naprawdę ze sobą rozmawiają. Najsłynniejszym facetem, który wyszedł z Paterson, jest dzisiaj chyba raper Fetty Wap, ale akurat on jest dla mnie zbyt komercyjny. Lubię inne Paterson, spokojniejsze. Pełne tolerancji miasteczko, w którym nikt się niczemu nie dziwi. Na co dzień mijają się tu na ulicy biali, których przodkowie przybyli z Europy, Afroamerykanie, Meksykanie, Azjaci. Tak naprawdę pomysł, by zrobić tam film, miałem już 20 lat temu. Ale dopiero teraz te obrazy we mnie dojrzały.

Pamięta pan podobne z dzieciństwa?

Nie, wyrosłem na przedmieściach postindustrialnych. Nieopodal były wielkie metropolie Akron i Cleveland. To inny świat. Depresyjny i przygnębiający. Wyjątkowo nietolerancyjny, zwłaszcza jak na warunki amerykańskie, gdzie wszystko się miesza jak w tyglu. Chodziłem do szkoły-molocha, w której wszyscy byli biali i podobni do siebie. Taki facet jak ja był tam traktowany jak outsider. Inny, bo nie grałem ze wszystkimi w piłkę, czytałem wiersze i wcześnie zacząłem siwieć. Nieustannie byłem narażony na złośliwe żarty i zaczepki kolegów, którzy uważali mnie za odmieńca. Może dlatego tak tęsknię za harmonią.

Czym ona dla pana jest?

Nie wiem. Bywają w życiu lata pełne harmonii, inne są jej pozbawione. Ja jestem trochę buddystą. Trochę, bo nie należę do zdyscyplinowanych wyznawców żadnej religii. Ale uprawiam tai-chi, czytam sporo o filozofii buddyjskiej. I harmonia związana jest dla mnie z poczuciem, że wszystko składa się w jedność. Choć nie rozumiem do końca, co to oznacza.

W pana filmie „Paterson" panuje taka właśnie harmonia. Dla bohatera filmu – skromnego kierowcy autobusu – wszystko składa się w całość: dzwoniący rano budzik, żona, która kocha czarno-białe, geometryczne kształty, podsłuchane rozmowy pasażerów, buldog, z którym wieczorem wychodzi na spacer i odwiedza ulubiony bar, wreszcie wiersze zapisywane w notatniku w porze lunchu.

William Carlos Williams, jeden z moich ulubionych poetów, którego poezję – obok wierszy Rona Padgetta, niektórych zresztą napisanych specjalnie dla nas – wykorzystałem w „Patersonie", powiedział, że idee kryją się w małych rzeczach. Zaczynasz od czegoś bardzo zwykłego, poezja bierze się z drobiazgów. Taka była filozofia nowojorczyków. Taka jest moja filozofia. W swoich filmach nie szukam wielkich dramatów. Tak naprawdę to nie one tworzą życie, tylko kolejne dni podobne do siebie. Mnie interesują zwyczajne chwile, które składają się na to, co robimy z własnym czasem na Ziemi.

To skąd bierze pan pomysły na swoje filmy? Bo przecież nie z pierwszych stron gazet.

Nie wiem, chyba zewsząd. To nawet dla mnie jest tajemnicą. Wszystko zapisuję, przechowuję stare notesy, zbieram pamiątki. I kiedyś coś wraca. Jakaś rozmowa, jacyś ludzie, jakaś scena.

To swoją drogą zadziwiające, jaką dramaturgię mają w pana filmie nawet te najbardziej codzienne, wydawałoby się monotonne, rozmowy w barze z tymi samymi ludźmi.

Bo w takich barach zawsze rozgrywają się życiowe dramaty. Takie, jak dramat mojego czarnoskórego, beznadziejnie zakochanego aktora. Dla mnie zresztą mój filmowy bar sporo znaczy. Od lat 70. przyjaźnimy się ze Stevem Buscemim. On w 1996 roku zrealizował swój reżyserski debiut „Trees Lounge". Robił wtedy zdjęcia właśnie w tym barze w Queens. Kiedy szukałem wnętrz do „Patersona", poszliśmy tam razem. I nagle znalazłem się w miejscu, które sobie wyśniłem.

Mówi pan dużo o inności, tolerancji. Pana bohaterowie tworzą parę idealną, choć są bardzo różni. To przecież Azjatka i biały facet z militarną przeszłością.

I tak właśnie być powinno. Ludzie mnie pytają, dlaczego wspominam o tym, że Paterson kiedyś służył w wojsku. A ja odpowiadam słowami Malcolma-X: nie strzelajcie do pacynek, strzelajcie do tych, którzy pociągają za ich sznurki. Jestem nastawiony bardzo pacyfistycznie. Nie znoszę prowojennej polityki ani w Ameryce, ani gdziekolwiek indziej. Ale to nie znaczy, że mam gardzić żołnierzami. Odtwórca roli Patersona Adam Driver też w młodości służył w wojsku, a potem zdał do Juilliard School. Dając Patersonowi jego przeszłość, chciałem delikatnie przypomnieć, że nikt nie musi mieć klapek na oczach i dawać się urobić ideologiom. Że można w każdych warunkach pozostać sobą.

W piękny sposób pokazuje pan na ekranie parę głównych bohaterów. I ich miłość – też zresztą codzienną, zwyczajną.

Bo to jest czuły portret ludzi, którzy się kochają i akceptują takimi, jakimi są. Nie stawiają sobie warunków. Podobnie było w „Tylko kochankowie przeżyją". Dla mnie taka właśnie jest czysta miłość. Trzeba kochać człowieka, jakim jest. W każdym rodzaju uczucia – do rodziny, żony, męża, kochanki, dzieci, rodziców – najważniejsza jest akceptacja. Nawet wtedy, kiedy nie wszystko się w ludziach lubi. Ważne jest, by ludzi przyjmować takimi, jakimi są i stale nie osądzać. Ja nie zawsze potrafię się na to zdobyć. Bywam bardzo krytyczny. Niech mnie pani nie pyta o politykę amerykańską, bo nie skończymy tej rozmowy do jutra. Ale w relacjach codziennych – z lepszym lub gorszym skutkiem – staram się ludzi akceptować.

Tilda Swinton mówi, że przypomina pan gwiazdę rocka.

Jeśli Tilda tak mówi, to na pewno tak jest. Zgadzam się z nią absolutnie ze wszystkim. Ona jest moją wielką idolką, dla mnie mogłaby być królową świata. Przypominam jej gwiazdę rocka? Nie chcę się nawet zastanawiać, co to znaczy. Traktuję to jak komplement.

Muzyka w pana filmach zawsze była ważna, a teraz, razem z „Patersonem", na ekrany wchodzi inny pana film „Gimme Danger".

Znamy się z Iggym Popem od dawna. I chyba z osiem lat temu Iggy powiedział mi: „Jim, zaczynam dostawać propozycje od dokumentalistów. A jeśli ktoś ma kiedyś zrobić film o mnie i The Stooges, to chciałbym, żebyś to był ty". Odpowiedziałem mu: „Człowieku, mogę zacząć nawet jutro".

Ale to było, jak sam pan powiedział, osiem lat temu.

Zaczęliśmy wtedy kręcić, wydałem 45 tysięcy dolarów i musiałem przerwać pracę, bo nie znaleźliśmy sponsorów. Zrobiłem „Tylko kochankowie przeżyją", próbowałem znów wrócić do Iggy'ego, ale wciąż się nie układało. Trafił się „Paterson". No, ale w końcu zaskoczyło. Cieszę się, że wreszcie wyszło. Zwłaszcza że to był ostatni moment. W 2009 roku umarł jeden ze współzałożycieli The Stooges – Ron Asheton. W 2014 roku – jego brat Scott. Fantastyczny człowiek, dość osobny i zamknięty, mało znany medialnie, bo nie znosił też promowania się i wywiadów. Ale z nami wyjątkowo zgodził się porozmawiać. Scott nigdy nie opowiadał za dużo o sobie, długo nie wiedzieliśmy, że był ciężko chory. Dobrze, że zdążyliśmy go nagrać. Jakoś przewalczyć problemy i skończyć film.

Stale ma pan kłopoty z budżetami swoich filmów. Pomyślałam sobie, że wielu kontrkulturowych, niezależnych, idących pod prąd artystów po pewnym czasie zyskuje sławę i pieniądze i wchodzi do establishmentu. Pan wciąż jest twórcą niszowym.

Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Po prostu robię to, co robię i czuję się szczęśliwy, że nie muszę kręcić filmów za wielkie pieniądze. Nie mam takiej potrzeby, nie mam takich ambicji. Dzięki temu nikt mi nie mówi, jak mam je kręcić, nikt mi ich nie cenzuruje, nie zmienia zakończeń. Ja bym się na taką sytuację nie zgodził.

Ale kiedyś Hollywood chciał pana kupić.

Owszem, przed laty miałem stamtąd kilka ofert. Proponowano mi reżyserię bardzo komercyjnych projektów. Ale mam wrażenie, że ci ludzie nigdy nie widzieli moich filmów, dowiedzieli się o mnie z „Variety". I pewnie pomyśleli, że mogą mieć tanio świeżego reżysera. Nie poszedłem na to.

No i zamiast robić kolejne części „Batmana", „Harry'ego Pottera", „Gwiezdnych wojen" albo „Opowieści z Narnii" kręci pan filmy o skromnych kierowcach autobusów i nieszczęśliwych wampirach uwielbiających czytanie.

Nie znoszę mówić o pieniądzach, ale dzisiaj nawet z tymi produkcjami mam problemy. Nie da się już zrobić bardzo skromnego filmu, bo nie pozwalają na to przepisy związkowe. W Europie film w stylu „Patersona" moglibyśmy nakręcić za jedną trzecią naszego budżetu. W Stanach udało nam się wygospodarować zaledwie 30 dni zdjęciowych. I też producenci chcieli nam zabrać dwa, tylko się nie zgodziłem.

Na pocieszenie zostaje fakt, że pana ulubieni poeci nowojorscy również nie zbijali kokosów.

No właśnie. Nikt z nich nie tworzył dla pieniędzy, na życie zarabiali inaczej. William Carlos Williams był lekarzem pediatrą, Wallace Stevens pracował dla kompanii ubezpieczeniowej, Frank O'Hara pełnił funkcję kuratora w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, a Charles Bukowski w zarękawkach uwijał się na poczcie. A pisali, bo mieli taką potrzebę. Tyle że do napisania wiersza wystarczy notes i ołówek, kino, nawet to skromne, jest jednak machiną. A sił człowiekowi z wiekiem nie przybywa.

Niedługo skończy pan 64 lata. Czuje pan upływ czasu?

Czy ja wiem? Czuję raczej, że zmienia się mój stosunek do świata. Paradoksalnie, chyba mniej się spieszę. Pamiętam, jechałem jakiś czas temu na lotnisko. Był potworny korek i taksówkarz, próbując go ominąć, pojechał przez Brooklyn i Queens. Wiedziałem, że jeśli zdążę na samolot, to tylko na styk. Kiedyś taka świadomość by mnie zabiła, denerwowałbym się, nieustannie zerkał na zegarek. A złapałem się na tym, że wcale mnie to nie stresowało. Spokojnie wyglądałem przez okno. Patrzyłem na dzieci grające w piłkę, na sprzeczającą się parę. I było mi dobrze. Myślałem, że świat jest we właściwym miejscu.

- Rozmawiała Barbara Hollender

„Paterson" najpełniejsze studium współczesności

Hitchcock powiedział, że dobry film to taki, w którym na początku jest wybuch, a później napięcie rośnie. Jim Jarmusch nigdy się do tej recepty nie stosował. Jego film „Kawa i papierosy" zaczynał się od sceny, w której dwóch facetów rozmawiało przy kawie, później jeszcze inni ludzie rozmawiali przy kawie, a na końcu znów dwóch facetów rozmawiało przy kawie. W „Patersonie" jest podobna monotonia. Tytułowy bohater, skromny kierowca autobusów z miasteczka w stanie New Jersey o tej samej nazwie co jego nazwisko, codziennie budzi się wcześnie rano. Wysłuchuje, jaki sen żona miała poprzedniej nocy, potem idzie tą samą drogą do pracy, jeździ tym samym autobusem, po tych samych ulicach, wracając z roboty wyjmuje listy ze skrzynki, ogląda nowe, czarno-białe, geometryczne prace plastyczne żony wymalowane na firankach, sukienkach i ciastkach, wspiera ją w pasjach muzycznych, a wieczorem wychodzi na spacer z psem i wstępuje do tego samego baru, gdzie gada z tym samym barmanem. I tak codziennie przez siedem dni w tygodniu. Każdego dnia Paterson znajduje też chwilę, by napisać wiersz. Taki zwykły, przyziemny, nierymowany, pasujący do jego życia.

Od czasu „Broken Flowers" to najpełniejsze studium współczesności, jakie Jarmusch zafundował widzom. Rozmowy pasażerów, które dolatują do uszu Patersona, klienci baru z nieszczęśliwie zakochanym, odtrącanym przez wybrankę czarnoskórym aktorem na czele, spotkania z przypadkowymi ludźmi, dom, w którym Paterson czuje się szczęśliwy z zabawną żoną Iranką i psem inteligentem. A do tego poezja pozwalająca się oderwać od rutyny i pofrunąć: kiedyś poecie z New Jersey – lekarzowi Williamowi Carlosowi Williamsowi, dziś małej dziewczynce, Patersonowi, a może i innym mieszkańcom miasteczka.

Jim Jarmusch pokazał świat pełen tolerancji i wewnętrznego ładu. Amerykę, jaka coraz bardziej odpływa w niebyt. Spokojną, niepodzieloną, zajętą małymi dramatami, radościami i smutkami dnia, skrojonymi na miarę zwykłego człowieka. I znów dokonał na ekranie cudu: filmując rutynę dnia codziennego i nudnawego, aseksownego bohatera, stworzył opowieść pełną wdzięku i wciągającą. Przypomniał, że życie składa się z drobnych chwil, rozmów przy kawie, spotkań w barze. A poezja – jak pisał Jonasz Kofta – „drzemie w nas". Tylko nie wolno jej zakrzyczeć i zniszczyć. Prawdziwa uczta dla smakoszy kina.

—Barbara Hollender

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA